Plotłem jakieś brednie, całym sobą wyrażając pragnienie jak najszybszego pognania do nie istniejących krewnych, a jednocześnie nie wychodząc spod zbawczej osłony karety.
- Co zrobić, idź - powiedział woźnica lekko stropiony. - Wszystkiego dobrego...
Skinąłem i pospiesznie wyszedłem, mieszając się z ludźmi, śpieszącymi na swoje dyliżanse. Na ścianie dworca brzęknął dzwonek, herold ochryple krzyknął:
- Południowy do Paryża, są miejsca w pierwszej i drugiej klasie, południowy do Paryża, siedemnasty postój...
Dopiero gdy zagubiłem się już w ludzkim tłumie, śpieszącym na spotkanie długiej drogi, zaryzykowałem i obejrzałem się. Arnold zapalał cygaro, uważnie słuchając Luka. Z jakiegoś powodu pomyślałem, że mówią o mnie, o marynarzyku, który dosiadł się do dyliżansu po drodze. Nie czekałem na rozwiązanie - czy oficer machnie na mnie ręką, czy postanowi wypytać woźnicę o podróżnika. Zanurkowałem za budynek, szybko go ominąłem, wyskoczyłem na malutki placyk. Pragnienie ucieczki - jak najdalej od oficera Straży, znającego moją twarz, było bardzo silne.
Dwie minuty później siedziałem już w odkrytym powozie, a woźnica zadowolony ze zgodnego klienta wiózł mnie do hotelu „Gościna Siostry”, przybytku skromnego, mimo szumnej nazwy, za to znajomego i przytulnego. Ostatni raz byłem tam cztery lata temu, z nikim specjalnie nie rozmawiałem i nie bałem się, że mnie rozpoznają. Napięcie powoli spadało - w końcu Lyon to duże miasto i szansę, że wpadnę na Arnolda były niewielkie. A jednak nieuchronność, z jaką los stykał nas po raz drugi, przeraziła mnie.
W ostatnich latach interesy „Gościny Siostry” wyraźnie nie szły najlepiej. Dwupiętrowy budynek wydawał się zapadnięty, postarzały. Może dlatego, że dawno go nie remontowano, a może z powodu wysokich domów, które wyrosły wokół? Były tu budynki pięcio - i sześciopiętrowe, a jeden ceglany gigant nawet jedenastopiętrowy. Sądząc po wielkich oknach były to albo bardzo ekskluzywne mieszkania, albo biura firmy doskonale prosperującej. Białe obłoczki pary nad dachem przywodziły myśl o windach. Potem zobaczyłem nad oszklonym wejściem wieżowca szyld: „Hannibal Hotel”. Wszystko jasne. Hotel, w którego sąsiedztwie pojawił się bardziej nowoczesny zakład, jest z góry skazany na zubożenie. Wszyscy bogaci goście wynajmą pokoje w „Hannibalu”, a „Gościnie” zostaną odpadki.
Takie jak ja...
Ale wewnątrz hotel zachował resztki dawnej przytulności. Dywany na podłodze były stare, ale wyczyszczone, kwiaty w wazonach powiędnięte, ale żywe. Przy schodach, wyciągnięci jak struna stoją dwaj chłopcy z obsługi; dwóch strażników wygląda dość pewnie, przed portierem jest nowy pisak i niewielka maszyna licząca z brązu i drewna. Pali się wprawdzie co druga lampa karbidowa, ale to tylko potęguje wrażenie przytulności.
Trochę mi ulżyło. Nie miałem ochoty znaleźć się w wylęgarni pluskiew, razem z tępymi chłopami i drobnymi urzędnikami, którzy przyjechali do Lyonu kupować i sprzedawać.
Zapłaciłem za całkiem porządny pokój, nawet z toaletą i łazienką. Mogłem wykosztować się na lepszy, ale marynarzowi na urlopie, nawet z pretoriańskiego liniowca, nie wypada za bardzo szastać pieniędzmi. Chłopak z obsługi, wyraźnie rozczarowany brakiem bagażu, zaprowadził mnie do mojego pokoju na pierwsze piętro. Wnikliwie obejrzałem toaletę - czystą łazienkę; gorąca woda płynęła leniwie z miedzianego kranu; przysiadłem na łóżku - nie skrzypi. Ujdzie. Chłopak posępnie czekał przy drzwiach i został nagrodzony drobną monetą. Drugą w zadumie obracałem w palcach, wypytując chłopca o pobliskie karczmy i sklepy. Po uczciwej odpowiedzi, że jeść i pić lepiej poza granicami hotelu, a najlepsze dziewczęta przeniosły się do „Hannibala”, dostał drugą monetę.
Zamknąłem drzwi i nie zdejmując butów, wyciągnąłem się na łóżku. Czy warto zatrzymywać się w mieście? Skoro już zdecydowałem się uciekać... ale dyliżans do Paryża będzie jechał dwie doby, a ja jestem zmęczony. Może wpierw wyśpię się po ludzku, zjem coś, spędzę wieczór przy kuflu piwa...
