– Nie przesadzaj, coś niecoś da się pokazać… O, na przykład…
Wyjąwszy Waldemarowi z ręki bursztyn z chmurką, Kocio zademonstrował ewentualny sposób oprawienia. Jakby w rzadki koszyczek o cieniutkich pręcikach. Wisząc na ludzkiej szyi może się to obracać dowolnie i demonstrować wszystkie uroki. Pochwaliliśmy pomysł.
– To coś tak, jak te japońskie kulki – przypomniałam. – Też tak powinni oprawiać.
– Jakie japońskie kulki? – zaciekawił się Kocio. Waldemar łypnął na mnie okiem i zręcznie ominął temat, wyciągając ze stosu wielki, gruby, ciemnoczerwony placek.
– A to musi zostać – oznajmił, przytknąwszy go prawie do samej żarówki. – Jakby się oczyściło, przestanie być czerwony. Miodowy będzie.
Zrozumiałam, że o japońskich kulkach nie życzy sobie mówić.
– Kawałek można – skorygował Kocio. – Nawet w kilku miejscach, resztę zostawić i wtedy ta czerwień wyjdzie. Miałem czerwone, ale zdaje się, że to z ziemi?
– Tylko z ziemi. Kopany. Morze takiego ciemnego nie daje.
Japońskie kulki poszły w zapomnienie. Na inne pytania Kocia Waldemar odpowiadał chętnie, przy okazji dowiedziałam się, że ten szakal, Terliczak, uzbierał sobie piękną kolekcję, pochodzącą jeszcze z dawnych lat, którą upłynnia niechętnie i bardzo drogo. Kocio naparzył się na niego.
– Moi bracia też mają niezłe rzeczy – dołożył Waldemar. – Młodszy wyłowił taki kawał, czterdzieści deka, mleczny, i sam nie wie, co z nim zrobić. Może sprzeda. Tylko niech pan się nie nadzieje na Baltazara.
– O, właśnie! – podchwyciłam żywo. – Spytałam cię, ale nie zdążyłeś mi odpowiedzieć. Znasz Baltazara? To pośrednik.
– Znam. Wszyscy go znają. Dlatego tak się ucieszyłem, że mnie tu zaprotegujesz. Wolałbym kupić te rzeczy po znajomości, bez rozgłosu, żeby mi z tego nie wyszedł jakiś bojkot. Rozumiesz, może się wytworzyć głupia sytuacja, pośrednicy nie lubią konkurencji i zaczną mnie omijać, jednego okrucha nie dostanę w Warszawie, a za to mogę dostać po mordzie. Mam nadzieję, że Baltazara chwilowo tu nie ma?
– Owszem jest – odparł Waldemar niemiłosiernie. – On zawsze jest, jak bursztyn idzie, a ostatnio trochę podeszło. Tyle że z Terliczakiem się nie lubią, więc ma pan szansę.
Kiedy przyszło do konkretnych targów, taktownie opuściłam kuchnię. Skorzystałam z okazji, żeby się umyć, świadoma, że Kocio też pewnie zechce na chwilę zająć łazienkę. Na piętrze była tylko jedna. Mieszko już spał i nie przeszkadzał.
Usłyszałam, jak wchodzi na górę, i po paru minutach zapukał do mnie.
– Zdaniem pana Waldka jutro bursztynu nie będzie, bo wieje północny wiatr – oznajmił. – Mam nadzieję, że nie zamierzasz wcześnie wstawać. Mogę wejść na chwilę?
– Tak właśnie myślałam, że będziesz chciał jeszcze pogadać i nawet usunęłam łachy z fotela. Siadaj. Jako napój, mamy wyłącznie piwo, bo mi się nie chce latać na dół po herbatę.
– Nie szkodzi, lubię piwo. Czekaj… W czym się pije?
– O cholera, zapomniałam o szklankach. No nic, są tu jakieś naczynia…
Napełniając ostrożnie piwem eleganckie kieliszki do wina i okazując dobrą pamięć, Kocio od razu przystąpił do rzeczy.
– Co to za jakieś japońskie kulki? Powiało przy nich tajemnicą. Możesz mi powiedzieć?
Zawahałam się. Waldemar nie chciał, wiadomo dlaczego, nie życzył sobie konkurencji. Uznałam, że Kocio mu nie zagrozi, i opowiedziałam o kulkowym szaleństwie.
– A, to dlatego…! – wyrwało mu się.
– Co dlatego?
– Dlatego od jakiegoś czasu za skarby świata nie można dostać grubszych brył. Wszystko płaskie! Nie bez powodu przecież wybrałem się tu właśnie teraz, chciałem zobaczyć, co się dzieje. Okazuje się, że kulki. Do czego im to?
