Выбрать главу

– Więc jeśli zostawi się kogoś z jadem we krwi…

– Przemiana trwa kilka dni, zależnie od tego, ile jadu i jak daleko od serca dostało się do krwiobiegu. Tak długo, jak serce bije, trucizna się rozprzestrzenia, zmieniając kolejne fragmenty ciała i wspomagając gojenie ran. Wreszcie, gdy przemiana dobiega końca, serce przestaje bić. Cały ten czas ofiara nie marzy o niczym prócz śmierci.

Wzdrygnęłam się.

– Cóż, to doświadczenie nie należy do przyjemnych.

– Edward wspominał, że bardzo trudno jest to komuś zrobić. Muszę przyznać, że nie do końca rozumiem, dlaczego.

– W pewnym sensie jesteśmy podobni do rekinów. Kiedy już posmakujemy krwi, ba, kiedy poczujemy sam jej zapach, niezmiernie trudno powstrzymać się nam od ugaszenia pragnienia. Czasami to wręcz niemożliwe. Rozumiesz, gdy się już kogoś ugryzie, wpada się w szał. Obu stronom jest trudno – jedna walczy ze sobą, druga cierpi katusze.

– Jak sądzisz, czemu nic nie pamiętasz?

– Nie wiem – odparła ze smutkiem. – Dla wszystkich, którym znam, to najlepiej zapamiętane wydarzenie z ich pierwszego życia. Ja z bycia człowiekiem nie pamiętam niczego.

Leżałyśmy tak jakiś czas razem pogrążone w rozmyślaniach. Mijały minuty. Niemalże zapomniałam o jej obecności.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Alice zerwała się na równe nogi. Zaskoczona podniosłam się na rękach.

– Coś się zmieniło – oświadczyła przejętym głosem, było to jednak wszystko, co miała do powiedzenia.

Dopadła drzwi, ale stał już w nich Jasper. Musiał słyszeć całą naszą rozmowę i niespodziewany komunikat Alice. Położył jej dłonie na ramionach i odprowadził do łóżka. Usiadła na jego skraju.

– Co widzisz? – spytał w napięciu, przyglądając się jej uważnie. Oczy dziewczyny skupiły się na czymś oddalonym o setki mil. Przysunęłam się bliżej, by lepiej rozumieć wypowiadane cichym głosem słowa. Mówiła w wampirzym tempie.

– Widzę długą salę. Drewniana podłoga, wszędzie lustra. Jest tam, czeka. Przez lustra… przez lustra biegnie złoty pasek.

– Gdzie jest ta sala?

– Nie wiem. Czegoś brakuje… Kolejna decyzja nie została jeszcze podjęta.

– Kiedy to się wydarzy?

– Wkrótce. Będzie tam dziś, może jutro. To zależy. Na coś czeka. Teraz jeszcze nie wie.

Jasper zachowywał spokój. Działał metodycznie, wypytując o najbardziej praktyczne wskazówki.

– Co robi teraz?

– Ogląda telewizję. Nie, ogląda coś na wideo. Gdzieś indziej. Ciemno tam.

– Rozpoznajesz to miejsce?

– Nie, jest za ciemno.

– A w tej sali z lustrami, co tam jeszcze jest?

– Tylko lustra i złoty pasek. Biegnie po wszystkich ścianach, jeszcze czarny stolik z wielką wieżą stereo i telewizor. On dotyka wideo, ale nie ogląda tak, jak w tym zaciemnionym pokoju. To sala, w której czeka. – Jej wyraz twarzy zmienił się, przeniosła wzrok na Jaspera.

– Nic więcej?

Pokręciła przecząco głową. Znieruchomieli wpatrzeni w siebie.

– Co to wszystko znaczy? – spytałam.

Nie odpowiedzieli od razu, ale w końcu Jasper odwrócił głowę.

– Oznacza to, że tropiciel zmienił plany. Podjął decyzję, która zaprowadzi go do sali z lustrami i do zaciemnionego pokoju.

– Ale nie wiemy, gdzie one są?

– Tego nie wiemy.

– Wiemy jednak jedno – wtrąciła Alice ponuro. – Nie będzie dłużej uciekał przed nagonką w górach na północy. Wymknie się im.

– Czy nie powinniśmy w takim razie do nich zadzwonić?

Spojrzeli na siebie niezdecydowani.

I wtedy zadzwonił telefon.

Alice miała go w ręku, zanim zdążyłam choćby podnieść głowę. Nacisnąwszy odpowiedni przycisk, przyłożyła komórkę do ucha, ale odezwała się dopiero po pewnym czasie.

– Carlisle – szepnęła, nie wydawała się jednak przy tym ani zaskoczona, ani uszczęśliwiona. Odetchnęłam z ulgą.

