Выбрать главу

– Widziałem – wyznał wreszcie z oporem i z westchnieniem. – Przez chwilę tylko, ale jednak. Fakt.

– No i co to było?

– Złota mucha…

– Nie wygłupiaj się, tylko powiedz porządnie! – rozkazała surowo Jadwiga. – Pierwsze słyszę. Dlaczego nigdy o czymś takim nie mówiłeś?

Zrozumiałam, że poruszyłam jakiś podejrzany temat.

– No…? – pogoniłam niecierpliwie i z naciskiem, całkowicie rezygnując z dyplomacji i dobrego wychowania.

Waldemar znów westchnął.

– Teraz mi się czasami wydaje, że ją sobie tylko wymyśliłem. Ale tak naprawdę jednak widziałem. Duży bursztyn, ze dwadzieścia deka, odłamany z trzech stron, jak rzadko. Ze środka połyskiwało… No dobrze, miałem w ręku przez moment i pod światło spojrzałem. W samym środku była mucha, wielka prawie jak motyl, cały kadłub miała złoty, łebek też, a skrzydła niby czarne, ale złotem prześwitywało. Niesamowita…

– Cała? Nie uszkodzona?

– Nawet łapki jej było widać, też złotym włoskiem porośnięte. I nic więcej, tylko ta mucha. Do dziś ją pamiętam…

Przez chwilę panowało milczenie, jakby wszyscy usiłowali wyobrazić sobie ten widok. Nadłamany Waldemar nie wytrzymał.

– I jeszcze jedno tam było, też widziałem. Rybka. Taka lęgnąca się z ikry, narybek znaczy, a ikra duża jak kawior. Ta rybka, jak kurczak z jajka, jeszcze z jajeczkiem na ogonku, gołym okiem doskonale było widać, bez żadnej lupy. Mniejszy kawałek, taki z osiem deka, no, może dziewięć…

* * *

Jakieś tajemnicze złe we mnie wstąpiło i podstępnie złapałam Waldemara przy kolacji zaraz nazajutrz. Coś mnie intrygowało. Wymarzeniec milczał kamiennie aż do końca, a Waldemar, uświadomiłam to sobie później, starannie omijał mnie wzrokiem. Nawet odpowiadając na moje pytania, patrzył gdzie indziej. Ciekawe dlaczego…?

Głodu symulować nie musiałam, nie odczuwałam go wprawdzie, ale na stole stała świeżo usmażona stynka, a było to coś jak pestki z dyni, umrze człowiek z przejedzenia, a jeszcze tego jeść nie skończy. Nawet po śmierci wepchnie sobie bodaj z jedną do gęby. Usiadłam naprzeciwko Waldemara i wzięłam udział w konsumpcji.

– A tak ogólnie, panie Waldku – powiedziałam w zadumie – to co właściwie o tych ludziach wiadomo?

– O jakich ludziach? – zainteresował się podejrzliwie Waldemar.

– O tych z morza. Mam na myśli zwłoki. Oni tu przyjechali na krótko, niech będzie, ale przecież ogólnie gdzieś mieszkali, żyli, coś robili. Kim byli? Ktoś to wie?

Waldemar myślał przez chwilę, spoglądając to na mnie, to w okno, to na półmisek z rybą. Na mnie spoglądał krótko i jakoś niepewnie.

– Ktoś pewno wie. Jacyś krewni, podobno jakaś rodzina… wynajęli im ten barak. Coś ta rodzina musi wiedzieć.

– A pan…?

– A ja to tyle, co z plotek. Obiło mi się o uszy, w porcie gadali… Podobno oni z Gdańska, on był taksówkarzem. A co ona, to nie wiem, ale, też podobno, jakąś pływaczką była czy coś podobnego. Rękę złamała, a może nogę, wszystko jedno, ale na olimpiadę już nie miała szans.

– No, wody się nie bała, to było widać.

– Może i dlatego weszła…

– Mieli jakieś dzieci albo co…?

– Bo ja wiem…? Z ludzkiego gadania… Skąd ci ludzie to biorą, to nie do pojęcia. Podobno mieli jedno dziecko, ale nawet nie wiem, chłopiec czy dziewczynka. Nikt nie wie. No, gliny może…

Też spoglądałam w okno, za którym, z racji ciemności, nic nie było widać. Wydłubałam z półmiska mniejszą rybkę i zjadłam chrupiący ogon.

– Bo tak się, wie pan, zastanawiam… Nie żyją, fajnie… Ale cały ten ich łup z morza powinien teraz należeć do spadkobierców, znaczy do dzieci. Czy do dziecka, liczba obojętna. Ta złota mucha i ta chmurka też…

Waldemar podchwycił moją myśl gorliwie, jak rewelacyjną nowość.

