Выбрать главу

Sax kiwał głową. Spencer popatrzył na Nirgala. Po chwili wszyscy zaczęli na niego patrzeć, wszyscy z wyjątkiem Kojota, który opuścił głowę i wpatrywał się w swoje dłonie, jak gdyby usiłował coś z nich wyczytać. Wreszcie i on podniósł oczy i pytająco wpatrzył się w swego syna.

Dla Nirgala decyzja była bardzo prosta, toteż obserwował Kojota z tą samą uwagą.

— Art ma rację — powiedział w końcu. — Hiroko nigdy nie wybaczyłaby nam, gdybyśmy zaczęli bez powodu zabijać ludzi.

Kojot wykrzywił twarz, jak gdyby oburzyła go łagodność przyjaciół.

— Właśnie zabiliśmy grupkę ludzi w Kasei Vallis — mruknął.

— Ależ to było coś zupełnie innego! — obruszył się Nirgal.

— Tak, a niby dlaczego?

Nirgal zawahał się, niepewny, czy ma rację, ale Art szybko odpowiedział za niego:

— Dlatego, że to byli policjanci, oprawcy… którzy więzili twojego kumpla i traktowali jego mózg mikrofalami. Dostali więc tylko to, na co zasługiwali. Ale mieszkańcy tego kanionu po prostu drążą skały…

Sax znowu pokiwał głową. Nie spuszczał z nich oczu, spojrzenie miał czujne, przenikliwe. Należało przypuszczać, że wszystko rozumie i jest w całą sprawę głęboko zaangażowany; ale skoro nie mógł mówić, trudno było mieć pewność.

Kojot badawczo popatrzył na Arta.

— Czy to jest kopalnia Praxis?

— Nie wiem. I nie dbam o to.

— Hmm… No cóż… — Kojot znów spojrzał na Saxa, potem na Spencera, wreszcie na Nirgala, który poczuł, jak płoną mu policzki. — Więc… w porządku. Spróbujemy to zrobić waszym sposobem.

Pod wieczór Nirgal wysiadł z rovera wraz z Kojotem i Artem. Niebo nad ich głowami było ciemne i gwiaździste. Zachodni kwadrant jeszcze pozostawał purpurowy, rzucając jaskrawoczerwone światło, w którym wszystko było dość dobrze widoczne, a jednocześnie niezupełnie znajome. Kojot prowadził, a Art i Nirgal postępowali tuż za nim. Przez szybkę w hełmie Nirgal dostrzegł, że oczy Arta niemal dotykają szkła.

Dno Tractus Catena rozcinał w jednym punkcie system poprzecznych rozpadlin zwany Tractus Traction i kratkowany przełam stworzył na tym terenie system szczelin lodowcowych, przez które niemożliwy był przejazd pojazdu. Górnicy Tractusa docierali do swego obozu z góry, ze ściany kanionowej, zjeżdżając na dno windami. Kojot jednak twierdził, że istnieje możliwość pieszego przejścia przez Tractus Traction, jeśli tylko podąży się ścieżką łączącą szczeliny lodowcowe, którą sam wcześniej wyznaczył. Wiele z jego partyzanckich akcji wiązało się z przekraczaniem takich niemożliwych do przejścia terenów jak ten, umożliwiając niektóre z jego bardziej legendarnych, „niemożliwych” wędrówek i wysyłając go na tereny dotknięte silną erozją, do których nikt inny nawet się nigdy nie zbliżył. A jeśli niektóre z tych akcji prowadził Nirgal, wówczas udawało im się dokonać niemal cudownych rzeczy, a działo się tak tylko dzięki temu, że opuszczali w odpowiedniej chwili rover i podchodzili pieszo do określonego miejsca.

Teraz zbiegli na dno kanionu regularnymi susami marsjańskimi, które Nirgal już jakiś czas temu opanował do perfekcji i których zdołał częściowo nauczyć Kojota. Art nie poruszał się z takim wdziękiem — jego krok był zbyt krótki, toteż mężczyzna często się potykał — ale udawało mu się dotrzymywać kroku dwóm przewodnikom.

Po jakimś czasie Nirgal zaczął odczuwać swobodę i radość, jaką zawsze dawał mu bieg, cieszył go baletowy wręcz taniec na kamienistym podłożu i szybkie przekraczanie długich pasów ziemi przy użyciu jedynie swej własnej siły. Przez cały czas rytmicznie oddychał, czerpiąc mieszankę z powietrznego zbiornika na plecach i czuł, że wpada w podobny do transu stan, którego uczył się kiedyś przez kilka lat z pomocą pewnego issei imieniem Nanao, który z kolei umiejętność wchodzenia w ów stan, zwany lunggom — jeszcze na Ziemi — posiadł od jakiegoś tybetańskiego mnicha. Nanao twierdził, że niektórzy ze starych lunggompas musieli zakładać na plecy ciężary, aby nie odlecieć, gdy poruszali się takim krokiem, co na Marsie wydawało się zresztą całkowicie możliwe. Sposób, w jaki Nirgal potrafił dzięki Nanao przelatywać teraz nad skałami stale dodawał mu animuszu, wywołując prawdziwą ekstazę.

