Dobry humor nie opuszczał mnie i przy śniadaniu. Jadłam, obserwując, jak drobinki kurzu tańczą w promieniach słońca. Charli krzyknął z przedsionka, że wychodzi, i usłyszałam odgłos zapalonego silnika. Przed wyjściem z domu zawahałam się nad kurtką kusiło mnie, żeby ją zostawić. W końcu z westchnieniem przełożyłam ją przez rękę. Za drzwiami powitało mnie najjaskrawsze słońce, jakie dane mi było widzieć od kilku tygodni.
W furgonetce tak długo męczyłam się z korbkami, aż udało mi całkowicie otworzyć okna. Parking szkolny ział pustkami – tak spieszno mi było na dwór, że nawet nie sprawdziłam, która godzina.
Odstawiwszy samochód, udałam się ku rzadko używanym stolik z ławkami znajdującym się koło stołówki. Drewno było jeszcze nieco wilgotne, więc usiadłam na kurtce, zadowolona, że na coś się przyda. Jako że nie należałam do osób aktywnych towarzysko, odrobiłam w weekend wszystkie zadania domowe, chciałam jednał sprawdzić kilka wyników z trygonometrii. Wyciągnęłam podręcznik ale odpłynęłam już w połowie pierwszego zadania i zaczęłam wpatrywać się w grę światła i cienia na czerwonawej korze okolicznych drzew. Po kilku minutach uświadomiłam sobie, że naszkicowałam bezwiednie parę czarnych oczu. Czym prędzej je wymazałam.
– Bella! – usłyszałam. Zgadłam, że to Mike. Rozejrzałam się. Gdy siedziałam zamyślona, pojawiło się więcej uczniów. Wszyscy byli w podkoszulkach, niektórzy nawet w szortach, choć temperatura nie mogła przekraczać piętnastu stopni. Mike miał na sobie krótkie bojówki i koszulkę w paski. Szedł w moim kierunku, machając przyjaźnie.
– Cześć – zawołałam, machając. Pogoda sprzyjała serdeczności.
Usiadł koło mnie, uśmiechając się szeroko. Jego misterna fryzura lśniła w słońcu. Był tak uradowany moim widokiem, że aż miło było patrzeć.
– Nie zauważyłem wcześniej, że twoje włosy mają rudawy odcień. – Schwycił w palce jeden z kosmyków unoszonych przez delikatny, wiosenny wietrzyk.
– Tylko w słońcu to widać. – Zatknął mi lok za uchem i przez ten czuły gest poczułam się nieco skrępowana.
– Fantastyczna pogoda, co nie? – spytał.
– Taka, jak lubię.
– Co porabiałaś wczoraj? – Wydal mi się odrobinę zbyt zaborczy.
– Głównie pisałam wypracowanie. – Żeby nie wyjść na chwalipiętę, nie dodałam, że już je skończyłam.
Chłopak pacnął się w czoło.
– No tak. Mamy czas do czwartku, prawda?
– Myślę, że do środy.
– Do środy? – zmartwił się. – To niedobrze… A o czym piszesz?
– Sprawdzam, czy Szekspir nie był mizoginem, analizując sposób w jaki przedstawia postacie kobiece. Mikę spojrzał na mnie tak, jakbym przemówiła po łacinie. W takim razie wypadałoby zabrać się do niego dziś wieczorem – powiedział i westchnął smutno. – Zamierzałem cię gdzieś zaprosić.
– Hę? _ Zupełnie mnie zaskoczył. Dlaczego nie mógł zachować się jak kolega? Ostatnio robił się coraz śmielszy i tylko mnie to krępowało.
– Wiesz, moglibyśmy zjeść razem kolację, czy coś. Wypracowanie zdążę napisać później.
– Mikę… – Znalazłam się w kłopotliwej sytuacji. – To chyba nic najlepszy pomysł.
Zasmucił się.
– Czemu? – Spojrzał na mnie podejrzliwie. Przed oczami stanął mi Edward. Ciekawe, czy i Mike właśnie o nim pomyślał.
– Sądzę, że… Tylko nikomu tego nie mów, bo zostanie z ciebie krwawa miazga! – postraszyłam. – Sądzę, że nie byłoby to fair w stosunku do Jessiki.
Teraz to ja go zaskoczyłam. Taka możliwość najwyraźniej nie przyszła mu do głowy.
– Jessiki?
– Ślepy jesteś czy co?
– Och – wydukał oszołomiony. Zdecydowałam, że czas na mnie i zaczęłam się pakować. – Zaraz zacznie się lekcja – świadczyłam. – Nie chcę się znowu spóźnić.
