Dopiero po bardzo drugiej chwili udało nam się wrócić do jakiej takiej równowagi. Przyniesiona przez Kocia informacja budziła szczerą zgrozę. Wyjątkowo mamy jakieś jedno coś, czego nie ma nigdzie na świecie, i to jedno coś mamy dobrowolnie i bez żadnych sensownych powodów oddać na bezpowrotne stracenie. Czyśmy już resztki rozumu stracili…?
Patriotyzm eksplodował we mnie niczym kilka gejzerów razem wziętych.
– Trupem padnę, a nie pozwolę! – oznajmiłam gwałtownie. – Kociu, dopilnuj, na litość boską! Sam próbuj kupić, oferuj miliony! Aniu, ta kretynka może łgać, ten jakiś nowy może ją trzymać w ręku i nakłaniać do łgarstwa, grajcie w brydża! Sama będę grała, przebiorę się, włożę perukę, wymyślę sobie nazwisko, powiesz, że jestem kuzynka z prowincji! Gdzie mieszka ten cholerny Franio…?!!! A, prawda, na Złotej…
– Uspokój się – poprosiła Ania, z natury zdecydowanie spokojniejsza ode mnie. – Owszem, trzeba to załatwić, ale bez przesadnych komplikacji. Pan ma doskok do nich wszystkich, jak widzę? Propozycja nabycia za wielkie pieniądze wydaje mi się sensowna, to pozwoli do nich dotrzeć. Rozmowa z Franiem, oczywiście, ale musiałabyś się z nim zaprzyjaźnić, inaczej zełże do ciebie każde słowo. Czy nie mogłabyś…?
– No…? – spytałam niecierpliwie, bo zamilkła nagle. – Co bym mogła?
Ania łypnęła okiem na Kocia i zawahała się.
– Kociu, zobacz, co tam jest jeszcze w kuchni, w lodówce albo obok – poleciłam delikatnie.
Kocio już się podnosił.
– Też mi się tak wydawało – mruknął i wyszedł z pokoju.
– Czy nie mogłabyś spotkać się z tym swoim… Boże, co za słowo… wymarzeńcem…? – podjęła natychmiast Ania trochę niespokojnie. – Wydaje mi się, że on tu nieźle miesza. Ta osoba postronna, hobbysta… Nie sądzisz, że to może być on…?
– Jestem tego nawet całkowicie pewna – odparłam w nagłym błysku natchnionego jasnowidzenia. – On musi od początku cholernie dużo wiedzieć, nie darmo zaprzyjaźnił się z glinami. Ale spotkanie do kitu, nawet gdybym zamieszkała u niego, też mi nic nie powie. Mam silne wrażenie, że raczej należałoby wykryć nowego wielbiciela Idusi, bo skoro go ukrywa, coś w nim musi być. Nie namówiłabyś jej na kolejnego brydża? U niej może?
Ania wzdrygnęła się lekko, ale kiwnęła głową ze zrozumieniem. Nie zwróciłyśmy nawet uwagi na to, że Kocio wrócił do pokoju z następną butelką wina. Skąd, na litość boską, tyle wina znalazło się w moim domu…?
– Pozastanawiam się nad tym wszystkim porządnie – obiecała Ania, już wychodząc – i może coś mi przyjdzie do głowy. Nie lubię zbrodni, a za to kocham bursztyn…
Ogromnie korcił mnie Franio.
Przed złożeniem mu natychmiastowej wizyty zawahałam się, ale bywał przecież u Orzesznika, naprzeciwko mojego domu. Może udałoby się złapać go tutaj…? Gdybym jeszcze wiedziała, jakim samochodem jeździ…
Ta wiedza nie była dla mnie trudna do zdobycia. Miałam taką szalenie daleką kuzynkę, która od lat pracowała w wydziale komunikacji w Śródmieściu i odnosiła się do mnie życzliwie. Należało po prostu znaleźć jej telefon.
Poszukiwania rozpoczęłam od razu, posuwając się do tyłu od aktualnego notesu. Nie dzwoniłam do niej od wieków, majaczyło mi się zatem, że powinna znajdować się w takim starym zeszycie, a może na kartce, do zeszytu wetkniętej, wszystko razem zaś, z tych starych zapisków, dawno temu zebrałam do kupy i umieściłam w kartonowych okładkach, które zrobiły się pękate. Gdzie, na litość boską, mogły leżeć duże, pękate okładki? Nie pod innymi papierami, bo wszelkie papiery by z nich zjeżdżały, nie na wierzchu, bo ich nie widać, nie wyniosłam ich nigdzie, bo z natury rzeczy potrzebne były obok telefonu, co, u diabła, mogłam z tym zrobić…?
Znalazłam je wreszcie po godzinie, jako ostatni wymacany przedmiot, na sznurkowej półeczce, za wielką kopertą z zawartością medyczną. Wyciągnęłam. Tak, to było to, upragnione okładki, tyle że okazały się jeszcze bardziej pękate niż je pamiętałam. Zajrzałam do nich z wielką ulgą.
