Szklaneczką z napojem dotknął głowy. Kapitan i podporucznik słuchali w kamiennym milczeniu. Hindus najwyraźniej w świecie na nowo przeżywał okropną scenę, można było uwierzyć, że nie udaje. Wypił resztę, znów popatrzył na barek i chwilowo się wstrzymał z repetą.
– Nie wiem, jak długo to trwało. Wspomnienia mam bardzo mętne. Pojawiła się jakaś kobieta, później druga. Dały mi wody…? Chyba dały. Pytały, co tu się stało, nie wiem, co im odpowiedziałem. Dostałem koniaku, to mi pomogło, głowa mnie ciągle bolała, chciałem lekarza. One proponowały pogotowie, bez sensu, mogłem przecież iść. Umyłem się trochę, zrobiło mi się lepiej, prawie oprzytomniałem, ale byłem przerażony, chciałem być sam, zebrać myśli. Tam blisko jest lecznica, pamiętałem o niej, chyba wyszedłem, a one też wyszły, nie wiem, co zrobiły, bo odjechałem. Mały kawałek. Opatrzono mnie, dostałem lekarstwa, zastrzyk. Późno w nocy wróciłem do domu. I to wszystko. Wiedziałem, że będę musiał zeznawać, ale nie zabiłem go i nic więcej nie wiem. To był pan Fran-jo, w jakiejś chwili poznałem po ubraniu…
Zamilkł i teraz już w sposób zdecydowany posłużył się barkiem. Podporucznika zaciekawiło, co pił, przesunął dyskretnie krzesło, łypnął okiem i stwierdził, że jest to zwykła brandy. Rozczarowało go to okropnie, zdążył już bowiem wyobrazić sobie jakiś nadzwyczajnie egzotyczny alkohol.
– Te kobiety pan znał? – spytał.
– Nie. Nigdy w życiu ich nie widziałem.
– A może je pan opisać? Jak wyglądały?
– Nie wiem. Obie jasnowłose. Blond. Nie stare.
– Coś więcej. Grube, szczupłe? W okularach może?
– Nie wiem.
– A jak ubrane?
– Nie wiem.
– Po jakiemu mówiły?
– Po angielsku. I po polsku, między sobą. To wiem.
– A przedtem… Stracił pan przytomność, rozumiem, ale może coś pan słyszał?
– Nic. Czarna masa.
Podporucznik popatrzył pytająco na kapitana. Nie bardzo wiedział, co z tym fantem zrobić.
– Czy denat groził panu bronią? – spytał po namyśle, bez nacisku, przypominając sobie nagle swoją matkę i błogosławiąc ją za upór, z jakim od dzieciństwa pchała w niego język angielski. Także za jedne całe, długie wakacje w Anglii, które załatwiła mu ciężkim wysiłkiem. Także za te wszystkie lektury, których mu dostarczała. Jaka mądra matka…! Teraz mógł po angielsku powiedzieć, co zechciał, nawet w wyszukanej formie.
– Jaką bronią? – zainteresował się Hindus.
– Bronią palną. Pistoletem.
– Nic o tym nie wiem. Żadnego pistoletu tam nie widziałem.
– Ale jest pan pewien, że on na kogoś czekał?
– Sam to mówił – odparł Hindus z lekką urazą. – Na kobietę. Intymne spotkanie. Dlatego chciał, żebym sobie poszedł. Nie wierzyłem mu, ale potem widziałem kobietę.
– Co jeszcze mówił?
– To ja mówiłem. O bursztynie. Twierdził, że go nie ma, a oto jest. A on mnie zapewniał, że się mylę, że go naprawdę nie miał, dopiero dzisiaj zdobył, że nikomu nie sprzedaje, że ja mam prawo pierwokupu. Chciał mnie ułagodzić. Więc zacząłem udawać, że mu wierzę i wypiłem tego drinka, nie spodziewałem się otrucia. On mnie otruł!
– Zostawimy go na razie – odezwał się wreszcie Bieżan po polsku. – Istnieje szansa, że mówi prawdę. Bo jedno z dwojga…
Dalszy ciąg rozpoczętego zdania wygłosił już po opuszczeniu podejrzanego, w drodze powrotnej do komendy.
– Albo go rąbnął od razu, w trakcie kłótni, ale w takim wypadku dlaczego leżał na tej nodze od szafy i siedział na kanapie? W sypialni się nie bili, nie ma najmniejszych śladów, dla przyjemności się przecież tam nie położył i łba sobie nie rozbił. Albo Leżoł rzeczywiście go załatwił, bo czekał na babę, a on oprzytomniał, wstał i poszedł się mścić. Ale temu znowu ślady przeczą, jego krwi nie ma nigdzie więcej, tylko na nodze i przy kanapie. Gdyby się tam z nim szarpał, pryskałoby szerzej. No i, oprzytomniały, nie siedziałby tam przecież i nie widziałby żadnej kobiety. A twierdzi, że widział dwie.
