Выбрать главу

Prognozy pogody okazały się trafne, wiatr wzmógł się nagle i kolejnego dnia koło południa można już było obejrzeć niezły sztorm. Ze zdjęciem siatek Waldemar zdążył w ostatniej chwili. Odczekałam jeszcze dwa dni, z nadzieją, że ucichnie i resztę śmieci wyrzuci, ale nie zanosiło się na to, sztorm miał potrwać cały tydzień. Ponadto kończył się zimny kwiecień i zbliżał ciepły maj. Czas było wracać do domu.

Kocio odjechał dzień wcześniej. Aczkolwiek mijaliśmy się raczej, to jednak ze zdziwieniem stwierdziłam, że zdążyłam się chyba trochę do niego przyzwyczaić…

* * *

Orzesznika w domu nie było, co stwierdziłam od razu po przyjeździe. Ze słuchawką przy uchu oglądałam sobie przez okno prawie cały front jego willi, w której, mimo zmroku, nie zapalało się żadne światło. Nie przyszło mi wcześniej do głowy zapytać kogokolwiek o jego rodzinę, ma jakąś żonę i dzieci czy też egzystuje samotnie, poza tym w takim dużym budynku powinna działać gosposia, nie wiedziałam zatem, jak tę pustkę traktować.

O co mi chodziło dokładnie, sama nie miałam pojęcia. Niewątpliwie w jakimś stopniu o złotą muchę, ale oprócz tego czułam lekki niepokój, spowodowany przez Terliczaka. Plotki, ludzkie gadanie i głupie podejrzenia to gorsze niż dżuma, a ten szakal wstrętny uparcie wplątywał mnie w zbrodnię. Dojdzie w końcu do tego, że ktoś w to uwierzy… Uparłam się rozwikłać chociaż trochę.

Zadzwoniłam do Tosi i Henryczka. Owszem, zdaniem Henryczka, Orzesznik miał żonę i córkę, córka nie wyszła chyba jeszcze z wieku szkolnego, wobec czego o tej porze roku ktoś tam powinien być. Jeśli nie ma, on nic na to nie może poradzić.

Zadzwoniłam do Ani, zastałam ją i umówiłam się na rozmowę osobistą, na jutrzejsze popołudnie. Wydawało mi się, że tak podejrzanych spraw, jak działalność i nagłe zejście słodkiego pieska, nie należy omawiać przez telefon.

Wreszcie zważyłam przywieziony bursztyn. Miałam jedenaście i pół kilo!

Nazajutrz o poranku nie wytrzymałam. Przyzwyczajona jeszcze w pewnym stopniu do tych nadmorskich wschodów słońca, o nieludzkiej godzinie, siódmej rano, w upojeniu i z dreszczem szczęścia, wyciągnęłam swojego mini-crafta. Wetknęłam do niego byle którą końcówkę, skośnie żłobkowaną, z dzióbkiem. Wybrałam średni bursztynek, skąpiąc sobie na razie tych największych, wzięłam głęboki oddech i prztyknęłam maszynerią.

No i tak się zaczęło szaleństwo…

Na spotkanie z Anią zdążyłam tylko dzięki temu, że od przecudownego zajęcia pół godziny wcześniej oderwał mnie telefon. Dzwonił Kocio.

– A, już jesteś – powiedział, uradowany. – Tak myślałem, bo pogoda pokazuje wiatry. Już się połapałem mniej więcej w tych prawidłach bursztynowych.

– Niby jestem, ale jakby mnie nie było – przyznałam się od razu. – Obawiam się, że nie istnieję dla świata.

– Bo co się stało?

– Nic. Zaczęłam czyścić bursztyn. Mini-craftem i frezami.

– Nie szmerglem…?

– Szmergiel mi nie leży. Frezami świetnie idzie. Robię już… czekaj, który…? Czterdziesty szósty… – rozejrzałam się dookoła siebie i omal mnie nie zatchnęło. – Rany boskie…!

– Co się, do diabła, znowu stało? – zaniepokoił się Kocio.

– Nic. Dopiero teraz zobaczyłam, co się tu dzieje…

– A ty to robisz w mieszkaniu?

– No a gdzie miałabym robić…?

– Wiesz, że ogłuszyłaś mnie. Słuchaj, ja to chcę zobaczyć! Wpadnę do ciebie, pozwolisz? Czekaj, teraz jest wpół do piątej…

– Co…?! – wrzasnęłam ze zgrozą.

– Wpół do piątej. Za minutę. A co…?

– Jezus Mario! Muszę natychmiast wyjść! Nie, zaraz, muszę się ubrać! Nie, o Boże, umyć chyba… Dobrze, wpadnij o ósmej, do ósmej już wrócę!

