– Myślisz, że ci sami mordowali i ci sami zabrali bursztyn?
– Uważam, że tak. Ale, na ile się orientuję, ty to wiesz lepiej, ktoś inny go wywiózł, bo żaden z nich nie przyjechał z nim do Warszawy. Tę złotą muchę widziano w Warszawie. Zgadza się?
– Całkowicie.
– Może nawet namówił ich do tego ten kupiec bursztynowy, może sam brał udział i tylko Kajtek go nie wypatrzył…
– A za to pozbawił ich łupu – zauważyłam w zamyśleniu, bo oczyma i uszami duszy widziałam i słyszałam Terliczaka, jakby stał mi nad głową. – Za zbrodnię konsekwencji nie ponieśli, ale nic na niej nie zarobili, przeciwnie, musieli płacić i płacić… Aż go w końcu otruli, zapewne przez posły…
– Przez wmieszanego kupca – skorygowała Ania i wypiła resztkę swojej herbaty.
Przeraziłam się, że zaraz powie coś o braku czasu i zechce zakończyć spotkanie, i zaproponowałam czym prędzej cokolwiek innego. Kawę, sok owocowy, wino, koniak… Ania po namyśle zaaprobowała kawę i koniak, uznawszy, iż tak wstrząsający temat wymaga czegoś wyjątkowego.
– To nadzwyczajne, jak się nam wszystko w tej rozmowie układa – powiedziałam z podziwem. – Porządkujesz wydarzenia!
– Zapomniałaś chyba, że to jest mój zawód – odparła Ania spokojnie. – Główne moje lektury składają się z akt sądowych i dochodzeniowych. Muszę logicznie myśleć, choćbym nawet nie chciała. Wolałabym tych ludzi obejrzeć i przepytać bezpośrednio… Oczywiście jest to czysta teoria, bo nie mamy żadnych materiałów dowodowych.
Istotnie, zupełnie wyleciało mi z głowy, że rozmawiam z sędzią. Karniakiem w dodatku.
– Szczerze mówiąc, ta dodatkowa korzyść z ciebie nawet mi na myśl nie przyszła – wyznałam ze skruchą. – Miałam tylko nadzieję na drugą żonę Kajtusia. Bo teraz już wyraźnie widać, że on własną śmiercią zginąć nie miał prawa…
– Czekaj, niech pomyślę – przerwała mi Ania i zapatrzyła się w okno. Miała na co, na Rozdrożu kłębił się okropny korek. – To już tyle lat…
– Czternaście.
– Tak? Możliwe. O ile pamiętam, dochodzenia nie było. Istniały wątpliwości, ale medycyna dopuściła w końcu śmierć naturalną. A tak naprawdę, to trudności wyłoniły się od razu, Idusia mdlała…
– Jaka Idusia?
– Druga żona. Nikt nie wiedział, z kim on się spotkał, motywy żadne, bo pieniądze wciąż prawnie należały do niej, gacha nie miała, szalała za Kajtusiem, roboty mieliby z tym powyżej głowy, a tylko w angielskich powieściach kryminalnych dociekliwy pan śledczy dla własnej satysfakcji wysila się pozornie bez powodu. U nas nie wykryte sprawy kalały statystykę, zatem nie było sprawy.
– I teraz, po tylu latach, tylko jedna Idusia może coś pamiętać i puścić farbę.
– Jeśli ma rozum, odczeka jeszcze sześć. Po dwudziestu latach następuje przedawnienie i jeśli nawet jej pieniądze pochodziły ze zbrodniczego przestępstwa, nikt jej ich nie odbierze. Zresztą, przypuszczam, że już je wydała.
– A nie ona popełniła przestępstwo i może przysięgać na wszystkie świętości, że o niczym nie miała pojęcia…
– Wtedy by jej to nie pomogło. Teraz, może masz rację, może jej się coś wyrwie… Dużo byłoby pytań. Z kim się spotykał, kto u nich bywał, telefony, wszystko o pieniądzach, co mówił, czy się czegoś bał i tak dalej. Jaki tryb życia prowadził, wyjeżdżał może… Czekaj! – zreflektowała się nagle. – Przecież ja wiem, jaki on tryb życia prowadził, grywaliśmy w brydża! Musiałabym sama siebie przesłuchiwać. No oczywiście, teraz już dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że sam, bez Idusi, wyjechał jeden raz. Ileż w ogóle to małżeństwo trwało, niecałe dwa lata! A raz usłyszałam rozmowę, dzwonił… To znaczy nie wiem, czy on dzwonił, czy dzwoniono do niego, to było u nich, wyszłam z łazienki, zorientowałam się, że wisi na słuchawce tuż przy drzwiach gabinetu, nie chciałam przeszkadzać, więc cicho zamknęłam drzwi i cicho przeszłam, mieli wszędzie dywany. Powiedział: „Miło mi pana słyszeć”, kąśliwie dosyć, potem: „Co pan powie!”, takim tonem, że człowieka skręca od razu, potem: „To pech. Czekam do niedzieli wieczorem, w poniedziałek jest dzień pracy”. I tyle.