– Tak – powiedziała do aparatu, zerkając na mnie. Później długo słuchała najnowszych wiadomości.

– Przed chwilą go widziałam. – Opisała swoją wizję. – Niezależnie od tego, co nakazało mu wsiąść do tego samolotu, prędzej czy później trafi do tej sali i tego pokoju.

Jej rozmówca coś powiedział.

– Tak. Bello? – zwróciła się do mnie, podając mi komórkę. Rzuciłam się do niej biegiem.

– Halo?

– Bella. – To był Edward.

– Och, tak się martwiłam!

– Bello – westchnął zniecierpliwiony. – Przecież ci mówiłem, że masz się o nic nie martwić prócz własnego bezpieczeństwa. – Czułam się wspaniale, mogąc słyszeć jego głos. Wypełniająca moje serce rozpacz ustępowała miejsca nadziei.

– Gdzie teraz jesteście?

– Pod Vancouver. Wymknął się nam, wybacz. Musiał zacząć coś podejrzewać – trzymał się na tyle daleko, żebym nie mógł czytać mu w myślach. Wszystko wskazuje na to, że wsiadł do jakiegoś samolotu. Sądzimy, że wróci do Forks podjąć poszukiwania. – Za moimi plecami Alice zdawała relację Jasperowi, ale mówiła tak szybko, że nie rozróżniałam poszczególnych słów.

– Wiem. Alice widziała, że uciekł.

– Tylko się nie zamartwiaj. Nie ma szans wpaść na twój trop. Siedź spokojnie w ukryciu, dopóki znów go nie namierzymy.

– Nic mi nie będzie. Czy Esme pilnuje Charliego?

– Tak. Wróciła Victoria. Poszła do waszego domu, ale Charlie był akurat w pracy. Nie przejmuj się, nawet się do niego nie zbliżyła. Z Esme i Rosalie pod bokiem nic mu nie grozi.

– Co ona knuje?

– Najprawdopodobniej próbuje złapać trop. W nocy obeszła cale miasteczko. Rosalie ją śledziła – była na lotnisku, sprawdziła drogi wylotowe, szkołę… Stara się, jak może, ale, wierz mi, nic nie znajdzie.

– Jesteś pewien, że Charlie jest bezpieczny?

– Esme nie spuszcza go z oka, no i my niedługo wrócimy. Jeśli tropiciel pojawi się w Forks, na pewno go dopadniemy.

– Tęsknię za tobą – wyszeptałam.

– Wiem, Bello, i dobrze rozumiem, co czujesz. Mam wrażenie, że zabrałaś ze sobą połowę mnie.

– To przyjedź po nią – podkusiłam go.

– Przyjadę, gdy tylko będę mógł. Ale najpierw muszę zadbać o twoje bezpieczeństwo – powiedział tonem żołnierza walczącego o ojczyznę.

– Kocham cię – przypomniałam mu.

– Czy wierzysz, że mimo wszystkich tych rzeczy, na które cię naraziłem, też cię kocham?

– Jasne, że wierzę.

– Wkrótce się zobaczymy.

– Będę czekać.

Gdy tylko się rozłączył, znów zrobiło mi się ciężko na sercu.

Odwróciłam się, żeby oddać telefon Alice, i okazało się, że oboje z Jasperem pochylają się nad stołem, a dziewczyna szkicuje coś na kartce papieru z hotelowej papeterii. Zajrzałam jej przez ramię.

Rysowała salę ze swojej wizji. Było to długie prostokątne mieszczenie z dużą kwadratową wnęką z tyłu. Podłoga zrobiona była z drewnianych desek. Wszechobecne lustra przecinały, co jakiś pionowe linie wyznaczające koniec danej taili, a także ciągnąca się na poziomie pasa poręcz – wspomniany przez Alice zloty pasek.

– To studio taneczne – powiedziałam, nagle rozpoznając znajome kształty.

Rzucili mi zaskoczone spojrzenia.

– Znasz je? – Jasper był jak zwykle opanowany, ale w jego pytaniu wyczułam jakąś aluzję. Alice wróciła do szkicowania. Z tylu pomieszczenia dorysowała wyjście ewakuacyjne, a z przodu po prawej wieżę stereo i telewizor na niskim stoliku.

– Przypomina miejsce, do którego chodziłam na lekcje tańca. Miałam wtedy osiem czy dziewięć lat. Tamto miało taki sam kształt. – Dotknęłam palcem kwadratowej wnęki. – Tam były toalety, wchodziło się przez inną salę. Ale wieża stała po lewej stronie i nie była taka nowoczesna. No i nie mieli telewizora. W poczekalni było takie duże okno wychodzące na tę salę – właśnie tak by to wyglądało, gdyby przez nie zajrzeć do środka.