– Kolega ma rację, panie śledczy, myśmy już między sobą pogadali, z ciekawości, bo uparty był, wszystkich pytał, na postojach się czaił. Paru z nas jeszcze Misiaka pamięta, kumpel po fachu był i dziwną śmiercią zginął, ale kto Misiakową… to jego matka chyba…? Woził, albo w ogóle widział, to skarz mnie Bóg, nikt nie wie. A co się właściwie stało, kraksę jaką zrobił, zabił ją…?
– Chwileczkę, panie nadkomisarzu, zaraz sprawdzę. Momencik… Już tu ktoś od was przedwczoraj pytał… O mam! Dwa lata…? Proszę, przez ostatnie dwa lata nikt z zawodu nie odszedł, widocznie dobrze im się powodzi, pewnie, ruch coraz większy… Paru przybyło… Nie chce pan? To nie. A ci co dwa lata temu jeździli, wszyscy nadal jeżdżą… I wątpię, czy który na urlop wyjechał, bo w lecie właśnie najwięcej zarabiają…
Słuchaliśmy tego wszystkiego w milczeniu, pełni współczucia dla Bieżana, chociaż wiadomo było, że nie sam po tych taksówkarzach latał. Ale wszędzie wyprzedzał go wymarzeniec, który potem musiał chyba ulatywać w powietrze, tak dokładnie ślad po nim ginął.
Biuro meldunkowe w osobie jakiejś wściekle rozzłoszczonej baby powiedziało to samo. Już pytali i czego jej jeszcze zawracają głowę, Misiak Grażyna, nieletnia, wymeldowana została przez Misiak Zofię, główną lokatorkę, w kierunku nieznanym. No dobrze, jest papierek, czasowe zameldowanie w Warszawie u jakiejś Bistro Magdaleny, krewnej. Domaniewska sześć, mieszkania dwa. Nie wie, jakiej krewnej, jej pokrewieństwo nie obchodzi, niech się Warszawa o to martwi.
– Mogłam to kapitanowi sama powiedzieć – oznajmiłam z niesmakiem, przeglądając zabrany ze sobą na wszelki wypadek notes wymarzeńca. – Wszystkie adresy tu są, ten na Domaniewskiej lipny, bo budynek już dawno został rozebrany. Jeden meldunek miała w Pułtusku, a może to nie meldunek, tylko jakieś źródło informacji. Ostatni w Warszawie, sprzed jedenastu lat, na Groszowickiej, nawet wiem, gdzie to jest. Moim zdaniem on jej szukał.
– Moim też – przyświadczył Kocio. – Po co?
– A cholera go wie…
– I wygląda na to, że z uporem szuka nadal. Co z nią jest, do diabła, przepadła tak samo, jak rodzice?
– Możliwe – powiedziałam w zadumie. – Nie zapominaj, że ona jest legalną spadkobierczynią złotej muchy. Coś w tym musi być. Mogli ją kropnąć już dawno.
– Bo co? Bo się upominała o spadek…?
– Nie wiem…
Wrócił Bieżan z mokrymi włosami i od razu zaczął wyjaśniać wątpliwości.
– Słuchali państwo…? Otóż, pierwsza rzecz… Trochę piwa jeszcze jest? Mogę się umizgnąć…? Dziękuję bardzo. Znaleźliśmy ten szpital, w którym Misiakowa umarła, pracuje tam ten sam personel co dwa lata temu i żadna pielęgniarka do domu chorej nie jeździła. Ta, która się nią opiekowała, twierdzi, że nikt jej nie odwiedzał i tylko raz jeden była u niej jakaś młoda kobieta. W przeddzień śmierci. Przed tą wizytą starsza pani okropnie się denerwowała, a po niej się uspokoiła i umarła z uśmiechem na ustach. Moim zdaniem to była wnuczka, ta zaginiona Misiakówna.
– Też tak uważam, ale z czego pan wnioskuje? – spytałam chciwie.
– Górski z tą pielęgniarką pogawędził, a to przystojny chłopak, może pani zauważyła. Powitały się ze łzami w oczach, padły sobie w objęcia, dziewczyna przypadkiem zauważyła, bo to były godziny wizyt i dużo ludzi, spojrzała tylko, przechodząc. Ta hipotetyczna Misiakówna siedziała do końca, ostatnia wyszła, ale przy wychodzeniu nikt na nią nie zwrócił uwagi. A koleżance zginął fartuch służbowy i czepek. O drugiej skończyła dyżur, fartuch zostawiła w szafce, mają wspólną szafkę, no i nazajutrz była awantura, a potem ten fartuch z czepkiem znalazły się, owinięte w gazetę, w szpitalnej recepcji. Osobiście sądzę, że pożyczyła to sobie, żeby od razu ją wzięto za pielęgniarkę i żeby nikt nie pytał o dokumenty.
