– Czy on nadal nas goni?
– Tak, ale nie wróci do domu Charliego. Przynajmniej nie dziś.
Skręcił w niewidoczną dla mnie dróżkę. Alice pojechała naszym śladem.
Podjechaliśmy pod sam dom. Wprawdzie w oknach paliły się światła, ale nie na wiele się to zdało – otaczający budynek las nadal wyglądał posępnie i groźnie. Emmett otworzył moje drzwiczki, jeszcze nim samochód stanął. Wyciągnął mnie ze środka, przytulił do swej szerokiej piersi i pędem ruszył w kierunku drzwi.
Wpadliśmy do białego salonu z Edwardem i Alice po bokach. Wszyscy już tam byli – wstali zapewne, kiedy usłyszeli, że nadjeżdżamy. Towarzyszył im Laurent. Powarkując cicho, Emmett postawił mnie na ziemi koło Edwarda.
– Śledzi nas – oświadczył zebranym Edward, wpatrując się gniewnie w Laurenta.
– Tego się obawiałem. – Przywódca nowo przybyłych miał zatroskaną minę.
Alice podbiegła tanecznym krokiem do Jaspera i zaczęła szeptać mu coś do ucha. Sądząc po drganiach jej ust, wyrzucała z siebie słowa z zawrotną prędkością. Gdy skończyła mówić, znikli pośpiesznie na piętrze. Rosalie odprowadziła ich wzrokiem, po czym szybko przysunęła się do Emmetta. Jej piękne oczy rzucały przenikliwe spojrzenia, a gdy przypadkowo zerknęła na mnie, odkryłam że dziewczyna jest wściekła.
– Jak teraz postąpi? – spytał Carlisle Laurenta z powagą.
– Tak mi przykro – odparł tamten. – Gdy wasz chłopak stanął w jej obronie, pomyślałem sobie, że teraz James już nie odpuści.
– Czy możesz go powstrzymać? Laurent pokręcił przecząco głową.
– Nic nie powstrzyma Jamesa, kiedy już zacznie tropić.
– Ja się nim zajmę – obiecał Emmett. Nie było wątpliwości, co do tego, co miał na myśli.
– Nie dasz rady. Żyję już trzysta lat i nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak on. Pokona każdego. Dlatego właśnie dołączyłem do niego i Victorii.
To James był przywódcą grupy! No tak. Show poddaństwa, który urządzili na polanie, miał za zadanie zamydlić nam oczy.
Laurent pokręcił kilkakrotnie głową. Zerknął na mnie, nadal oszołomiony moją obecnością, a potem na Carlisle'a.
– Czy jesteście pewni, że w ogóle warto?
Ogłuszył nas zwierzęcy ryk Edwarda. Laurent cofnął się przerażony.
Carlisle spojrzał na niego z posępną miną.
– Obawiam się, że musisz teraz dokonać wyboru.
Przybyszowi nie trzeba było nic więcej tłumaczyć. Zastanawiał się przez chwilę, zerkając na każdego z zebranych z osobna, a na koniec rozejrzał się po salonie.
– Intryguje mnie wasz styl życia, ale nie zostanę, by go zasmakować. Nie żywię do nikogo z was złych uczuć – po prostu nie mam zamiaru zmierzyć się z Jamesem. Sądzę, że udam się na północ, do tej rodziny mieszkającej koło Denali. – Zamilkł na moment.
– Nie lekceważcie możliwości Jamesa. Posiada błyskotliwy umysł i niezwykle wyczulone zmysły, a wśród ludzi czuje się równie swobodnie jak wy. Z pewnością nie będzie dążył do bezpośredniej konfrontacji… Jest mi niezmiernie przykro za to, co się tu wydarzyło. Mówię to szczerze. – Skłonił się, ale zdążył wcześniej posłać w moim kierunku kolejne pełne zadziwienia spojrzenie.
– Odejdź w pokoju – pożegnał go oficjalnie Carlisle. Laurent jeszcze raz zlustrował całe pomieszczenie i wszystkich zebranych, po czym szybkim krokiem opuścił salon. Gdy tylko wyszedł, Carlisle zwrócił się do Edwarda:
– Ile jeszcze?
Nie czekając na odpowiedź, Esme wcisnęła jakiś niepozorny przycisk na ścianie i ogromną połać szyby od strony ogrodu zaczęły przesłaniać wielkie, metalowe okiennice. Niemiłosiernie skrzypiały.
– Jest jakieś trzy mile od rzeki. Krąży, czekając na swoją towarzyszkę.
– Jaki macie plan?
– Odwrócimy jego uwagę, a wtedy Alice i Jasper odeskortują Bellę na południe.
– A potem?
– Gdy tylko Bella znajdzie się w bezpiecznej odległości, zapolujemy na gada – oświadczył Edward zimnym tonem wyrachowanego mordercy.
