– Tak, też tu jest – powiedział Edward. – To ona wiedziała, gdzie cię szukać.
– Ten ból w dłoni… – próbowałam zwrócić jego uwagę.
– Wiem, Bello. Zaraz minie, Carlisle już ci coś zaaplikował.
– Ręka mi się pali! – wrzasnęłam, wreszcie w pełni odzyskując przytomność. Otworzyłam oczy, ale przesłaniało je coś ciepłego i ciemnego Czy oni poszaleli? Dlaczego nie gasili tego cholernego ognia?
– Bello? – W glosie Edwarda słychać było przerażenie.
– Niech ktoś wyjmie moją rękę z ognia! – krzyczałam. – Niech ktoś go ugasi!
– Carlisle, co z tą ręką?
– Jednak ją ugryzł. – Doktor był zbulwersowany swoim odkryciem.
Usłyszałam jęk zdruzgotanego Edwarda.
– Ty musisz to zrobić – odezwała się Alice tuż nad moją głową. Chłodne palce przetarły do sucha moje mokre oczy.
– Nie! – wydarło się z jego piersi.
– Alice – szepnęłam błagalnie.
– Jest szansa, że się uda – oświadczył Carlisle.
– Co takiego? – spytał Edward z niedowierzaniem.
– Zobacz, może będziesz umiał wyssać jad. Rana jest tylko odrobinkę zabrudzona. – Gdy mówił, znów poczułam, że coś wciska mi się w czaszkę, silniej, że ktoś tam czymś gmera, naciąga mi skórę. Bolało, ale to było nic w porównaniu z bólem bijącym od dłoni.
– I to starczy? – Alice była wyraźnie spięta.
– Nie wiem – przyznał Carlisle. – Ale musimy się pospieszyć.
– Carlisle, ja chyba… – Edward się zawahał. – Nie jestem pewien, czy będę w stanie to zrobić. – Jego cudowny głos był rozdarty bólem.
– Decyzja należy do ciebie, Edwardzie. Nie mogę ci pomóc. Jeśli masz zamiar wyssać jad, muszę najpierw powstrzymać krwawienie.
Ręka piekła tak przeraźliwie, że odruchowo się skuliłam, co tylko zwiększyło tortury, jakie zadawała mi złamana kończyna.
– Edward! – zawyłam. Chciałam spojrzeć mu prosto w twarz, uświadomiłam sobie jednak, że oczy znowu mam zamknięte. Gdy je otworzyłam, wreszcie udało mi się go zobaczyć. Wpatrywał się we mnie, piękny jak zawsze, z miną pełną udręki i niezdecydowania.
– Alice, rozejrzyj się za czymś, czym można by było usztywnić jej nogę. – Carlisle pochylał się nade mną, majstrując przy mojej głowie. – Edwardzie, musisz działać błyskawicznie, inaczej będzie za późno.
Jako że patrzyłam mu prosto w oczy, byłam świadkiem tego, jak na te słowa zmienił się wyraz jego twarzy. Miejsce wahania zajęła dzika determinacja. Zacisnął zęby. Poczułam, że jego chłodne palce przyciskają w zdecydowany sposób moją zmizerowaną rękę do podłogi. A potem Edward pochylił się nade mną i przytknął wargi do rany.
Z początku ból przybrał na sile. Wiłam się, krzycząc, ale Edward trzymał mnie mocno. Alice przemawiała do mnie łagodnie, usiłując mnie uspokoić. Coś ciężkiego nic pozwalało się ruszyć mojej złamanej nodze, a Carlisle zwarł obie ręce wokół mojej głowy w żelaznym uścisku.
Stopniowo jednak moja dłoń robiła się coraz bardziej odrętwiała. Ogień kurczył się i gasł. Z czasem przestałam się rzucać.
Poczułam, że odpływam. Przestraszyłam się, że znów trafię w głębiny, że zgubię Edwarda w mroku.
– Edward… – Chciałam go zawołać, ale nie słyszałam własnego głosu. Za to usłyszeli mnie pozostali.
– Jest tuż obok ciebie, Bello.
– Zostań, zostań ze mną, proszę…
– Nie ruszę się ani na krok. – Słychać było, że jest wyczerpany, ale w jego glosie pobrzmiewała też nutka triumfu.
Westchnęłam uradowana. Ogień zgasł, a ból w pozostałych częściach ciała zelżał pod wpływem ogarniającej mnie fali senności.
– Jesteś pewien, że wszystko wyssałeś? – spytał Carlisle z oddali.
– Nie wyczuwam już smaku jadu – oznajmił Edward cicho. – Nic prócz morfiny.