– Jak wyglądała? – zainteresował się Kocio. – Opisała ją?
– Opisała. Średniego wzrostu, szczupła, bardzo ładna. Ciemne włosy, krótkie, kręcone. Łagodne wrażenie robiła. I tyle. Więcej nie zdołała zauważyć.
– Ona się ukrywa, ta Grażynka – powiedziałam stanowczo. – My uważamy, że ze strachu. Pan jak…?
– Ja się nie ukrywam ze strachu. Ale owszem, ma to sens. Mam trochę skąpą ekipę do tej sprawy, nie wszystko jeszcze wiadomo, mnie się jednak widzi, że oni dotychczas tych bursztynów nie upłynnili nie tylko z chciwości. Bali się właśnie legalnego właściciela, tej córki. Stara Misiakowa była energiczna, mogła im namieszać… Ja z państwem rozmawiam prywatnie! – zastrzegł się nagle.
– My z panem też – mruknął Kocio.
– Chcę znaleźć Zaleskiego…
Ukąsiłam się w język, żeby go nie skorygować. Nie Zaleskiego, tylko wymarzeńca…
– …on szuka Misiakówny. Jak jej dopadnie, będę go miał, o ile znajdę ją wcześniej niż on…
– Centralne biuro meldunkowe, czy jak to się tam nazywa – podsunęłam żywo.
– Niech pani sobie wyobrazi, też nam to przyszło na myśl – powiadomił mnie kapitan bardzo grzecznie. – Potrzebne dane dostaliśmy dopiero z jej szkoły, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców i tak dalej. Szukają. Przypuszczam, że zmieniła nazwisko.
– Mogła wyjść za mąż.
– Mogła. Urzędy stanu cywilnego też uda nam się ucieszyć…
– A czy nie dałoby się po budynku?
– Po jakim budynku?
– Po tej willi w Piaskach, dawnym baraku, gdzie tych Misiaków zamordowali, podobno to była własność jakiejś ich rodziny…
– W dalszym ciągu oficjalnie to jest własność ich dalekiej rodziny, a nieoficjalnie jakiejś Piotrowskiej. I właśnie czekam na odpowiedź, co wiedzą o Grażynie Misiak. Uczciwie mówiąc, powinienem siedzieć i czekać w Warszawie, ale szczerze się przyznam, że tu mi przyjemniej. Pogoda ładna… A przesłuchać tutejszych świadków wolę osobiście.
– Piotrowskiej? – zdziwił się Kocio. – Marysi? Może ją samą najlepiej zapytać, mam jej telefon… O cholera, zostawiłem w Warszawie!
Kapitan popatrzył na niego takim wzrokiem, że niemal się przestraszyłam…
– No i co pani najlepszego narobiła? – powiedział z wyrzutem Waldemar, usiadłszy we własnej kuchni przy herbacie koło południa, kiedy wszyscy letnicy tkwili na plaży i w domu panował spokój. – Przesłuchania, śledztwo, awantury…
– Ja?! – zdumiałam się z oburzeniem.
– A kto? Już się teraz tak uczepili, że musiałem wszystko powiedzieć. Chyba o to pani chodziło, żeby z Terliczakiem mieć spokój. Zabrali go.
Zainteresowałam się nadzwyczajnie.
– Nic nie wiem. Kiedy?
– A dzisiaj rano. Ludzie gadają, jak zawsze, podobno on Floriana utopił. Zapiera się, że w obronie własnej, wyciągnął wtedy ten półkilowy kawałek, Florian się na niego rzucił, no i tak od słowa do słowa… Nie jest to wcale niemożliwe, Florian był pazerny jak nikt, a Terliczak w tamtym czasie łowił.
– Skąd, na litość boską, ludzie takie rzeczy wiedzą? – zastanowił się obecny również Kocio. – Wczoraj rozmawialiśmy z kapitanem, słowa nam nie powiedział.
– A, tego to ja nie wiem…
Z drugiej kuchni, na dole, weszła do tej górnej Jadwiga.
– Dzisiejszy obiad się spóźni, bo ja też tu chcę posiedzieć. Słyszałam, co mówicie. Ja wiem. Terliczakowa podsłuchała i od razu poleciała z gębą do bab. Przesłuchiwali go w domu o świcie, ona właśnie do portu wychodziła, ale zawróciła i słuchała pod oknem. Teraz pomstuje i rozpacza. Co państwo tak siedzą bez niczego, może piwa…? Mam w lodówce.
– Jak nie pani, to kto? – spytał z opóźnieniem Waldemar.