Poszliśmy razem, Mike pogrążony w myślach. Miałam nadzieje, że wyciągnie właściwe wnioski, kiedy spotkałam Jessicę na trygonometrii, tryskała wprost entuzjazmem. Po południu jechała z Angelą i Lauren do Port Angeles po sukienki na bal i namawiała mnie, żebym zabrała się z nimi.
Nie wiedziałam, czy się zgodzić czy nie. Z przyjemnością wyskoczyłabym do miasta z koleżankami, ale trudno było do takich zaliczyć wrogą mi Lauren. Poza tym, kto wie, co było mi pisane na dziś wieczór… Miałam świadomość, że nie powinnam sobie robić żadnych nadziei, ale nie potrafiłam się opanować. Nie mogłam się też doczekać lunchu. Tak, tak – wyjątkowo ładna pogoda tylko częściowo odpowiadała za mój euforyczny nastrój.
Powiedziałam Jessice, że najpierw muszę porozmawiać z tatą.
Gdy szłyśmy na hiszpański, mówiła tylko o balu, a po lekcji podjęła znów ten sam temat. Szłyśmy do stołówki, więc coraz bardziej podekscytowana nie przysłuchiwałam się jej zbyt uważnie. Spieszno mi było zobaczyć nie tylko Edwarda, ale i całe jego rodzeństwo, aby porównać ich zachowanie i wygląd z moimi niedzielnymi przemyśleniami. Wchodząc na salę, poczułam jednak strach – co, jeśli umieją czytać mi w myślach? A potem przypomniało mi się coś jeszcze. Czy Edward znów będzie czekał na mnie, siedząc osobno?
Jak zwykle zerknęłam na stolik Cullenów i zmartwiałam. Nikogo przy nim nie było. Podłamana zaczęłam przeszukiwać wzrokiem stołówkę – była jeszcze szansa, że usiadł gdzieś sam. Hiszpański przedłużył się o pięć minut, pozajmowano, więc już niemal wszystkie miejsca. Na próżno jednak wypatrywałam oczy. W stołówce nie było ani śladu Edwarda i jego rodziny. Powlokłam się za Jessicą zrezygnowana, nawet nie udając, że jej słucham.
Przy naszym stoliku siedziała już cała paczka. Zignorowałam wolne miejsce koło Mike'a, woląc te koło Angeli. Kątem oka zauważyłam, że chłopak grzecznie odsunął krzesło dla Jessiki. W odpowiedzi wyraźnie się rozpromieniła.
Angela zadała mi kilka pytań o wypracowanie z Makbeta, które odpowiedziałam jak najbardziej naturalnym tonem, chodź pogrążałam się w coraz głębszej rozpaczy. Dziewczyna ponowiła zaproszenie Jessiki i tym razem przyjęłam je, licząc na to, że chodź na chwile zapomnę o Cullenach.
Gdy weszłam do sali od biologii, zdałam sobie sprawę, że od lunchu tlił się we mnie jeszcze płomyk nadziei. A może tu? Zobaczyłam jednak tylko puste krzesło Edwarda i zalała mnie kolejna fala rozczarowania.
Pozostałe lekcje dłużyły się niemiłosiernie, a słońce nie cieszyło tak jak przedtem. Na WF – ie musieliśmy wysłuchać wykładu o zasadach badmintona – kolejnej zaplanowanej dla mnie torturze – ale przynajmniej siedziałam i słuchałam, zamiast robić z siebie pośmiewisko na korcie. Najlepsze było to, że trener nie zmieścił się w czasie i odpadała także następna lekcja. Za to za dwa dni, uzbrojona w rakietkę miałam siać spustoszenie wśród pozostałych zawodników.
Cieszyłam się, że wracam już do domu, gdzie przed wyjazdem do Port Angeles mogłam poużalać się nad sobą do woli. Niestety jak tylko stanęłam w progu, Jessica zadzwoniła, odwołując nasz wypad, bo Mike zaprosił ją na kolację. Przyjęłam tę wiadomość z ulgą – chyba coś do chłopaka dotarło – ale i nie w smak było mi zostać sam na sam ze swoimi myślami, stąd moja udawana radość brzmiała raczej fałszywie. Zakupy przełożyłyśmy na następny dzień. Nie wiedziałam, co ze sobą począć. W kuchni nie miałam nic do roboty – ryba leżała w marynacie, a sałatka została z wczoraj. Na jakiś czas zajęłam głowę odrabianiem lekcji, ale w pół godziny ze wszystkim się uwinęłam. W końcu zabrałam się za czytanie zaległych maili od mamy, z każdym kolejnym coraz bardziej poirytowana. Po ostatnim westchnęłam i wystukałam krótką odpowiedź.