– Bello? – zwrócił się do mnie Carlisle.
– Mmm? – wymamrotałam.
– Dłoń cię już nie pali?
– Nie. – Westchnęłam. – Dziękuję, Edwardzie.
– Kocham cię – szepnął w odpowiedzi.
– Wiem, że mnie kochasz. – Byłam taka zmęczona.
Moich uszu dobiegł najsłodszy dźwięk na świecie: cichy śmiech wdzięcznego losowi Edwarda.
– Bello? – Carlisle miał do mnie jeszcze jedno pytanie. Niezadowolona zmarszczyłam czoło. Chciałam już zasnąć.
– Tak?
– Gdzie jest twoja matka?
– Na Florydzie. – Znów westchnęłam. – Oszukał mnie, Edwardzie. Obejrzał nasze domowe filmiki z kamery. – Byłam tak słaba, że oburzenie w moim głosie było ledwie słyszalne.
Coś mi się przypomniało.
– Alice. – Spróbowałam otworzyć oczy. – Alice, jego nagranie. On ciebie znał, Alice. Wiedział, skąd się wzięłaś. – Nie byłam w stanie przekazać im, jak ważna to wiadomość. – Pachnie benzyną – dodałam zdziwiona, coraz mniej przytomna.
– Czas ją przenieść – zakomunikował Carlisle.
– Nie – jęknęłam. – Chcę spać.
– Śpij, kochanie, śpij – uspokoił mnie Edward. – Ja cię wyniosę.
Już po chwili byłam w jego ramionach, twarz wtuliłam w jego pierś. Ból minął. Odpływałam w niebyt.
– Śpij, śpij – usłyszałam jeszcze przed zaśnięciem.
24 Impas
Kiedy na powrót otworzyłam oczy, otaczało mnie intensywnie białe światło. Znajdowałam się w nieznanym sobie pokoju, całym w bieli. Najbliższą ścianę przesłaniały pionowe żaluzje, nad moją głową wisiały oślepiające mnie lampy. Leżałam na dziwnym łóżku – twardym, z poręczami, o kilku segmentach nachylonych pod różnym kątem. Poduszki były płaskie, a ich wypełnienie zbrylone.
Przy moim uchu coś irytująco pikało. Mogłam mieć tylko nadzieje, że oznacza to, że jeszcze żyję. Nie spodziewałam się zresztą podobnych niewygód po śmierci.
Od moich dłoni biegły przezroczyste rurki, czułam też, że mam coś przyklejone do twarzy pod nosem. Podniosłam rękę, żeby się tego pozbyć.
– Ani mi się waż. – Powstrzymały mnie chłodne palce.
– Edward? – Obróciłam odrobinę głowę. Jego cudowna twarz była tuż obok, brodą opierał się o jedną z moich poduszek. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że żyję, i tym razem bardzo się ucieszyłam. – Och, Edwardzie, mam takie wyrzuty sumienia!
– Spokojnie, tylko spokojnie – uciszył mnie. – Wszystko jest już w najlepszym porządku.
– Jak to się w ogóle skończyło? – Nie pamiętałam szczegółów, mój umysł buntował się, gdy próbowałam coś z niego wycisnąć.
– Cudem zdążyliśmy na czas. Jeszcze chwila, a byłoby za późno. – Nadal wzdrygał się na samą myśl o tym.
– Byłam taka głupia, Edwardzie. Myślałam, że James złapał mamę.
– Wszystkich nas przechytrzył.
– Muszę zadzwonić do niej i do Charliego. – Mój mózg zaczynał trzeźwieć.
– Alice już to zrobiła. Renee jest tutaj, to znaczy tu, w szpitalu. Poszła tylko coś zjeść.
– Przyjechała? – Chciałam usiąść, ale dostałam gwałtownych zawrotów głowy. Edward powstrzymał mnie delikatnie.
– Niedługo wróci – obiecał. – A tymczasem leż spokojnie.
– Ale jak jej wytłumaczyliście to wszystko? – Przestraszyłam się nie na żarty. Jak mogłam leżeć spokojnie? Moja mama miałaby być świadkiem tego, jak dochodzę do siebie po ataku wampira? – Co jej powiedzieliście?
– Ze spadłaś z bardzo długich schodów, a potem z rozbiłaś szybę i wyleciałaś przez okno. – Zadumał się na moment.
– Musisz przyznać, że takie rzeczy czasem się zdarzają.
Westchnęłam. Zabolało. Spojrzałam na moje ciało przykryte cienką kołdrą. Zamiast jednej z nóg miałam grubaśną kłodę.
– Jakie właściwie odniosłam obrażenia?