Выбрать главу

Z ciężkim mozołem rozszyfrowawszy to wszystko, jedno mogłam zrozumieć bez trudu. Mianowicie kelnerkę. Za słodkim pieskiem baby latały nie gorzej niż on za nimi, każdej wpadał w oko, wymarzeniec tak samo, chociaż był zupełnie inny. Jednego dziewczyna zauważyła dokładnie, a drugiemu zwierzyła się bez opamiętania, miał w sobie to coś… Ostatecznie, ja też się dałam nabrać, wybrałam ich dla siebie, a byle czego nie wybierałam.

Zatem Franio… Obaj z Baltazarem wspólnym wysiłkiem załatwili słodkiego pieska i wymarzeniec wiedział już o tym, kiedy na Mierzei sonda geologów trafiła na zwłoki. Do mnie na ten temat nawet nie pisnął, a musiało mu się wszystko nieźle zgodzić. Dlatego na nowo zaczął węszyć i dopadł Terliczaka…

Z notatek wynikło, że dopadł także żony utopionego Floriana. No, w tym momencie już wdowy. Baby, rany boskie, o wszystkim powiedziały mu baby! Od Florianowej dowiedział się o finansowych kłopotach jej męża, który, w pierwszej fazie zadowolony i pełen satysfakcji, w drugiej popadł w ponurą wściekłość. Rwał pieniądze skąd popadło i zgrzytał zębami. Nie dość na tym, ta idiotka wyjawiła, że w ową noc zbrodni nie było go w domu, wrócił Bóg wie kiedy, a nie zdołał przedtem ukryć, że bursztyn gołej facetki korcił go straszliwie. Cały wieczór o nim gadał i ona wie, że tam poszedł…

No i masz, słowa jednego na ten temat milicja z niej nie wydusiła!

W chwili kiedy ujawniło się bursztynowe podwójne morderstwo, można było te rozmaite wydarzenia ze sobą skojarzyć, ale nikt tego nie zrobił. Słodkiego pieska do Mierzei w ogóle nie dopasowano.

Co do złotej muchy to, wedle notatek, zawładnęli nią kolejno: słodki piesek, Orzesznik, Franio i na Franiu stanęło. Powinien ją w chwili obecnej posiadać. Nie, zaraz, nie w chwili obecnej, tylko w chwili zaginięcia notesu, prawie rok temu… Ciekawe, swoją drogą, dlaczego jej dotychczas nie sprzedał, albo z chciwości, czekał na lepszą cenę, albo trzymał ją na kogoś, wzorem słodkiego pieska stosując szantaż, albo zwyczajnie, ze strachu, bojąc się ujawnić, że ją naprawdę ma. I całe szczęście, że jej nie sprzedał…

Idusia pojawiła się w notatkach mniej więcej w chwili śmierci słodkiego pieska, zapewne jako postać marginesowa, aktualna żona i tyle. Trochę najwyżej podejrzana z racji nagle ujawnionego majątku. Później występowała częściej, wymarzeniec zapisał nawet jej wizytę z rybką u pana Szczątka i zbadał znajomości.

W śmierć Floriana wmieszany został Terliczak i tu właściwie mogłam sama zdobyć podobną wiedzę, bo prywatne i podstępem wyciśnięte zeznania składał Lulek, ten ze złamaną ręką, który w pierwszych chwilach po zejściu wroga był bardzo rozmowny. Potem zamilkł, nie chcąc, broń Boże, obciążać sprawcy, wdzięczny mu za wyświadczoną przysługę. Sam znalazł się poza podejrzeniami, gips na ręce wykluczał trudne ćwiczenia fizyczne. Zaniedbałam go we właściwej chwili, a wymarzeniec nie omieszkał skonfrontować swojej wiedzy z glinami, mądrymi prawie tak samo, ale bez dowodów. Ogólnie wiedział więcej, bo zaczął wcześniej, w Warszawie.

Gdzieś w tym wszystkim plątało się nowe nazwisko, jakaś Grażynka Misiak. Różne adresy ta Grażynka miała, w Gdańsku, w Pułtusku, w Warszawie, znów w Gdańsku… Przy ostatnim widniał znak zapytania, widocznie był niepewny. Do czego miała służyć ta Grażynka i co ją wiązało z aferą, nie zdołałam odgadnąć.

Siedziałam nad notesem, doszczętnie wyczerpana umysłowo, zastanawiając się, co właściwie mam z tym całym fantem zrobić, aż do chwili, kiedy zadzwonił telefon.

