Выбрать главу

– Był tam ktoś więcej?

– A przyszła jedna facetka, ale to znajoma Lucjana, nawet nie wiem, jak się nazywa. Więcej już nikt. Wszyscy potem wyszli razem i każdy pojechał w swoją stronę.

Facetkę kapitan sobie zapamiętał i przeniósł się w przeszłość. Spytał o złotą muchę.

I tu Baltazara nagle zamurowało. Słyszeć o niej słyszał, owszem, może nawet ją widział, ale to dawno temu i już nie pamięta. Był przy tym, jak ją wyłowiono…? Możliwe, przy różnych połowach był, ale to już tyle lat, wyleciało mu z głowy. Nic nie wie, nic nie pamięta, amnezja całkowita…

Kapitan nie naciskał, w najbliższych planach miał Orzesznika, a ze starych akt wychodzili mu następni świadkowie. Wypuścił ze szponów spoconego Baltazara i kazał natychmiast odnaleźć pana Lucjana, gdziekolwiek by się znajdował.

Orzesznik akurat wrócił do domu, co stwierdzono podstępnie, Bieżan zabrał zatem Górskiego i pojechał do niego od razu. Wysłał mu wprawdzie wezwanie, ale na jutro, a wolał go zobaczyć już dziś.

Orzesznik nie miał nic wspólnego w ogóle z niczym. W piątek znajdował się w Warszawie, owszem, ale żadnych zbrodni nie popełniał, tylko odbierał od znajomego szlifierza bursztyn, żeby go zawieźć do Krakowa, do oprawy. Ma tam takiego wyjątkowo utalentowanego artystę. U szlifierza tkwił najmarniej trzy godziny, między piątą a ósmą, w towarzystwie najpierw dwóch osób, a potem nawet czterech, bo przyszła żona szlifierza z przyjaciółką, której pokazywała surowiec na naszyjniki. Można ich wszystkich zapytać od razu, proszę bardzo, tu jest telefon szlifierza, a żona chyba zna własną przyjaciółkę.

Kapitan lubił eliminować niepotrzebne podejrzenia, kazał zatem podporucznikowi wysłać tam kogoś zaraz, aczkolwiek nie wątpił, że pan Lucjan w tym wypadku mówi prawdę.

Leżoła znał, czemu nie, poznał go z jakie piętnaście lat temu, rzecz jasna przy okazji pośrednictwa bursztynowego. Leżoł tego bursztynu dostarczał, morskiego i kopanego, kopanego legalnie, kiedyś nawet rachunki miał, potem przepisy zelżały, więc już nikt sobie rachunkami głowy nie zawracał. Chyba że jakaś większa partia albo co.

Dlaczego jemu, a nie odbiorcom bezpośrednio…? A to różnie bywało, ale wolał zwalać na Orzesznika, może mu się nie chciało latać po ludziach. Jego sprawa. Towarzyskich kontaktów z nim nie utrzymywał, wyłącznie służbowe, więc jego znajomych nie zna i nie ma pojęcia, na kogo mógł czekać. Był tu w czwartek, oczywiście, omawiali interesy, ten Baltazar też był, on znad morza przywozi, ma tam kontakty i stałych dostawców. Hindus był również, przerwał im rozmowę, to głupek, przyznał się, że bierze bursztyn na spalenie, nikt mu zatem nie chce sprzedawać. Facetka…? Jaka znowu facetka? Żadna facetka nie przyszła, jego żona wróciła do domu, ten Baltazar chyba zidiociał, nie poznał jej czy co? No owszem, jest płci żeńskiej i ostatnio sobie ufarbowała włosy, ale przecież niemożliwe, żeby ją wziął za obcą osobę!

W tym momencie tajemnicza facetka stała się dla kapitana pierwszą podejrzaną.

Bursztyn ze złotą muchą i ten drugi, z chmurką, przywiózł Leżoł już dawno temu. No owszem, zgadza się, ten z rybką też, ale Orzesznik już nie pamięta, równocześnie czy w różnym czasie. Nie, nie zostały sprzedane, to takie rarytasy, że szkoda sprzedać za byle co. Jasne, że miał je w ręku, pokazywał klientom, ale potem Leżoł to zabrał i pewnie miał u siebie. Nie wiadomo gdzie są teraz, może ktoś ukradł, ten zbrodniarz najpewniej. Nad morzem pan Lucjan wcale nie był, no nie, parę razy w życiu był, ale nie wtedy, o wydarzeniach sprzed prawie osiemnastu lat nic w ogóle nie wie, nawet i o tych sprzed dwunastu, może i odkopano jakie zwłoki, ale on z tym nie ma nic wspólnego. Na jakieś tam głupie plotki nie zwraca uwagi.

Kapitan myślał dwutorowo. U Hindusa były dwie blondynki…

– Kiedy pańska żona ufarbowała sobie włosy, gdzie i na jaki kolor? – spytał, przerywając panu Lucjanowi odcinanie się od wszystkiego.

Zaskoczył go.

– Co…? Kiedy… dopiero co. Nie wiem gdzie. Na taki kolor… ja wiem…? Więcej czarny, ale może i trochę rudy… No, czarno-rudy…

– Żona jest w domu? Zechce pan ją poprosić.