– A wie pani, że fakt… Dziecko skrzywdzić to tylko świnia może. Nie dość, że ich zabili, to jeszcze obrabowali. Ale, jakby co, ma pani rację, wszystko po nich do tego dziecka należy, z tym że ja wątpię, czy kiedy w życiu dziecko złotą muchę na oczy zobaczy.

– A kto tam teraz mieszka? – spytałam po chwili, wskazując widelcem kuchenną ścianę naprzeciwko okna. Waldemar jednakże zrozumiał, że nie chodzi mi o szafkę nad zlewozmywakiem.

– A nawet nie wiem. To nowy dom, krótko stoi. Ale nie rybak, łodzi nie ma i z nikim nie łowi… A w ogóle to tam chyba różne osoby bywają, pewno jakaś cała rodzina przyjeżdża, na urlopy albo co. Prawdę mówiąc, nie mam kiedy spojrzeć. Moja żona będzie więcej wiedziała…

* * *

Co w rezultacie uczyniono i jakie efekty osiągnięto, nie dowiedziałam się wówczas, nie spytałam nawet Jadwigi o mieszkańców willi naprzeciwko. Skończyła się bursztynowa pogoda, ruszył sztorm, wiatr wiał bez przerwy. Śmieci z plaży zmyło, a za to wyrzuciło słup telegraficzny. Na co komu słup telegraficzny? Nikt w Piaskach drewna z brzegu nie zbierał, czyniły to ruskie, zjeżdżając koniem na plażę, zdaje się, że mieli nawet dwa konie, które ściągały do strażnicy opał. Podrywanie się z łóżka, kiedy czubki drzew zaczynały czernieć na tle nieba, straciło wszelki sens, w dodatku musiałam wracać do domu, skandalicznie zaniedbawszy pracę.

Wróciliśmy zatem.

Prawie dwa kilo bursztynu korciło mnie szatańsko. Dziko i namiętnie chciałam z tego coś zrobić, czułam swędzenie w palcach, nie wytrzymałam, przystąpiłam do czyszczenia i szlifowania produktu za pomocą pilnika do paznokci, co dawało rezultat, ale mierny. Mój wymarzeniec przyszedł, zobaczył, co robię, skarcił mnie za głupotę i przyniósł iglaczek, pilniczek okrągły, który okazał się znacznie lepszy niż narzędzia do manikiuru.

Stosowałam metody Prasłowian, oni mogli, to i ja. Najpierw iglaczek, potem skóra, flanelka, chociaż wątpiłam, czy Prasłowianie dysponowali bawełną, ponadto zostałam powiadomiona, że flanelka najlepsza i systematyczne pocieranie o nią, codziennie, godzinami, już za pół roku da doskonały rezultat. Prasłowianom flanelki brakowało, ale za to mieli chyba więcej czasu niż ja. Pół roku na jeden bursztynek…?

Z wielką niechęcią i niezrozumiałym oporem wymarzeniec zdradził, że bez pasty polerskiej się nie obejdzie. Skąd, u diabła, miałam wytrzasnąć pastę polerską? Zdenerwowałam się, popłakałam prawie, zrobiłam awanturę, więc wreszcie, zapewne dla świętego spokoju, przyniósł puder polerski i wyjaśnił, że należy go wymieszać z oliwą.

W moim domu zaczął śmierdzieć zjełczały olej, bo prawdziwej oliwy z oliwek również Prasłowianom odmówiłam. Olej wylewał się wszędzie, puder, produkt raczej niejadalny, wysypywał się do potraw i napojów, powyciągałam z zakamarków wszystkie flanelowe szmaty, zużyłam wszystkie rękawiczki, stanowiące źródło skóry, kupiłabym chętnie irchy samochodowe, gdyby nie to, że po irchy musiałabym jechać za granicę, bo wciąż panował ustrój, przeciwny zaspokajaniu potrzeb społeczeństwa. Wymarzeniec uparcie krytykował osiągane przeze mnie rezultaty, aczkolwiek wreszcie udało mi się kilka bursztynków jako tako oszlifować. Pozostało mi w tym szaleństwie jeszcze tyle rozumu, żeby zacząć od tych mniejszych.

Wówczas, z litości albo może złośliwie, przyniósł malutkie świderki. Ciągle wzorując się na przodkach z epoki kamienia łupanego, posłużyłam się świderkiem ręcznie i po długich i ciężkich cierpieniach jeden bursztynek zdołałam przedziurawić. Sukces olbrzymi! Omal trupem nie padłam ze wzruszenia i dumy.

Przez ten czas przeczytałam potworną ilość książek, bo prawie całą robotę odwalałam nie na oko, tylko na dotyk. Oko również pragnęło zajęcia i stąd lektura. Nic więcej pożytecznego jednakże nie udało mi się zrobić, dzięki czemu pojawiły się kłopoty finansowe. Najwyraźniej w świecie Prasłowianie mi szkodzili.