– Szantażu to nie wyklucza – zauważyłam niepewnie.
– Ale i nie potwierdza. Chociaż brzmiało to bardzo jadowicie.
– Czeka do niedzieli, a w poniedziałek leci z donosem…
– Anonimowo. Bo inaczej odpowiadałby za ukrywanie przestępstwa.
– Jestem pewna, że łgarstwo na tym tle miał już doskonale obmyślone. Łgał koncertowo. Mógł się przesadnie rozbestwić i wreszcie stracili cierpliwość, bo wychodzi mi, że jeśli istotnie szantażował, to co najmniej dwóch, jeśli nie trzech.
– Nie wiem, jak do tego dopasować tych kupców i pośredników – powiedziała Ania z wahaniem. – Przecież wiesz, że ja tam czasem bywam, na tej Mierzei, w Krynicy Morskiej, tyle że w lecie. Sama mnie zachęciłaś. Zdołałam się zorientować, że ten bursztyn to jak ryby. Oni sami nigdzie z tym nie jeżdżą, kupcy przyjeżdżają do nich. I tu musiało być podobnie, zaraz, gdybym koniecznie musiała wytypować podejrzanego, wybrałabym tego Frania, który znikł. Ale z doświadczenia wątpię, czyby truł, przemytnicy nie lubią mokrej roboty, chyba tylko wyjątkowo…
– Kajtuś mógł się im przekształcić w zaporę nie do przebycia…
– Zleciliby to komuś. Chociaż, czekaj, czternaście lat temu jeszcze byli głupsi i mniej wyspecjalizowani. Któryś, jeden, załatwił to osobiście, może przypadkiem zdobył coś szkodliwego na wątrobę. I skorzystał z okazji.
Rozważałyśmy przez chwile tę kwestię. Zrozumiałam, że ze wszystkimi osobami, których tożsamość zdołałam odkryć, muszę porozmawiać, chociaż zapewne nic mi nie powiedzą. No, z jednym co najmniej…
– Złapię Idusię – zdecydowała się Ania. – Wymyślę jakiś pretekst, może brydż, ona gra. Zaciekawiło mnie to prywatnie, broń Boże nie zawodowo. Poza tym, przyznam ci się, chciałabym zobaczyć tę złotą muchę i mam wielką nadzieję, że ona jeszcze nie wyjechała za granicę… Czekaj, a co z tą dziewczyną?
– Z którą… a! – zawahałam się. – Nie wiem. Chyba nic. Ona tu w ogóle nie ma nic do rzeczy, tyle że mieszkała w tamtym domu. Powiedziałam ci o niej wyłącznie dla porządku. Albo może wepchnęła mi się na usta, bo wciąż mnie korci, że ją znam. Możemy ją na razie odstawić…
Kocio czekał na mnie przed domem w samochodzie. Wysiadł, kiedy nadjechałam.
– Kociu, bardzo cię przepraszam – zaczęłam zdyszanym głosem, aczkolwiek nawet trzech kroków nie przeleciałam na piechotę, całą trasę przejechawszy samochodem. – Wcale nie zaczynam tracić poczucia czasu, tylko zwyczajnie się w nim nie mieszczę. Nawet nie odwiozłam mojej przyjaciółki…
– Ty rzeczywiście z poczuciem czasu musisz być na bakier, skoro nie zauważyłaś, że przyjechałem wcześniej – przerwał mi Kocio z wyraźnym współczuciem. – Tak mi wypadło, pomyślałem, że spokojnie poczekam, bo za chwilę wrócisz, i okazuje się, że miałem rację. Nie posprzątałaś, mam nadzieję?
Przez chwilę nie wiedziałam, o czym mówi. Zatrzymałam się na pierwszym piętrze, odwróciłam i popatrzyłam na niego. Wyglądał nad wyraz interesująco, przystojny chłopak, pi razy oko w moim wieku, a przy tym trzymający się świetnie. Aż mi się przyjemnie zrobiło. Zaraz, co on ma na myśli…?
– A…! No coś ty! Wyleciałam z domu jak do pożaru…
Kocio też popatrzył na mnie jakimś zmąconym wzrokiem. Na pierwszym piętrze świeciła wyjątkowo silna żarówka, całą korespondencję, wyjętą za skrzynki listowej, zaczynałam tam zazwyczaj odczytywać. Zastanowiłam się pośpiesznie i marginesowo, co też mam na sobie, czy nie wybiegłam na przykład z włosami podwiązanymi sznurowadłem albo wymalowana na czerwono, ale nie, chyba nie, Ania zwróciłaby mi uwagę. Gdybym była młodsza i piękniejsza, uważałabym, że poraził go widok mojej urody, znienacka na tych schodach ujawnionej…