– Nikt nie wie. A niechętnie się o nich mówi, bo, jak sądzę, w grę wchodzi przemyt. Nie wierzę, żeby nasz handel zagraniczny zdobył się na taki sensowny interes.
– I słusznie. Bursztynem handlować nie umiemy. Zresztą, niczym… Ale trochę jestem rozczarowany, myślałem, że zobaczę potężniejsze niezwykłości. Robactwa nie było.
– Bursztyny z robakami Waldemar trzyma oddzielnie. Porządnie schowane, bo ten cały Baltazar ma miły zwyczaj węszyć po domach, jak nikogo nie ma.
– Kradnie?
– Gdyby kradł, jego noga już by tu nie postała. Ale węszenia też nikt nie lubi.
– Takie z robakami ten Waldemar by sprzedał? Albo chociaż pokazał!
– To się da zrobić, jeśli morze i Zalew będą wzburzone. Na ryby nie wypłynie i zyska więcej czasu. Wiem, że ma pająka. I paproć, cały liść. I sześć małych muszek w jednym kawałku.
– Wolałbym jedną, za to większą i lepiej widoczną.
Zadzwoniło mi jakoś alarmowo. Co ja o tym Kociu wiedziałam, nic właściwie…
– Może ma i większą. Osobiście mam komara, dzisiaj złapałam, ale na pewno go nie sprzedam. Dla siebie to zbieram i coś z tym zrobię.
– O tyle cię rozumiem, że ja też bym nie sprzedał. Pokaż komara!
Wygrzebałam mój płaski placek z obsychającej na kaloryferze kupy i przez długą chwilę oglądaliśmy owada, podświetlając go reflektorkiem. Potem obejrzeliśmy parę innych.
Co do pogody Waldemar miał rację. Od strony strychu dobiegało normalne wilcze wycie, średniego natężenia. Sztorm, ale przeciętny, nie żadna trąba morska. Delikatnie dałam Kociowi do zrozumienia, że nasze życie towarzyskie na dzień dzisiejszy mogłoby ulec zakończeniu, chociaż, prawdę mówiąc, patrzeć na niego było całkiem przyjemnie. Niewątpliwie przyjemniej niż na mnie. Zrozumiał właściwie.
– Dobra, jutro też słońce wzejdzie. Będę się jeszcze ciebie czepiał…
– Proszę cię bardzo – wyraziłam zgodę. – I wzajemnie.
Nie okazał przestrachu i poszedł do siebie.
Powrót do Warszawy znów mnie zaczął korcić, bo wiatr wiał nieprzerwanie i ucichł dopiero pod wieczór. Spotkaliśmy się z Waldemarem na plaży, wyleciałam przy barce, żeby popatrzeć na morze, on zaś nadjechał od strony portu.
Zaczynał zapadać zmrok. Staliśmy zgodnie, ramię przy ramieniu, na piaszczystej skarpce, zachłannym wzrokiem wpatrzeni w łagodnie już chlupiące fale i olbrzymią, czarną warstwę śmieci, ciągnącą się długą smugą w obie strony aż po horyzont. Znajdowała się daleko, na głębokości niedostępnej człowiekowi, i kusiła nieziemsko.
– Podsunie…? – wymamrotałam chciwie i nerwowo. – Czy rozproszy…?
– A kto ją wie – odparł z goryczą Waldemar, nie odrywając oczu od morskiego pleneru. – Może podsunie… A może rozproszy…
Staliśmy nadal, jakby wzrokiem pragnąc ściągnąć ją bliżej. Z całego polskiego języka została nam znajomość dwóch czasowników.
– Podsunie…? Czy rozproszy…?
– No…? Podsunie czy rozproszy…?
Rozproszyło.
Kiedy nazajutrz o bladym świcie, bo smuga śniła mi się w nocy i obudziła mnie o poranku, wylazłam na plażę w tym samym miejscu, koło barki, nie było po niej już śladu. Ale wiatr wiał słabiej i jakby zaczynał skręcać ku wschodowi. Tamte wspaniałe śmieci diabli wzięli, mogły jednakże pojawić się jakieś inne, bodaj szczątkowe, znów zatem nie mogłam odjechać. Żal mi było.
Co przez ten czas robił Kocio, nie miałam najmniejszego pojęcia i nic mnie to nie obchodziło. Czatowałam dziko na właściwą sytuację atmosferyczną. Zobaczyłam go dopiero wieczorem, przy kolacji, złożonej ze śledzi w zalewie octowej, pochodzących, rzecz jasna, z poprzedniego połowu, które Jadwiga przyrządzała genialnie. Świeży chlebek do nich i świeże masełko… Takie kolacje mogłam jadać codziennie przez okrągły rok.