Nie miałem sił opierać się pokusie. Rozebrałem się, wszedłem do wanny pełnej gorącej wody. Myśl o oficerze Arnoldzie odpływała coraz dalej. Zabawne - pewnie też leży teraz w gorącej wodzie, może nie wypuszczając z ust cygara, patrzy w sufit i rozmyśla - czy przypadkowy podróżnik nie był Ilmarem?...
To nic. Tacy jak on od razu wyczuwają, że coś jest nie tak, ale długo nie mogą w to uwierzyć. Zgubi go solidność, jak wyżła o znakomitym węchu nadmiar starych śladów. Jedno mnie tylko zastanawiało - dlaczego on w ogóle pojechał do Lyonu? Czy to było związane ze mną? A jeśli tak, co naprowadziło go na ślad? Dlaczego nie udał się na północ, dlaczego do galijskich ziem?
Pytań dużo, odpowiedzi nie ma. Jak zawsze.
Pół godziny później wyszedłem z ostygłej wody, wytarłem się starym, ale czystym ręcznikiem, ubrałem. Wyjrzałem przez okno, na wieżę „Hannibal Hotelu”. Śmieszne. To, że jestem złodziejem, bynajmniej nie przeszkodziłoby mi zatrzymać się w nim. Ale Mark, bastard najwyższej próby, pozbawił mnie wszelkich przyjemności.
Ile razy się zarzekałem - nie pchać się do polityki. Ale czy to człowiek wie, gdzie czyha na niego nieszczęście?
Zamknąłem pokój - zamek był śmieszny, nie powstrzymałby nawet debiutanta, ale i tak nie miałem żadnych rzeczy. Wyszedłem i ruszyłem w stronę najbliższego sklepu gotowych ubrań.
W normalnej sytuacji nigdy nie włożyłbym taniej manufaktury. Co to za obłąkany pomysł - ubrania standardowych rozmiarów? Jakby ludzie byli jednakowi i standardowi. Ale nie mogłem kręcić nosem. Ubranie marynarza już swoje odsłużyło. Lyon to duże miasto, istnieje niebezpieczeństwo, że natknę się na prawdziwych marynarzy. I co wtedy? Karmić ich bajkami z trzecich rąk?
Na garnitury nawet nie patrzyłem. Garnitur, jeśli jest nie szyty na miarę, to kpiny w żywe oczy. Grzebałem w ubraniach dla studentów, urzędników i wszelkiej bohemy. Jedna ze sprzedawczyń krzątała się obok mnie, sypiąc radami i gadając różne głupstwa, jakoby ubranie wykonane w manufakturach było mocniejsze i ładniejsze od innego. Cierpliwie znosiłem jej paplaninę, a potem poddałem się zupełnie, wziąłem zaproponowane rzeczy i ukryłem się w przymierzalni. Zrzuciłem marynarski strój, włożyłem spodnie z płótna żaglowego, ufarbowanego na stalowy kolor, koszulę w czerwono-czarną kratę, szary sweter, pewnie specjalnie bezkształtny, żeby pasował do każdej figury. Z ciężkim sercem odwróciłem się do niewielkiego mętnego lustra.
Hm.
O dziwo, wyglądałem całkiem do rzeczy. Oczywiście, nie na bakałarza. Na urzędnika też nie za bardzo, zbyt twarda twarz. Ale jakiś tam malarz czy inny muzykant - całkiem nawet prawdopodobne...
Przygryzłem wargi, rozmasowałem policzki, lekko rozczochrałem włosy. Potrzebne będą szczegóły. Ukradziony płaszcz nie nadaje się zupełnie. Potrzebny będzie jaskrawy, a jeszcze lepiej skórzana kurtka, na głowę jakiś idiotyczny beret albo rosyjska czapka z ogonkiem, na szyję - kolorowy szalik. Butów mogę nie zmieniać.
Wynurzyłem się z kabiny i spostrzegłem zdumione, ale i aprobujące spojrzenie sprzedawczyni. Wybrałem szary beret i szalik w kratkę, spojrzałem jeszcze raz w lustro. Sprzedawczyni w milczeniu pociągnęła mnie do większego lustra, ustawionego obok jasnej lampy.
Pięknie.
Po pierwsze, wyglądam młodziej. Muszę się tylko ogolić, broda jest zbyt mała i wyglądam po prostu niechlujnie. Po drugie, to zupełnie nie mój styl. W takim stroju nawet stary fizjonomista Jean by mnie nie rozpoznał.
- Bardzo panu do twarzy - zauważyła dziewczyna.
Spojrzałem na nią z ciekawością. Sprzedawczyni uśmiechnęła się.
- Chyba rzeczywiście - przyznałem. - W jakim zakładzie można spędzić wieczór, nie strasząc nikogo manufakturowym ubraniem?