Kolejne pół godziny przelazło niczym leniwa i obżarta krowa. Z zaciśniętymi zębami, bliska oczopląsu od wytężonego wpatrywania się w niewyraźne zarośla i osłonięte firankami szyby, coraz bardziej zdenerwowana i wśród rosnących wyrzutów sumienia, doczekałam wreszcie chwili, kiedy z willi Orzesznika wszyscy goście wyszli hurtem. Wsiedli do samochodów i odjechali. Patrzyłam nadal, niespokojna o Kocia, ale w ogrodzie nie działo się nic. Prawie postanowiłam lecieć na dół i obejrzeć sytuację z bliska, bo może należało ratować jego uszkodzone zwłoki, kiedy zadźwięczał gong u moich drzwi i Kocio objawił się, żywy i zdrowy.
– No…? – wydyszałam z wielką ulgą.
Kocio zdjął wdzianko i starannie wytarł nogi.
– Interesujące – oznajmił z ożywieniem, ale jakby trochę niepewnie. – Czy rzeczywiście ten palant w krzakach to był, jak by tu elegancko… mój poprzednik przy twoim boku?
– Powiedział ci coś takiego? – zdumiałam się śmiertelnie.
– Broń Boże! Sam zgadłem. Mówiłaś, że właściciel notesu, prosta dedukcja…
– No dobrze, owszem. Bo co?
– Bo ustrzelił mnie niewąsko. Nadziałem się na niego pod oknem, podsłuchiwał naukowo, oprzyrządowany akustycznie. Nie dostrzegłem go w pierwszym momencie i prawie mu wlazłem na głowę, ale nie miał pretensji, powitał mnie z pełnym zrozumieniem. Podsłuchiwaliśmy razem w idealnej zgodzie. Powiadomił mnie, że w środku kluje się zbrodnia i on zamierza przeciwdziałać, a ja co…? No więc powiedziałem, że ja też, aczkolwiek o zbrodni nie mam bliższych informacji, na co mgliście oznajmił, że niektórych osób nie należy dopuszczać do niebezpiecznych przedsięwzięć.
– I co to miało znaczyć?
– Doznałem wrażenia, że ma na myśli ciebie.
– Bardzo możliwe. I co dalej?
– Następnie wyjaśnił mi grzecznie, że gdybym próbował się stamtąd oddalić, zostałbym zatrzymany niekoniecznie łagodnie. Ponieważ mógłby mnie posądzić o chęć ostrzeżenia osób w środku, że są podsłuchiwane. Jeśli nawet zawiadomię je o tym później, nie będzie to już miało znaczenia. Ogólnie biorąc, był taki więcej tajemniczy.
– Zawsze był tajemniczy. A przynajmniej się starał.
– Myślisz, że naprawdę przyłożyłby mi skutecznie…?
– Obawiam się, że tak. Zna karate.
– Ja też.
Nowym okiem popatrzyłam na Kocia. Zawsze mi imponowały niedostępne dla mnie umiejętności. Gdyby umiał doskonale haftować albo przyrządzać mostek cielęcy z nadzieniem, nie wzbudziłby mojego podziwu, nawet jako kierowca musiałby się nieźle wysilić, za to jako żeglarz albo pilot… Ho ho!
Uznałam za słuszne wyciągnąć butelkę wina i postawić na gazie garnek z duszoną polędwicą wołową. Z grzybkami.
– Pewno by się zatem nie obeszło bez zwrócenia uwagi tej całej bursztynowej szajki – zauważyłam nieco zgryźliwie. – Dobrze, że nie próbowałeś uciekać. Usłyszałeś coś ze środka?
– On, niestety, usłyszał więcej – odparł z westchnieniem Kocio, odruchowo ujmując korkociąg. – Ja tylko fragmenty. Od razu ci powiem, co z nich wywnioskowałem. Rozważali kwestię ceny bursztynu ze złotą muchą, możliwość transakcji wiązanej, trzy bursztyny razem jako skondensowana niezwykłość…
– A więc je mają?! Wszystkie trzy?!
– Tak wychodzi. Z tym że chyba każdy gdzie indziej. No i sprawę podziału zysków, bo jak ich tam było czworo, Franio, Lucjan, Baltazar i ta śmierć na chorągwi…
– Proszę…?
– Szkielet. Pani Idusia, o ile rozumiem… tak każdy z nich rości sobie prawa do skarbu. Zdaje się, że ma to być wspólna własność, takie wrażenie odniosłem. Myślisz, że to możliwe?
Nie musiałam zastanawiać się długo.