Zważywszy iż z piętra dobiegały jakieś odgłosy, a w chwili ich wejścia znikała na schodach istota płci żeńskiej, trudno było Orzesznikowi zaprzeczyć obecności żony. Popatrzył ponuro, wyjrzał na schody i wrzasnął ku górze:

– Magda!

– Czego? – spytała wdzięcznie małżonka.

– Zejdź no tu! Pan kapitan ma do ciebie interes! Fryzjera potrzebuje!

Cofnął się z powrotem do salonu, po chwili zaś wkroczyła Orzesznikowa. Pasowała do męża, średniego wzrostu, średnio korpulentna, z wielką szopą ciemnych, rudawo połyskujących włosów. Jakkolwiekby ją można określić, z pewnością nikt nie użyłby słowa „blondynka”.

– Fryzjera…? – spytała podejrzliwie i z niedowierzaniem. Kapitan bez wstępów przystąpił do rzeczy.

– Pani ostatnio farbowała włosy…

– A co? To wzbronione? Źle wyszło?

– Cóż znowu, doskonale. Piękny kolor. Kiedy?

– W zeszły czwartek.

– Gdzie?

– U fryzjerki tu zaraz, przy tym parkingu na rogu, u pani Marysi. Ja do niej zawsze chodzę, bo ona dobrze czesze. A co…?

– A jaki kolor pani miała przedtem?

– Jasne całkiem, proszę pana, bo ja blondynka jestem z natury. A co…?

– Nic, dziękuję bardzo. Moment, w czwartek, jak pani wróciła od tej fryzjerki do domu, zdaje się, że u państwa goście byli?

– A byli. Nawet się nie spodziewałam…

– Kto był?

Orzesznikowa rzuciła błyskawiczne spojrzenie na Orzesznika i coś wyczytała w jego oczach. Odbyło się to tak szybko, że prawie niezauważalnie, ale kapitan przyglądał się jej pilnie.

– A nawet nie wiem, bo tyle że się pokazałam i wyszłam, bo zła byłam, że mąż zaprosił ludzi bez mojej wiedzy. Jeden mi tak w oczach mignął, Baltazar, to znajomy, a kto więcej, to nawet nie spojrzałam. I wcale potem nie zeszłam. Mąż potem mówił, że sami przyszli, tak się zbiegło, wcale ich nie zapraszał, a kto przyszedł, to już on wie najlepiej.

– I pani tego nie mówił?

– Wcale go nie pytałam, interesy i bez zaproszenia, to co mnie obchodzi.

– Mężczyźni to byli, kobiety…?

– A skąd mam wiedzieć, jak nie spojrzałam? Jakaś baba przylazła? – zwróciła się nieufnie do męża.

– Przylazła – mruknął jadowicie. – Ty.

Orzesznikowa wzruszyła ramionami i popatrzyła pytająco na kapitana.

– Dziękuję pani, to wszystko – odpowiedział na jej spojrzenie i zdecydował się na razie zakończyć przesłuchanie.

– Do fryzjera? – spytał domyślnie podporucznik, kiedy wsiedli do samochodu. – Parking, to tu…

– Tu. Skocz tam i popytaj.

W drodze powrotnej do komendy Górski zdał zwierzchnikowi relację.

– Zgadza się, ta pani Marysia była, zna Orzesznikową doskonale, fakt, blondyna taka pszeniczna, czasem jej coś do łba strzeli i ufarbuje się na zielono albo na czarno. Ostatnio na ciemnorudo i rzeczywiście w czwartek parę godzin tam przesiedziała, po zamknięciu zakładu wyszła. Zapisana była w zeszycie, zamówiła się wcześniej. Zgadza się.

– Cholera – skomentował kapitan, któremu się właśnie nie zgadzało.

Już w komendzie, porządkując notatki i przepisane z taśmy zeznania, przystąpił do precyzowania wniosków. Podporucznik z całej siły starał się być mu w tym pomocny.

– To się ciągnie przez całe lata – mówił z zapałem, uzyskawszy milczącą zachętę zwierzchnika. – Pierwsze: z tamtych zeznań wynika, że ktoś zabił i zakopał te dwie ofiary. I przy tym nastąpił rabunek. Wszyscy świadkowie mówili to samo, nie ma sprzeczności, ale nikt słowem nie wspomniał o bursztynie ze złotą muchą. Proszę, nigdzie… Baltazar przy tym był, to nie ulega wątpliwości, chociaż łże, że patrzył z daleka. Drugie: w sześć lat później odkryto zwłoki, świadkowie ci sami, prawie równocześnie wychodzi ten topielec i pojawia się nowa informacja, trzy bursztyny, o których już potem ciągle jest gadanie, w tym złota mucha. Kto, do cholery, wiedział o niej od pierwszej chwili…? Niejasne wzmianki o pieniądzach, nic wyraźnego, kręcenie, dlaczego ich, do diabła, nie przycisnęli? Ukradzione te pieniądze, ukryte, odnalezione, stracone, odzyskane, istny melanż! No i trzecie, sprawa bieżąca…