- Jasne - powiedziałem. - Pewnie dlatego właśnie zbiegł? W Warszawie nikomu nie był potrzebny, przy Domu też nie, zachciało mu się przygód, uciekł, Dom zhańbił i zaczęli go łapać...
Staruszek uśmiechnął się.
- Ech, jak cię tam... Marcelu. To tylko kupiecki synek, któremu w głowie wiatr hula, albo mieszczański bastard, z litości przy kuchni trzymany, może zapragnąć przygód i wyruszyć w świat. A młodszy książę, tym bardziej dziecko, nie czuje takiej potrzeby. Przygody... podszedłby do Władcy, poprosił, ten by mu z ochotą i miłością zorganizował przygody. Mianowałby szczeniaka oficerem i wysłał do Zachodnich Indii bić czerwonoskórych albo mianowałby kapitanem na małym statku, albo ambasadorem w jakimś państewku... Uśmiechasz się? Widziałem, jak pretorianie oddawali honory dowódcy, którego mamka na rękach trzymała! Pamiętam, jak dla śmiechu Władca młodszą księżniczkę, dziewięcioletnią dziewczynkę, mianował ambasadorem w Meroe!
- Co w tym śmiesznego? - nie zrozumiałem.
- Śmiech był, gdy w Meroe odmówili przyjęcia takiego ambasadora. A dla pretoriańskich wojsk była to doskonała okazja, żeby rozprostować kości! Dobry powód do wojny - dzikusy nie szanują Domu! Markus nie dlatego uciekł. A już na pewno nikt z powodu jego ucieczki takiego hałasu by nie robił i nie wyznaczał takiej nagrody za pojmanie. Poinformowaliby po cichutku Straż, że młodszy książę Domu podróżuje incognito. Nawet obłąkanych chłopców, podających się za książęta, nie wolno od razu chłostać, najpierw wysyła się ich do Domu w celu rozpoznania.
- Dlaczego uciekł?
- Nie wiem, marynarzyku, nie wiem. Niby Markusa znałem dobrze, w końcu dziesięć lat nad jego zdrowiem czuwałem. Wszyscy się bali, że odziedziczy choroby po matce, ale Siostra go uchroniła... hartował się zgodnie z metodą Suworowa, zmężniał... chłopak jak chłopak. Nie głupi, raczej mądry. Bardziej niż szablą machać lubił w bibliotece przesiadywać i książki czytać. Może dlatego Władca stracił do niego serce? Gdyby był normalny, w ojca poszedł, a tu mól książkowy...
- Za książki gotów był duszę oddać - przyznałem, przypominając sobie, jak Markus zareagował na propozycję użycia książki na pochodnię.
- Nauczycielom się podobał, więcej już chyba nikomu. Mnie osobiście łatwiej było leczyć dziesięciu idiotów z połamanymi kończynami i ranami kłutymi niż jego jednego pilnować. On nawet jedną dziecięcą chorobę dwa razy przechodził. Nerwy miał w strzępach - jak starzec. Ech...
Starzec odłożył tlące się cygaro na masywną kamienną popielniczkę i powiedział w zadumie:
- Ach, co tam kłamać... Tęsknię za nim. Nie było w nim podłości. Przeciwnie, miał takie wyostrzone poczucie sprawiedliwości. To nauką Engelsa się pasjonuje, to zaczyna się rosyjskiego uczyć, żeby utwory Kropotkina czytać w oryginale. A przecież był dzieckiem! W świątyni Siostry z duchownymi dyskutował, w Kościele Zbawiciela takie pytania zadawał, że odpowiedzi dopiero po kilku dniach znajdowali. Już myślałem, że młodszy książę Markus stan duchowy obierze. To by było najlepsze wyjście - Władca by go poparł, za dwadzieścia lat nieślubny syn Władcy stałby się przybranym synem Bożym...
Potarł policzek.
- Ciekawe, kim wówczas byłby Władca dla Boga?
Zachichotałem.
- Dobrze czy źle, mogło się tak zdarzyć. - Starzec spoważniał. - A teraz już się nie zdarzy. Chłopak coś takiego zrobił...
- Co?
- Nie wiem, marynarzu. Nie wiem. Może jego przyjaciel, ten katorżnik Ilmar znałby odpowiedź?
Od spojrzenia medyka mróz przeszedł mi po plecach.
- Przecież lada dzień go złapią! - powiedziałem z zapałem. - Gdzie się taki złodziej ukryje przed całą Strażą? No i nagroda... nawet kompani go zdradzą...