Rzuciłam słuchawkę, musiałam jeszcze porozłączać i trochę oczyścić całe ustrojstwo, pamiętna niegdysiejszego zaklinowania. Popędziłam do łazienki, spojrzałam w lustro i prawie mnie zatchnęło.

Czegoś takiego na sobie nie widziałam dotychczas nigdy. Wszystko, włosy, brwi, rzęsy, twarz i gors, miałam na grubo upudrowane bursztynowym pyłem. Wyglądałam jak lekko żółtawy upiór. Spodziewałam się już rażącego widoku, obejrzawszy warsztat pracy, ponieważ całe moje otoczenie, stolik, firanki, kwiatki, książki, a także herbata w szklance, pokryte było grubą warstwą owego pyłu, ale rzeczywistość przeszła moje oczekiwania. Nie byłam pewna, czy zdołam się umyć wodą i mydłem, błysnęła mi myśl o maśle, nie wysmaruję się przecież teraz masłem, poza tym masło działa na smołę, na żywicę chyba terpentyna…? Nie mam luzem terpentyny, zawiera ją pasta do podłogi, mam się wymazać pastą do podłogi…?

Machnęłam ręką na wątpliwości, ryzyk-fizyk, twarz i szyję umyłam zwyczajnie, włosy spróbowałam wyczesać szczotką, zeszło wszystko, możliwe, że niedokładnie, ale przynajmniej przestało być widoczne. Na myśl, że niszczyłam stary szlafrok, a nie którąś kieckę, doznałam nawet ulgi.

Na spotkanie z Anią w kawiarni na Rozdrożu przyjechałam punktualnie. Jeszcze chichotałam, wspominając własne dzieło, i Ania trochę się zdziwiła.

– Odniosłam wrażenie, że chciałaś rozmawiać o śmierci Kajtka? Niemożliwe, żeby to cię tak śmieszyło! Musiało ci się coś przytrafić?

– Owszem, wdałam się w pracę szlifierską…

Zrelacjonowałam jej w skrócie moje ostatnie sukcesy i próby. Ania kochała bursztyn, zainteresowała się tak, że dopiero po dwudziestu minutach mogłyśmy przystąpić do zasadniczego tematu.

– Kiedy mi mówiłaś, że on umarł, o tym wszystkim nie miałam jeszcze najmniejszego pojęcia – powiedziałam, kończąc sensacyjną opowieść, której słuchała prawie z wypiekami na twarzy. – A teraz, sama rozumiesz, chcę dojść jakoś, co się wtedy naprawdę działo. I jedyna osoba, jaka mi przychodzi do głowy, to jest jego żona. Ty ją znasz przecież?

– Wiesz, że to jest wstrząsające – powiedziała Ania. – Znam ją, owszem, ale to nie jest moja przyjaciółka.

– A co to w ogóle za rodzaj facetki?

Ania milczała przez chwilę, porządkując zapewne wrażenia, którymi ją uszczęśliwiłam.

– Chyba nie będę powściągliwa – zdecydowała się nagle. – Otóż powiem ci: ona pasuje do tego wszystkiego.

– Rozumiem, że już masz jakieś własne wnioski?

– A ty nie? Nie wierzę. Znałaś go przecież doskonale. To nagłe bogactwo należało do niego, nie do niej. Jeśli tam był, sam nikogo nie mordował i sam nie kradł, a za to wszystko widział, w grę może wchodzić tylko jedno. Szantaż.

Odetchnęłam potężnie i z wielką ulgą. Nareszcie się wyklarowało!

– Cieszę się bardzo, że to ty wymówiłaś to słowo, a nie ja. Usiłowałam nie szkalować go pośmiertnie, chociaż pchało mi się natrętnie właśnie coś takiego. Pytanie, kogo szantażował.

– Morderców oczywiście. Wnioskuję z tego, co mi powiedziałaś, mam nadzieję, że mówiłaś porządnie i ściśle. Jeśli naprawdę nie znaleziono tam wtedy żadnych śladów wleczenia zwłok, morderców musiało być co najmniej dwóch. Poza tym, w grę wchodzi ten, jak mu tam, ten piękny…

– Terliczak.

– Terliczak. Jeśli tak wyraźnie okazuje niechęć, jakiejś krzywdy zapewne doznał. Nie sądzę, żeby też był szantażowany, bo teraz by się raczej cieszył i milczał, ale coś musiał stracić bezpowrotnie i już nie odzyska. Tak mi się to układa. Kajtek ich widział, znał albo wyśledził. Nasuwa mi się myśl o tym utopionym skąpcu, którego pieniądze znikły, logiczny wniosek, płacił szantażyście, a zatem był zamieszany w zbrodnię.