– Mogło mu się w oczach dwoić. Dwie blondynki…
– Jeśli zdołał sam dojechać do lecznicy, musiał już widzieć pojedynczo. Jego gadanie zgadza się z sytuacją, chociaż nie powiem, co nam z tego przyjdzie. Co to za jakieś baby cholerne…?
– W każdym razie już widać, że wszystko kręci się dookoła tej złotej muchy – stwierdził podporucznik pocieszająco.
Z nielicznych dam, zapisanych w notesie Frania, żadna nie wchodziła w rachubę. Podejrzenia mogły jeszcze paść na wcześniej przesłuchanego Zenobiego, ale w mieszkaniu denata nie znaleziono najmniejszego śladu jego obecności. Poza złotą muchą kapitan nie miał żadnego porządnego punktu zaczepienia.
Stare akta zdążył już przeczytać, spędziwszy nad nimi razem z podporucznikiem pół nocy, wnioski z nich wyciągnął i zdecydował się ruszyć do tyłu.
Przesłuchany jako następny Baltazar okazał się wściekle rozmowny.
Nie usiłował wcale ukrywać swoich kontaktów z nieboszczykiem, skąd, cóż znowu, znali się wiele lat, chociaż o żadnej przyjaźni mowy być nie może. Ten cały Leżoł to nie był człowiek porządny, wrogów mógł mieć całe kopy. On sam, Baltazar, podejrzewał go o rozmaite machlojki, oszustwa nawet, ale oczywiście dowodów żadnych na nic nie miał, a co do tego piątku, kiedy Leżoła zabito, to jeszcze przed południem pojechał na wybrzeże i o czwartej, szesnastej znaczy, siedział w knajpie w Krynicy Morskiej z dwoma rybakami, proszę bardzo, może podać nazwiska, a widziało go z dziesięć innych osób. O dziewiątej był już w Gdańsku, ma tam mieszkanie, bo w ogóle mieszka tak pół na pół, to w Gdańsku, to w Warszawie, jest pośrednikiem, na tym polega jego praca, a mieszkanie musi mieć, z hotelami wariactwa by dostał. Owszem, widziała go sąsiadka, gapiła się przez okno, akurat jak przyjechał, wszędzie nos wtyka nie do zniesienia, ale teraz Bogu dziękuje, że to taka wścibska baba. Z mordowaniem Leżoła nie ma nic wspólnego i nic o tym nie wie…
– Ale prowadził pan z nim wspólne interesy? – przerwał kapitan ten potok zwierzeń.
Baltazar odpowiadał gorliwie i bez wahań.
– No jasne. Człowiek się nie rozerwie na sztuki, kogoś w drugim miejscu trzeba mieć.
– Może się pan zatem domyśla, na kogo denat czekał i z kim był umówiony?
– Z każdym mógł być…
– A kiedy pan go widział ostatni raz?
– Poprzedniego wieczoru. U znajomych. Nazwisko, proszę bardzo, mogę podać. Lucjan Orzesznik, na Mokotowie mieszka. Też mamy interesy, on zna plastyków, producentów, bywa, że ja towar u niego zostawiam, pytałem, czy są jakie konkretne zamówienia, a tak to się ogólnie pogadało… Leżoł też był.
– I kto jeszcze? – spytał kapitan na wszelki wypadek, nie spodziewając się żadnych rewelacji.
– No, Lucjan… I taki jeden Hindus przyjechał, to klient, chciwy na bursztyn, ale jemu się niechętnie sprzedaje.
– Dlaczego niechętnie?
– Bo oni to, panie kapitanie, marnują. Tak to owszem, biżuteria, ozdoby, ale jak właściciel umrze, wszystko razem z nim palą. Religia taka. Człowiek by nie chciał okazów na spalenie dawać. Takie gorsze, trzeci gatunek, to niechby, ale pierwszego szkoda.
Kapitan pożałował, że nie spytał Hindusa, do czego mu ten bursztyn z chmurką, ale rzecz była jeszcze do nadrobienia. Zrozumiał, że słyszy o konferencji trzech biznesmenów bursztynowych, której to konferencji wynikiem mogło być właśnie usunięcie Leżoła. Na usłyszenie całej prawdy nie miał nadziei. Baltazar specjalnie tak dużo i tak gorliwie gadał, żeby ukryć sedno rzeczy.