Podniosłam słuchawkę niemrawo, bez żadnych przeczuć, nie mając pojęcia, że tym sposobem objawia się przełom w sprawie, niewątpliwie spowodowany przez miłosierną opatrzność, która straciła cierpliwość do znękanej idiotki.

W telefonie odezwała się niejaka Danusia.

– Ach, jak się cieszę, że cię zastałam! – wykrzyknęła żarliwie. – Dzisiaj przyleciałam i tak okropnie chciałam się z tobą zobaczyć! Mam tu okropnie skomplikowane sprawy, ale ciebie chciałam złapać w pierwszej kolejności i czy ja bym mogła przyjechać do ciebie? Zaraz, od razu, bo jestem u rodziny, a tu jest okropnie ciasno, a gdybym zamieszkała w hotelu, oni by się okropnie obrazili, chociaż mój mąż mi kazał…

Przerwałam jej, osłupiała, niepewna, czy dobrze słyszę.

– Danusia, to ty? Jezus Mario, wypuścili cię…? Boże jedyny, ileż to lat…?

– Dwadzieścia. Ja już byłam, ale ciebie nie było. Czyja bym mogła do ciebie…

– Ależ tak! Oczywiście! Przyjeżdżaj zaraz! Weź taksówkę! Do jedzenia nie mam nic, ale jest wino, piwo i herbata…

– Nie, ja mam samochód. Zaraz będę!

Otrząsnęłam się z zaskoczenia. Dwadzieścia lat temu osiemnastoletnia wówczas Danusia, zatrudniona jako goniec w biurze projektów, które właśnie porzucałam na zawsze, poślubiła Araba. Tłuściutka, niebieskooka blondynka wzbudziła w nim uczucia wulkaniczne, sama zakochała się na śmierć i życie i nie dała sobie wyperswadować tego mariażu.; Wyjechała, zanim ktokolwiek zdążył się obejrzeć. Nie miałam pojęcia, co się z nią dzieje, chociaż wspominałam ją często, bo lubiłam ogromnie, a egzotyczny związek napawał niepokojem. Dostałam jeszcze od niej trzy entuzjastyczne listy, po czym kontakt się urwał, zapewne przez moje wyjazdy.

Teraz miałam ją ujrzeć znienacka, oszołomiona z lekka niespodzianką i zaciekawiona do tego stopnia, że czekałam, stojąc na balkonie.

Na parking po drugiej stronie ulicy podjechało coś z amerykańskich filmów. Długie przeraźliwie, z przyciemnionymi szybami i, jak Boga kocham, z kierowcą, który wyskoczył, otwierając z ukłonem jedne z tylnych drzwiczek. To, co wysiadło, było niewątpliwie Danusią, świadczyła o tym potężna szopa jasnych, lśniących w słońcu włosów. Kierowca został w samochodzie.

Padła mi na szyję już w progu, ze łzami szczęścia w oczach, bezładnie wykrzykując coś o herbacie, bo tylko tego jednego jej w życiu brakuje, a moja zawsze była najlepsza. Nigdzie na świecie takiej nie ma! Wino też, piwo, bardzo chętnie, ale herbata przede wszystkim!

W mgnieniu oka zastawiłam stół napojami. Danusia wyglądała prześlicznie, aczkolwiek wciąż nieco tłusto, włosy jej urosły i mogła na nich usiąść, cerę miała niczym brzoskwinia. Przez ostatnie dwadzieścia lat zdecydowanie wypiękniała, co doskonale świadczyło o jej mężu. Trzymała się mnie jak rzep, krążąc przez te parę minut między kuchnią a pokojem, na pytania zaś zaczęła odpowiadać, zanim zdążyłam je sformułować.

– Ale coś ty, ja tam jestem bóstwo i święta krowa, od początku mnie kochał, a jak urodziłam pierwszego syna, pokochała mnie nawet teściowa! Mam trzech, najstarszy właśnie zdaje maturę w Anglii. Wcale tam nie mieszkam bez przerwy, mamy domy w Ameryce, we Francji, Hamid prowadzi interesy, i w Arabii Saudyjskiej siedzimy najwyżej cztery miesiące w roku, ale to nie ma znaczenia, bo tam są warunki jak na Riwierze! Nic nie wiem o żadnym upale, wszędzie klimatyzacja, tu w Polsce jest goręcej! O Boże, jaki ogród mamy…! Ale jakie tam żony, ja jedna, on ma fioła na moim punkcie, to przez te włosy, no rosną mi, nawet centymetra nie pozwala obciąć, a poza tym mogę robić, co chcę! W życiu nie przypuszczałam, że takiego męża dostanę! Ja za życia jestem w raju!