Pierwsze, co w nich ujrzałam, to wielki, obszargany, pomarańczowy notes. Nie mój, ale przypomniałam go sobie natychmiast.
Zaginiony notes wymarzeńca! Ostatnia kropla naszych kontrowersji, ostatnia przyczyna rozstania, ostatni zarzut, jakim mnie przytłoczył! Szukał go jak szaleniec, a prosił Pana Boga, żeby przypadkiem nie znaleźć, nie ja go tam wetknęłam, to pewne, w życiu go nawet w ręku nie trzymałam, sam schował, może w pośpiechu, żeby ukryć przede mną, a może w zwyczajnym roztargnieniu, po czym kompletnie o tym zapomniał. Zapłonęłam dziką satysfakcją, żadna lojalność już mnie nie obowiązuje, sprawdzę jego zapiski, może się wreszcie dowiem, co wykrył przed laty i może okaże się to przydatne…
Przydatne…!
Ze szczerą zgrozą, wstrząśnięta i ogłuszona, z zamętem w umyśle i w wypiekach rozszyfrowywałam hieroglificzne skróty. Melanż w nich panował nieziemski nie tylko dlatego, że autor zapisywał różne rzeczy gdziekolwiek, wykorzystując pierwsze lepsze miejsce, ale też i z tej przyczyny, że cały notes był w proszku, kartki z niego wylatywały i wkładane były jak popadło, bez żadnej kolejności. A dziwiłam się kiedyś, że wszystkiego w nim długo szuka…!
Własnym oczom nie wierząc, znalazłam tam datę utopienia Floriana i zwierzenia jego żony, znalazłam datę odnalezienia zwłok, spis jakichś nazwisk, niewątpliwie dotyczących sprawy, bo wśród nich znajdował się Terliczak, nazwisko komendanta krynickiej milicji, które znałam przypadkiem, wszystkie kolejne adresy Orzesznika oraz mnóstwo rozmaitych, dosłownie cytowanych zeznań, podnoszących włosy na głowie. Znalazłam Frania i Baltazara. Znalazłam Idusię…
Znalazłam również siebie.
Gdybym jeszcze miała jakieś wyrzuty sumienia z racji wdzierania się ordynarnie w jego tajemnice, przeszłyby mi jak ręką odjął. Rozpoznałam się po numerze telefonu. Od samego początku, od pierwszego dnia znajomości, ten człowiek badał moją prawdomówność i praworządność, sprawdził moją przeszłość, obwąchał moich przyjaciół i rodzinę, zweryfikował mnie co najmniej tak, jakby podejrzewał, że podszywam się tylko pod siebie„ a naprawdę jestem kompletnie kim innym. Matą Hari zapewne.
Szlag mnie nie trafił z oburzenia wyłącznie dzięki twórczej myśli, która wystrzeliła z tego całego śmietnika. Mianowicie, śledząc mnie, zajął się aferą we właściwej chwili i teraz mam szansę odnieść z tego olbrzymią korzyść!
Opanowując wściekłą furię, przystąpiłam do badań szczegółowych.
Słodki piesek, jak wynikało z notesu, był w knajpie z Franiem. Lokal to musiał być podrzędny, bo obsługiwały kelnerki, a nie kelnerzy, co stanowiło kwestię nader istotną. Mianowicie kelnerce słodki piesek bardzo się spodobał i dlatego zwracała na niego uwagę, nie bez przerwy, bo ruch panował duży, ale częściej niż wynikało z potrzeb służbowych. Siedział z jakimś drugim, ten drugi przyszedł później, słodki piesek już złożył zamówienie, zaczął nawet jeść. Przystawki. Ten drugi, kelnerka opisała go dokładnie, Franio jak byk, zażądał tylko śledzika, siedział krócej, teczkę miał przy sobie, razem poszli do toalety, wrócili, kelnerka przez ten czas spoglądała na ich stolik, bo zostawili papierosy i zapalniczki, takie drogie i eleganckie, więc żeby kto nie podwędził… Wrócili nie całkiem razem, Franio pierwszy, słodki piesek po chwili, wódka już była nalana, wypili, wyglądało to na jakiś interes, posiedzieli, po czym ten drugi, jak przyszedł później, tak wyszedł wcześniej, chociaż nie była pewna, czy wyszedł całkiem, bo swoją teczkę zostawił na krześle. Wydawał się jakiś zniecierpliwiony i zły, jakby się śpieszył. Za to jeszcze później do słodkiego pieska przysiadł się jakiś inny, wąsaty i brodaty, ale nawet nie zdążyła przyjąć od niego zamówienia, bo słodki piesek zachorował. Zamieszanie się zrobiło, wezwali pogotowie, ten świeżo przybyły uregulował rachunek, położył pieniądze na stole, a potem gdzieś się zmył. Co do teczki, nie wiadomo co się z nią stało, któryś z nich chyba ją zabrał. I tyle. Więcej nie widziała i nie wie.