– Jeśli Franio podwędził to pierwszy… pomijam zbrodnię… podpuszczony przez Baltazara, który widział zdobycz… to już ich było dwóch do spółki. Słodki pie… tego, Kajtek, małżonek Idusi, odebrał im to i stał się posiadaczem, Idusia po nim dziedziczy. Orzesznik się wplątał i badał teren wśród potencjalnych kupców nie za darmo, za udział z pewnością. W rezultacie rzeczywiście wszyscy trzymają kawałek tego; w zębach i słusznie roszczą sobie prawa… No, może nie bardzo słusznie, ale nikt z nich nie popuści, zależą od siebie; wzajemnie, chcąc nie chcąc muszą się trzymać w kupie.
– Nie chcąc – zaopiniował Kocio stanowczo. – Potopiliby się w łyżce wody z największą przyjemnością. Zdaje się, że doszli do równych udziałów przy zgodnym zgrzytaniu zębami, po czym jęli rozważać charakter szejka. On jest szejk, ten Arab…?
– Nie żaden szejk, tylko zwyczajny naftowy biznesmen. No, z dobrej rodziny…
– Zastanawiali się nad czterema milionami dolarów, jako ceną wywoławczą, milion na łba. Nikt normalny by tyle nie dał, chociaż ja uważam, że niesłusznie. Ponadto padały jasne uwagi o szkodliwości ujawnienia tych brył. Długo to wszystko trwało i nadleciał Hindus, widziałaś go?
– Widziałam. Nadleciał po trzydziestu dwóch minutach. Patrzyłam na zegarek.
– Bardzo im wszedł w paradę. Pani Idusia wytworzyła nastrój towarzyski, porzucili omawianie tematu całkowicie, Hindus nie jest wtajemniczony i wił się tam jak nieszczęście, bo chciał pogadać z Orzesznikiem o bursztynach w cztery oczy, a nie spodziewał się takiego spędu towarzyskiego. Wyraźnie to było widoczne, lepiej ich można było obejrzeć i usłyszeć, bo okna nie zasłonili. W rezultacie wszyscy wyszli. Nie zdziwiłbym się, gdyby wrócili pojedynczo. Patrzyłaś?
– Patrzyłam. Nie wrócili, chyba że później. Jezus Mario, mięso…! Zobacz, czy nie ma samochodów!
Rzuciłam mu w ręce tę lepszą lornetkę i popędziłam do kuchni. Kocio uważnie spenetrował teren.
– Pusto. Nie wrócili. Pewnie każdemu przyszło do głowy, że nie ma co się wygłupiać z konspiracją, bo inni też wrócą. Czekaj, ale w rezultacie nie wiem, kto ma bursztyn ze złotą muchą i gdzie on jest. Wydawało mi się, że, na zmianę, albo u Frania, albo u Orzesznika. O rany, jak to pięknie pachnie!
Pachniało, istotnie, nie zdążyło się przypalić. Korzystając z tego, że on zaczął jeść, wyjawiłam swoje poglądy na temat człowieka Danusi. Najprawdopodobniej trafił do Frania i dziś wieczorem otrzyma od niego jakąś odpowiedź. Upór Danusi w kwestii oglądania może doprowadzić wreszcie do ujawnienia przedmiotu.
– Nie wiesz przypadkiem, w jakich stosunkach wzajemnych pozostają Hindusi i Arabowie? – spytałam niepewnie. – Politycznych, religijnych…? Teren chyba nie, nie graniczą ze sobą?
– Gdzieś tam chyba Pakistan do Iranu przytyka, ale o wojnie między nimi jakoś nie słychać. Zdaje się, że chwilowo kontrowersji nie ma. Myślisz, że Hindus i żona Araba mogliby się pogryźć?
Zamyśliłam się na chwilę.
– Czy nie było wcześniej mowy o Hindusie? On leci na kulę z tej bryły z opalizującą chmurką. Nic nie mówili na ten temat?
– Nie wiem – odparł Kocio po paru sekundach intensywnego wpatrywania się w kieliszki, do których dolewał wina. – Nie wszystko słyszałem. Ze dwie uwagi mogły tego dotyczyć, że mowy nie ma i że zniszczenie czegoś wykluczy dalsze zyski. Nie dam głowy, ale w grę mogły wchodzić hinduskie obyczaje pogrzebowe.
– Zatem Hindusowi na stracenie nie dadzą. Chwałaż Bogu, dobre i tyle. Teraz właściwie nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać na telefon Danusi. Z chwilą kiedy będzie wiadomo, gdzie ten bursztyn jest, uda się może ruszyć sprawę i skonfiskować go jako zysk z przestępstwa. Innej drogi zabezpieczenia go nie widzę, bo przecież nie kupimy go za cztery miliony dolarów…