– No to stanowisz wyjątek wśród tych wszystkich idiotek, co poszły za Arabów – stwierdziłam z ulgą, otwierając butelkę wina. – Wino możesz pić? Pozwala ci?

– Nie przy ludziach. Jak jesteśmy sami. Chyba że w innych krajach.

– Jesteś akurat w innym kraju…

– No to mogę. Okazało się, że on wcale nie jest milioner, skąd, miliony to on ma na drobne wydatki, on jest miliarder. No, zazdrosny, owszem, ale tak jakoś przyjemnie zazdrosny. Kazał mi zabrać samochód, no to zabrałam, ze Szwajcarii przyjechał, żadnej komunikacji publicznej, bo jeszcze by się kto otarł o mnie, patrzyliby w dodatku, więc nic z tych rzeczy. I własnym samolotem mnie przysłał. No pewnie, że tam, w tej Arabii, taką szmatę noszę na twarzy między ludźmi, ale wcale mi to nie przeszkadza, a jak są sami Europejczycy, czy tam Amerykanie, wszystko jedno, to nawet i to nie. Tylko dla tubylców. I nawet teść wcale tego nie wymaga, mówi, że patrzy na mnie z przyjemnością i bardzo się cieszy, że syn znalazł sobie taką piękność.

Zachichotawszy z wyraźnym, pobłażliwym rozweseleniem, Danusia napiła się wina i zakąsiła herbatą. Znając nieco gusta arabskie, nie dziwiłam się specjalnie teściowi, nawet ja, osobiście nie zainteresowana, zdołałam dostrzec jej apetyczność. W dodatku była kobietą, można powiedzieć, domową, nie miała żadnych ambicji zawodowych, żadnego pędu do samodzielności, chętnie poddawała się dominacji małżonka. Do tego jeszcze miała wdzięk.

Pokazała mi zdjęcia owego Hamida. Rany boskie, cóż za dziko przystojny facet! Gdyby nie to, że zawsze preferowałam blondynów, sama bym się w nim zakochała na śmierć i życie. Co prawda, nie wytrzymałabym długo, a on ze mną jeszcze krócej, ale jednak…

– I w dodatku wcale nie muszę się odchudzać – zachichotała Danusia ponownie. – Oni lubią tłuste i mogłabym nawet więcej utyć, ale nie chcę. I tak jadam same dobre rzeczy. Tu może trochę schudnę, a potem to chałwą nadrobię, dlatego właśnie bardzo chętnie przyjechałam, chociaż mam do załatwienia coś okropnego!

– No właśnie – zainteresowałam się. – Mówiłaś przez telefon. Co to jest, to coś?

– Bursztyn – wyjawiła Danusia natychmiast i westchnęła ciężko. – Mój mąż się dowiedział, jakoś tam, przez kogoś, że podobno istnieje jakiś niezwykły bursztyn, jeden na świecie, i chce go kupić. Bursztyny tam są w wielkiej cenie.

– Jaki bursztyn? – spytałam podejrzliwie po krótkiej chwili.

– Nie wiem. No, to znaczy wiem, z opisu. Podobno jest wielki i ma w środku coś nadzwyczajnego. Motyla albo muchę, chyba muchę. Taką jakąś niezwykłą, podobno złotem świeci. Już tu dzwoniłam do takiego jego człowieka, bo on ma wszędzie swojego człowieka…

– I dlaczego jego człowiek muchy mu nie załatwił, tylko musisz ty? – przerwałam natychmiast, bo od pierwszych słów Danusi myślało mi się w szalonym tempie.

Danusię zastopowało i jakby się zdziwiła.

– A wiesz, że nie wiem… A nie, wiem! Bo są z tym jakieś trudności, takie nie ogólne, tylko typowo nasze. Folklorystyczne. Hamid ich nie może zrozumieć, więc wysłał mnie, bo ja może prędzej zrozumiem, bo ja stąd, a ja i tak chciałam przyjechać. Mam to kupić za dowolne pieniądze, ale najpierw trzeba to znaleźć, bo okazuje się, że ten człowiek wcale nie wie, gdzie to jest. Powiedział, że poszuka.