Stwierdzając zdecydowaną wyższość urody kawałków bursztynu nad kawałkami wątroby, obojętne, mojej, wieprzowe, czy cielęcej, znów usłyszałam dalszy ciąg.
– Najgorzej z Niemcami – mówił gniewnie Waldemar.
– Wykupują najpiękniejszy i przemycają. No i co z tego, że nie wolno… Co z tym robią, to ja już nie wiem, ale płacą więcej niż nasi i w ten sposób oni to mają, a nie my. Tu pijaczki różne, znajdzie taki coś i gotów sprzedać od razu na wódkę…
– Dwie grupy – przerwał mu ten mój, zakręcając termos.
– Jedna sprzeda wszystko każdemu za byle co, a druga nie sprzeda niczego nikomu, chociaż dostałaby dobrą cenę. Zgadza się?
– Otóż to właśnie – przyświadczyła z lekkim rozgoryczeniem Jadwiga. – I mój mąż należy do tej drugiej grupy.
Waldemar się nagle zakłopotał.
– No, jak on ma to ciąć…?
Teraz, dla odmiany, oczyma duszy ujrzałam schody Jadwigi, znajdujące się za moimi plecami. Surowy beton, nawet bez szlichty, prowizorycznie pokryty kawałkami jakiegoś PCV. Też ją należało rozumieć, każda normalna kobieta chciałaby mieć dom wykończony, sama przecież tej roboty nie odwali, mąż powinien się przyczynić. Zarobić. Zapłacić ludziom. A majątek mu leży w bursztynie…
Czy ja bym zdołała to sprzedać…?
Najpierw uznałam stanowczo, że nie. Potem zastanowiłam się i pomyślałam, że w pewnym stopniu. Rozważyłam wreszcie sprawę porządnie i zadecydowałam, że tak. Trochę, te najpiękniejsze, od których serce by mi pękło, zostawiłabym sobie, a resztę, trudno, niech te ohyzdy kupują. Schody trzeba wykończyć, jako kobieta upieram się przy tym.
– Ten taki, w tym pierwszym domu z dachówką – mówił teraz Waldemar, emocjonalnie już sklęsły. – Chciwy, a serca do bursztynu nie ma. Co złapie, to sprzeda, z tym że nie przepije, bo on akurat trzeźwy.
– I całkiem rozumny – wtrącił dziadek z kąta nieco zgryźliwie. – Na coś te pieniądze zbiera, a zbiera już długo. Od gówniarza go znam. Może śpi na nich.
– Dobrze, że teraz papierowe, bo na złotych byłoby mu twardo – zauważyła Jadwiga tonem, który nie wyrażał nic.
Dziadek spoglądał to na Mieszka, którego karmił jarzynową zupką, to w okno, na panoramę Zalewu, co jakiś czas trzymając w zawieszeniu łyżkę w ręku i dziecko z otwartymi ustami.
– Są takie ludzie. Same nie wiedzą, na co im to, ale garną pod siebie. I on też tak. Dzieci nie ma, rodziny nie ma…
– Ma żonę – przypomniał Waldemar.
– Iiiii tam, taka żona. Drapak, nie żona…
– Smażę ryby – zawiadomiła Jadwiga. – Śledź i stynka. Zjedzą państwo?
Jeśli szło o ryby, państwo zdołaliby zjeść zapewne cały połów Waldemara i oprócz tego jeszcze trochę, szczególnie stynki. Z zapałem przyjęliśmy propozycję. Oderwałam się od futryny drzwiowej i przestałam myśleć wielowarstwowo…
Przyszedł sztorm, rzetelny, z wiatrem północnym, dociągnął do jedenastki i trwał dwa dni. Zważywszy iż była to wczesna wiosna, zmiana nastąpiła znienacka, morze zaczęło siadać w ciągu jednej nocy, a wiatr ucichł i odwrócił się na południowo-wschodni. Wszyscy wiedzieli, co z tego powinno wyniknąć, teraz już nawet ja.
Rzecz oczywista, znaleźliśmy się na plaży o wpół do szóstej rano, tuż po wschodzie słońca. Szaleńczo i namiętnie chciałam znów iść w dwóch przeciwnych kierunkach, ale nie miało to żadnego sensu, Związek Radziecki pozbawiony był szans, cokolwiek wyrzucało, to tylko w stronie zachodniej. Śmieci leżały grubą warstwą, fala była już średnia i cichła z chwili na chwilę.
Razem poszliśmy na zachód. Ślady wskazywały, że w tym rejonie jesteśmy pierwsi. Wymienialiśmy się mniej więcej uczciwie, to ja zbierałam, a on leciał pierwszy, to znów on grzebał, ja zaś wyprzedzałam go, utrzymując taktowny i przyzwoity dystans, żeby nie chwytać mu spod ręki. Wygrałam sprawę na brzegu, kiedy on wszedł do wody po kłębiące się śmieci.