- Nie wygląda mi na to, marynarzu. Z Wysp katorżnik uciekł, przez cały kraj do Amsterdamu się przedarł - pewnie słyszałeś? A gdy miasto otoczyli - wyśliznął się!
- Siostra go chroni - odparłem ponuro.
- Siostra wszystkich chroni, ale nie każdy umie to wykorzystać. Gdy człowiek nie ma głowy na karku, nawet sam Bóg mu nowej nie dołoży. Nie, marynarzu, w tym Ilmarze coś jest. Nie na darmo Markus wybrał go na towarzysza ucieczki...
- Co?! - oburzyłem się. - Przecież ja... ja sam słyszałem, jak oficerowie rozmawiali, że to katorżnik chłopaka ze sobą wziął!
- Bzdura - uciął staruszek. - Moim zdaniem było tak: Markus ocenił, który z katorżników mu się przyda. Następnie podsunął się, niby przypadkiem, pokazał, że ma na Słowie... na przykład wytrych. Potem już katorżnik go ze sobą ciągnął jak chodzący magazyn. A gdy dotarli na kontynent, Markus Ilmara porzucił. Zabić nie zabił, to dobry chłopak. Po prostu się ukrył.
- Tak mówisz, jakby to nie mały chłopiec, lecz tajny agent...
- A pomyśl, gdzie ten chłopak dorastał, jakie intrygi się na jego oczach rozgrywały. On umie ludźmi kręcić, gdzie tam do niego prostemu złodziejowi.
Milczałem. Czułem się przybity i opluty. Dziad mówił z takim przekonaniem, że trudno było nie uwierzyć.
- Wychodzi na to, że książę Markus jest sprytniejszy od całej Straży? I jak zechce, to wszystkim ucieknie?
- Nie, marynarzu. Skądże. Jeden przeciwko wszystkim - tu koniec tak czy inaczej jest oczywisty. Raz mu coś nie wyjdzie - pomyli się względem człowieka, przylapią go na drobnej kradzieży... przecież musi jeść... pojmają go i odstawią do Domu. Chciałbym wiedzieć, o czym będzie z nim Władca rozmawiał, czego żądał. Tajemnicza sprawa, Marcel.
- Tego się nie dowiemy - zauważyłem. - Jedno tylko dobre, że jak złapią chłopca, to się panika skończy. Chyba przestaną szukać katorżnika?
- Nie byłbym taki pewien. Katorżnika szukają, bo się boją, czy mu chłopiec czegoś nie powiedział. I tu najlepsze wyjście dla Domu - śmierć Ilmara. Może przerwą obławę, ale nagrody nie odwołają. Wcześniej czy później... przyjaciele go wydadzą.
Wydadzą. Sam to wiedziałem. Nawet Niko, z jego skłonnościami do przygód i awantur, doniósł o mnie Straży. Inni wydadzą bez zastanowienia.
- I co on ma zrobić?
- Kto?
- Katorżnik Ilmar - powiedziałem, patrząc staremu baronowi prosto w oczy.
- To już zależy od niego. Może wyruszyć w obce kraje. Zawsze jest szansa, że zdoła się ukryć na końcu świata. A jeśli ojczyzna mu droga, może zerwać z przeszłością, osiąść w jakimś małym miasteczku, otworzyć kram...
- Coś mi się zdaje, że Ilmar ma inną naturę...
- Jeśli to, co o nim mówią, to prawda... Może również postąpić inaczej...
- No?
- Sam odszukać chłopca i oddać Domowi. Możliwe, że za taką usługę Władca okaże łaskę.
- Niby martwisz się o chłopca - powiedziałem w zadumie - a dajesz takie rady. Jak to tak?
- Przecież nie Ilmarowi daję radę - uśmiechnął się krzywo starzec.
- Słusznie - zgodziłem się. - Tylko jak jeden człowiek ma znaleźć tego, kogo cały kraj szuka?
- Niech spróbuje ruszyć głową. Markus nie będzie się po kraju włóczył - raz próbował i trafił na katorgę za kradzież. A teraz, gdy Straż już jest powiadomiona, nie na Smutne Wyspy go wyślą, lecz do Domu.
- Aha...
- Czyli chłopak spróbuje się ukryć. Gdzie?
- W Warszawie. U krewnych.
- Nie tacy to krewni, żeby można było się u nich ukryć... Na obcej ziemi nie ma nic do roboty, tam już się interesują, kim jest ów książę Markus i dlaczego tak na niego polują. Majątku, zamków, niczego takiego chłopak nie posiada.