Zdenerwowałam się w końcu ostatecznie i poleciałam do szkolnej przyjaciółki, której nie widziałam co najmniej dziesięć lat i której mąż hobbystycznie zajmował się bursztynem. Nie miałam nawet cienia przeczucia, że, lecąc do nich, czynię krok prosto w bagno okropnej i skomplikowanej afery.
W pierwszej kolejności, nie bacząc na żadne względy towarzyskie i rezygnując z eleganckich manier, obejrzałam jego wyroby i wpadłam w zachwyt. Robił w miedzi, ponieważ był człowiekiem przyzwoitym i do reglamentowanego srebra nie miał dostępu. Do złota tym bardziej. Od jednego naszyjnika oko mi zbielało, naśladował średniowieczny łańcuch, w miedzianych płytkach lśniły większe i mniejsze bursztyny, różnobarwne, doskonale dobrane kolorystycznie, razem tworzące wręcz arcydzieło. Wisior, bransoleta i pierścionek, stanowiące komplet, wykonane na podobnej zasadzie, odebrały mi niemal przytomność. Było to zupełnie co innego niż wyroby dekoracyjne, spotykane w sklepach, a przy tym użyte do ozdób bursztyny swoim szlifem przerastały te moje o całe Himalaje.
Miałam niejasne wrażenie, że moja dobrze wychowana przyjaciółka usiłuje poczęstować mnie chociaż herbatą, ale chyba zrezygnowała z gościnnych wysiłków, kiedy chciwie spytałam, czy nie rozwiodłaby się z mężem, żebym ja go mogła poślubić. Zważywszy, iż tego męża widziałam drugi raz w życiu, nie bardzo nawet wiedziałam, jak on wygląda, a w obliczu efektów dekoracyjnych nadal jakoś umykał mojej uwadze. Wydawał mi się jednak postacią bezgranicznie pożądaną.
Nie okazała entuzjazmu na propozycję rozwodu. Mąż też jakby nie chciał.
Opanowałam się wreszcie i zaczęliśmy rozmawiać mniej więcej jak ludzie.
– Ależ skąd! – odpowiedział z lekkim rozbawieniem na moje zachłanne pytanie. – Jakie ręcznie! To by trwało do końca świata! Oczywiście, że mechanicznie, z tym że nie w pełni, nie mam bębna. Posługuję się szlifierką, tarczkami, no, mam różne końcówki… Chce pani zobaczyć?
Chciałam dziko, ale na widok wyrazu twarzy Tosi zawahałam się odrobinę.
– A co? – spytałam niespokojnie, zwracając się nie do męża, tylko do żony. – Macie to gdzieś utknięte i trudno wydostać?
– Otóż właśnie – odparła z wyraźną ulgą. – Henryczek tego nie używał już ze dwa miesiące, więc schowałam. Jak się wyciągnie, sama rozumiesz, on znów się za to złapie i będzie nie do życia.
– Ja bym tylko… – zaczął Henryczek nieśmiało.
Tosia popatrzyła na niego, na mnie i bardzo wymownie na wierzch szafy. Mieszkanie było przedwojenne, wysokie, prawie cztery metry, i cała szafa aż po sufit zawalona została pudłami, zawierającymi zapewne nie tylko sprzęt szlifierski, ale także różne inne rzeczy. Poustawiane to było ładnie i ciasno upchnięte. Wyobraziłam sobie zdejmowanie całości, drabina do tego byłaby niezbędna, potem upychanie ż powrotem, i dobre cechy charakteru gwałtownie ruszyły w mojej duszy do walki ze złymi. Biły się przez chwilę, Tosia spoglądała żałośnie, aż wreszcie te lepsze strzeliły kopa w kuper złym i zwyciężyły.
– Nie – rzekłam szlachetnie. – Za wcześnie dla mnie na oglądanie. Najpierw niech pan opowie, jak to się robi.
– Ja to pani narysuję – zaproponował Henryczek skwapliwie, choć z odrobiną żalu, i obejrzał się za papierem.
Zmobilizowałam wszystkie siły umysłowe i zrozumiałam mnóstwo. Te różne końcówki szlifierskie, czyszczenie z grubsza, wygładzanie, te jakieś bawełniane kłębki, nasycone pastą, te świderki, te dwa tysiące obrotów na minutę… Udało mi się pojąć różnicę pomiędzy Prasłowianami a Henryczkiem.