Nirgal musiał jednak stale hamować swój krok. Ani Kojot, ani Art nie znali wszak lunggom, toteż nie byliby w stanie za nim nadążyć, chociaż obu bieganie szło całkiem dobrze, jeśli wziąć pod uwagę wiek Kojota i niedługi pobyt Arta na Marsie. Pierwszy znał tę krainę, więc biegał małymi, tanecznymi krokami, skutecznymi i czystymi; Art bombardował stopami powierzchnię, jak kiepsko zaprogramowany robot, często się potykając, z powodu niedostatecznej widoczności w świetle gwiazd, niemniej jednak przez cały czas zupełnie nieźle dotrzymywał kroku. Nirgal pędził na przedzie niczym pies gończy. Dwa razy Art upadł w pyłową chmurę i Nirgal chciał podbiec, aby mu pomóc, ale Art za każdym razem wstawał, gotów do ponownego biegu i utrzymując interkomową ciszę tylko machnięciem dawał znak, że wszystko w porządku, po czym biegł dalej.

Po półgodzinnym gnaniu w dół kanionu, którego gładkość sprawiała, że wydawał się rozmyślnie przycięty, na powierzchni pojawiły się rozpadliny. Szybko się pogłębiały i łączyły ze sobą, aż przejście po właściwym dnie kanionu — przypominającym teraz bardziej płaskowyżowe szczyty grupki wysepek — stało się niemożliwe. Głębokie szczeliny rozdzielające te wyspy były w niektórych miejscach zaledwie dwa, trzy metry szerokie, a równocześnie trzydzieści czy czterdzieści metrów głębokie.

Przechodzenie przez alejki mające zwykle płaskie dna wydawało się trudne, jednakże Kojot prowadził ich przez ten labirynt nie wahając się ani przez chwilę przy żadnym z wielu rozwidleń, podążając jakimiś sobie tylko znanymi ścieżkami, wielokrotnie skręcając to w lewo, to w prawo. Jedna ze szczelin była tak wąska, że bez trudu dotykała obu ścian naraz, dlatego mężczyźni musieli przechodzić jeden za drugim.

Kiedy wyszli na północny bok labiryntu szczelin, wyłaniając się kolejno na rozszczepionej stromej skarpie, która stanowiła koniec płaskowyżowych wysp, przed nimi — przy zachodniej ścianie kanionu — pojawił się mały namiot. Łuk jego materiału połyskiwał jak żarówka zakurzonej lampy. Wewnątrz znajdowały się ruchome przyczepy, rovery, wiertarki, maszyny do prac wykopaliskowych i inny sprzęt górniczy. Była tu kopalnia uranu, zwana Aleją Uraninitu, ponieważ ten dolny odcinek kanionu pokrywał pegmatyt, niezwykle bogaty w ten tlenek uranu. Kopalnia należała do bardzo rentownych i Kojot słyszał, że przetworzony uran, zgromadzony w niej podczas lat, które upłynęły między zniszczeniem pierwszej windy a zainstalowaniem drugiej, nie został jeszcze wyekspediowany na Ziemię.

Starzec przebiegł po dnie kanionu w kierunku namiotu, a Nirgal i Art podążyli za nim. Pod przezroczystą kopułą nie było żywej duszy; jedynego światła dostarczało kilka nocnych latarni i oświetlone okna dużej przyczepy, ustawionej niemal w samym środku pomieszczenia.

Poszli prosto do najbliższego luku śluzy powietrznej namiotu. Kojot podłączył wtyczkę swego naręcznego komputera do otworu przy włazie komory powietrznej i zaczął stukać w klawisze konsoletki na nadgarstku. Po chwili zewnętrzny luk śluzy został otwarty, ale nie pociągnęło to za sobą włączenia się systemu alarmowego: w każdym razie nikt nie wyszedł z przyczepy. Trzej mężczyźni weszli do komory powietrznej, zamknęli zewnętrzny luk, poczekali na wyssanie i wypompowanie śluzy, a następnie otworzyli wewnętrzny właz. Kojot, mijając przyczepę, pobiegł ku małej elektrowni kolonii, a Nirgal ruszył do kwater mieszkalnych, przeskakując po kilka stopni przed drzwiami przyczepy. Pod klamką przytrzymał jedną ze „sztab blokujących” Kojota, przekręcił tarczę, która uwolniła utrwalacz, po czym docisnął sztabę do drzwi i ścianę przyczepy. Przyczepę wykonano ze stopu metali — na bazie magnezu — i polimer utrwalający spowodował powstanie ceramicznego spoiwa między sztabą blokującą i przyczepą, toteż drzwi zostały zabarykadowane. Nirgal obiegł przyczepę i zrobił to samo z drugimi drzwiami, potem popędził z powrotem ku bramie. Miał wrażenie, że zamiast krwi przez jego ciało przepływa rwący strumień adrenaliny. Cała akcja przebiegała tak szaleńczo, że Nirgal musiał sobie z rozmysłem przypomnieć o ładunkach wybuchowych, które Kojot i Art rozkładali w kolonii, w magazynach, przy powłoce namiotu i na parkingu, gdzie stały ogromne maszyny górnicze. Przyłączył się do swych towarzyszy i wraz z nimi biegał od jednego pojazdu do następnego, wspinając się na schody po ich bokach, otwierając drzwi ręcznie lub przy użyciu elektroniki i do przedziałów lub kabin podrzucając małe pudełka, przyniesione przez starca.