– Chyba nie mamy innego wyboru – przyznał Carlisle ponuro.
– Weź ją na górę – rozkazał Edward Rosalie. – Zamieńcie się draniami. – Wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem.
– Dlaczego ja? – syknęła. – A kimże ona jest dla mnie? To ty ją sobie sprowadziłeś na naszą zgubę.
Zadrżałam, tyle jadu było w jej glosie.
– Rose… – zamruczał Emmett, kładąc dłoń na jej ramieniu. Strąciła ją.
Przyglądałam się uważnie Edwardowi. Znając jego wybuchowy charakter, bałam się, jak zareaguje.
Zaskoczył mnie. Puścił uwagę Rosalie mimo uszu. Dla niego mogłaby już nie istnieć.
– Esme? – odezwał się spokojnie.
– Jasne.
Zaraz znalazła się przy mnie. Nie zdążyłam nawet krzyknąć a już trzymała mnie w ramionach, pędząc po schodach na górę.
– Po co to? – spytałam, starając się złapać oddech, gdy już postawiła mnie na podłodze jakiegoś zaciemnionego pokoju na pierwszym piętrze.
– Żebym pachniała tak jak ty. W końcu się zorientuje, ale może w tym czasie uda ci się wymknąć. – Usłyszałam, że ubrania Esme opadają na ziemię.
– Raczej nie będą na mnie pasować… – zaprotestowałam, ale zdejmowała mi już przez głowę koszulę. Szybko samodzielnie ściągnęłam dżinsy. Podała mi coś, co chyba było bluzką – miałam trudności z trafieniem rękami w odpowiednie otwory. Potem przyszła kolej na spodnie. Podciągnęłam je do góry, ale nie mogłam wydostać stóp z nogawek – były dla mnie o wiele za długie. Esme rzuciła się na kolana i podwinęła je kilkoma zwinnymi ruchami. Jakimś cudem zdołała się już przebrać w moje ciuchy. Wyciągnęła mnie za rękę na korytarz, gdzie czekała na nas Alice z małą, skórzaną torbą. Każda ujęła mnie pod łokieć i niemal przez nie niesiona sfrunęłam schodami do salonu.
Pod naszą nieobecność najwyraźniej wszystko zostało ustalone. Edward i Emmett byli gotowi do wyjścia, a ten drugi dźwigał imponujący wagą plecak. Carlisle podał Esme coś niewielkiego. Kiedy odwrócił się, by wręczyć podobny przedmiot Alice, okazało się, że to maleńki srebrny telefon komórkowy.
– Esme i Rosalie wezmą twoją furgonetkę, Bello – poinformował mnie doktor, przechodząc obok. Skinęłam głową, zerkają z niepokojem na dziewczynę. Wpatrywała się w Carlilse'a z nieskrywaną niechęcią.
– Alice, Jasper – weźcie mercedesa. Na południu Stanów przydadzą wam się przyciemniane szyby.
Tak jak ja, oboje pokiwali głowami.
– My pojedziemy jeepem.
Zdziwiło mnie, że ma zamiar jechać z Edwardem. Nagle zdałam sobie z przerażeniem sprawę, że cała ta trójka wybiera się na polowanie.
– Alice, złapią haczyk? – spytał Carlisle przyszywaną córkę.
Oczy wszystkich spoczęły na dziewczynie. Zacisnęła powieki i znieruchomiała.
Po chwili otworzyła oczy.
– James pójdzie waszym tropem. Kobieta będzie śledzić furgonetkę. – Mówiła z dużym przekonaniem. – Powinniśmy zdążyć się im wymknąć.
– Chodźmy. – Carlisle ruszył w kierunku kuchni.
W mgnieniu oka Edward znalazł się przy mnie, przycisnął mocno do siebie i uniósł tak, by mieć moją twarz przed sobą, po czym pocałował, nie zwracając uwagi na obecność rodziny. Jego lodowate wargi były twarde jak kamień. Trwało to ledwie ułamek sekundy. Postawiwszy mnie z powrotem na ziemi, wpatrywał się jeszcze we mnie jakiś czas z uczuciem, trzymając moją twarz w dłoniach. A potem uczucie zgasło, oczy zmartwiały. Odwrócił się i poszli.
Po mojej twarzy spływały bezgłośnie strumienie łez. Pozostali odwrócili grzecznie wzrok. Zapadła cisza.
Miałam jej już serdecznie dość, kiedy telefon Esme zawibrował. Nie zauważyłam nawet, kiedy przytknęła go sobie do ucha.
– Teraz – powiedziała. Rosalie wyszła gniewnym krokiem, ignorując mnie całkowicie, ale Esme, wychodząc, pogłaskała mnie po policzku.