– Kłopot z bursztynem – rzekł smętnie, podniósłszy moją wiedzę szlifierską na nieco wyższy poziom, co wcale nie było łatwe, bo do mechaniki przez całe życie przejawiałam tyleż talentu, co tępawy osioł. – Surowy niełatwo dostać i jest drogi…
– Co też pan mówi! – przerwałam ze zdziwieniem. – Bursztyn to ja mam, razem prawie dwa i pół kilo, i zamierzam mieć więcej. Bez kosztów, własną ręką zbierany. No, koszty pobytu nad morzem… Ale i tak na każdy urlop coś tam się wydaje, a tu jeszcze korzyść…
I Tosia, i Henryczek zainteresowali się ogromnie. Z wielkim zapałem opowiedziałam o ostatnich sukcesach, nie kryjąc związanych z nimi wysiłków. Zmarkotnieli nieco, słysząc o wietrze, deszczu, wodzie w gumiakach, machaniu siatką i tych czarnych czubkach drzew.
– Tosia łatwo zapada na anginę – bąknął Henryczek niepewnie.
– Henryczek by nie dał rady – powiedziała równocześnie zmartwiona Tosia. – On się zaziębia od byle czego…
– Morski klimat hartuje – wyrwało mi się zachęcająco.
Tosi przypomniały się szkolne lata.
– Ty zawsze miałaś końskie zdrowie – westchnęła. – Pamiętam, jak wracałaś z pływalni w mróz z mokrą głową i nic ci nie było. Ja bym po czymś takim leżała ciężko chora. A Henryczek zmoknie i już ma katar. A mokre nogi, to już nie daj Boże!
Suchych nóg zagwarantować im nie mogłam, chyba że nie byłoby bursztynu, a to mijało się z celem. Też się zmartwiłam, bo odezwało się we mnie dobre serce.
– Szkoda – westchnął Henryczek. – Raz tylko udało mi się tanio kupić cały worek bursztynu, to już parę lat temu i zapas mi się kończy. – Mogłem nawet więcej kupić, ale zabrakło mi pieniędzy, bo to były niezwykłe okazy i wycenili je drogo. Zresztą, dla mnie za duże, nie ciąłbym przecież bursztynu jak pięść, z muchą w środku…
– Co? – spytałam gwałtownie i niegrzecznie.
– Z muchą. Wielki. I mucha ogromna! Złota. Niesamowity widok.
Na długą chwilę zaparło mi dech i odjęło mowę. Potem wybuchło we mnie sto pytań równocześnie.
– Kiedy to było? Kto sprzedawał?! Skąd…?! Jaka mucha, ile on ważył?! Gdzie pan na to trafił?! Tylko mucha czy jeszcze coś…?! Taki duży, z masą perłową… Nie były świeżo odłamane ze złoża? Kto…?!!!
Henryczek się niemal przeraził.
– A co…? Boże drogi, pani coś o tym wie? Nielegalna transakcja…?
– Kiedy to było?!!! – wrzasnęłam strasznym głosem.
– Zaraz, niech policzę… Tuż po chrzcinach Magdy… Ile ona ma lat?
– Prawie siedem – powiedziała zaniepokojona Tosia. – Chrzest był dokładnie sześć lat temu.
– No to prawie sześć lat. W dwa tygodnie później. Pamiętam, bo Tosia była chrzestną matką i dlatego trochę zabrakło nam pieniędzy…
Pośpiesznie usiłowałam zebrać myśli. Czyżbym trafiła na ślad zbrodni…?
– Zaraz, po kolei poproszę. Niech pan opisze muchę.
Henryczek w trakcie opisu rozpromienił się wielkim blaskiem. Nie dziwiłam mu się wcale, opis zgadzał się w pełni z tym, co mówił Waldemar. Wielka złota mucha, rozmiarów bez mała motyla, ale widać, że mucha, z tymi czarnymi skrzydłami i złotym kadłubem, ze złotem na nóżkach… Przysięgłabym, że ta sama, złotych much w bursztynie nie spotyka się na każdym kroku. To musiało być to, łup gołej, zamordowanej i pochowanej w dziczym dole dziewczyny… Czas się zgadzał. Sprzedali zrabowaną zdobycz krótko po zbrodni, nie chcieli zapewne, żeby się rozeszło, woleli się pośpieszyć…
– Kto to sprzedawał?
– Nie wiem – spłoszył się Henryczek. – Ja przypadkiem trafiłem. U znajomego pośrednika, wie pani, taki co przywozi dla złotników, jubilerów, szlifierzy… Miał to u siebie…
– Zaraz. Okazy, pan mówi… Widział je pan?
– Oczywiście!
– I nie było tam takiego, duża kobyła, przeszło dwadzieścia deka, z chmurką, która mieniła się, jak masa perłowa…?
– Był. Skąd pani wie? Zapamiętałem, bo coś takiego trudno zapomnieć. Majątek za to chcieli. Był jeszcze jeden, rzadkość wyjątkowa, z lęgnącym się narybkiem…
Miałam już pewność, że to było to. Sensacja zakotłowała się we mnie od pięt po czubek głowy. Nie zamierzałam popuścić.