Łupy wprost z morza nie były mi chwilowo dostępne, bo jeszcze trochę za mocno chlupotało i fala zalewała człowieka wysoko, bez kombinezonu nie miałam się co wygłupiać, chyba że postąpiłabym tak, jak ta facetka przed laty… Śmieci przy tym nie trwały na dnie w bezruchu, tylko przemieszczały się dość gwałtownie i kłębiły czarną chmurą. Należało je łapać, ostro machając siatką w wodzie, a taką siłą nie dysponowałam, lekka ta siatka była, bo lekka, ale woda stawia opór i dawał temu radę wyłącznie silny chłop.
Przed nami, bliżej Leśniczówki, pojawili się ludzie, a obok przeleciał Waldemar na motorze. Ze trzysta metrów dalej też wszedł do wody. Ślamazarność tym razem nie popłacała, wieżyczkę w Leśniczówce ledwo było widać, a teren ku niej kusił urodzajnością, rozsądek, ściśle połączony z zachłannością, kazał pędzić przed siebie. Jałowy teren między śmieciami przemierzałam marszowym krokiem, przyśpiewując sobie pod drodze pieśni masowe Wojska Polskiego, nie wiadomo dlaczego ograniczone do utworu: „Wczoraj łach, mundur dziś”. Waldemar pojechał dalej, zanim się do niego zbliżyłam, wiedziałam jednak, że poluje tylko na okazowe sztuki, zatem to, co zostawia, mnie może uszczęśliwić.
Nie zwracałam na niego zbytniej uwagi, ale dostrzegłam, że wmieszał się w rosnącą kupę ludzi jeszcze z kilometr dalej. Z irytacją naliczyłam tam co najmniej siedem osób, konkurencja potworna. Zajęłam się znów kolejnym bogactwem wokół kupy Waldemara, zatrzymałam się przy niej i ten mój mnie dogonił.
– Straszny tłok – powiedziałam z niesmakiem, wskazując dalszy ciąg brzegu machnięciem ręki. – Wygarną wszystko.
– Nie szkodzi, dam sobie radę – odparł spokojnie i poszedł do przodu.
Po drodze, ze dwadzieścia metrów przede mną, schylił się i podniósł coś ze śmieci. Nie rybi szkielet przecież, bursztyn, oczywiście. Mnie sprzed nosa…!
I ja go miałam kochać…?
Dopiero na końcu czarnego wału, ruszając ku następnemu, popatrzyłam, co się tam dzieje w przodzie. Pokonywałam akurat jałowy kawałek plaży i co najmniej jednym okiem mogłam oglądać tłum, wyraźnie rosnący. Zdziwiło mnie, że wszyscy kłębią się na brzegu i nikt nie wchodzi do wody, zjawisko nietypowe. Nikt się przy tym zbieraniu nie trzyma stada, chyba że obfitość śmieci w jednym miejscu w morzu zaspokoi tuzin łowców, ale wtedy przecież łowią. Cóż oni tam znaleźli takiego, co ich trzyma na uwięzi?
Ruszyłam nieco szybszym krokiem.
Od tłumu oderwała się jedna sylwetka, do której nie nabrałam natychmiastowej żywej niechęci tylko dzięki temu, że trafiłam na kolejny nie tyle wał, ile wałek, a ten tam jakiś, idący w moim kierunku, nie mógł do niego zdążyć przede mną. Wałek był dość krótki, zetknęliśmy się na jego końcu.
– Chciwiec cholerny – usłyszałam nad głową. – Musi jeszcze komuś się naraził…
Spojrzałam na faceta. Rybak, tutejszy, ale bez kombinezonu, w długich gumiakach, z małą siatką w prawej ręce, z lewą ręką w gipsie i na temblaku. Oglądał się do tyłu.
– Jezus Mario, z tym pan łowi? – spytałam z niedowierzaniem i zgorszeniem, wskazując temblak. – Przy tej fali?
– W południe całkiem siądzie, zawsze coś tam się złapie. A co mam robić, jak mi ten skur… – łypnął na mnie okiem -…czysyn – dokończył po namyśle – rękę złamał?
– Jak to…? – wyrwało mi się dosyć głupio, ale szczerze.
– A tak to. Miesiąc będzie, więcej, pięć tygodni łapiduchy liczą, jak był pierwszy dobry wyrzut po zimie i wszyscy na brzegu. To się leciało, kto pierwszy. Już sięgałem po taki, sześć i pół deka, potem zważyłem… Jak ten z tyłu nadleciał, gonił mnie i tak siatką walnął, o…! Jak raz mnie tu w rękę trafił, ale bursztyn już miałem w garści i nie puściłem. Swoim kaczorkiem tylko zawinąłem, w mordę dostał samą smołą, więc się odpier… niczył. Ale mnie rękę złamał.