Выбрать главу

– Nie wiedziałaś, prawda? – spytała nagle przeorysza.

– Wężymord nie powiedział ci, co naprawdę zdarzyło się w rdestnickim przybytku. Bogowie niechętnie opuszczają swoje dziedziny i jeśli coś zagnało Zird Zekruna w głąb żalnickiego władztwa, nie mogła to być rzecz błaha ani mała. Lecz sądzę, że sprawy potoczyły się wbrew jego zamysłom. Bad Bidmone umarła, zaś Zird Zekrun powrócił na Pomort bez tego, po co przybył.

– Bogowie nie umierają – sprzeciwiła się słabo Zarzyczka.

– Doprawdy? – przeorysza uniosła brwi. – Nie myl wiary z głupotą, księżniczko. Wiesz, że Zird Zekrun zwyciężył w Rdestniku, opanował władztwo Bad Bidmone, wyjął spod prawa jej sługi, zrównał z ziemią świątynie, zakazał obrzędów. A później powrócił na Pomort i przycichł niemal na dwa tuziny lat, jakby sumą jego pragnień było naznaczenie frejbitera kniaziem Żalników. Tak, później zaczęto głosić opowieści o obietnicach Zird Zekruna i o przemianie Wężymorda, lecz nie uwierzę, by pan Pomortu zwrócił się przeciwko innemu z bogów wyłącznie po to, by dopełnić przysięgi złożonej śmiertelnikowi. Po cokolwiek przybył, Zird Zekrun nieodwracalnie chybił celu i myślę, że stało się tak za przyczyną twojego brata, księżniczko.

– Był wtedy w przybytku – odezwała się księżniczka.

– Bad Bidmone często przywoływała go do siebie. Miał być kniaziem, dotykał Sorgo i rozmawiał z boginią. Zazdrościłam mu z całego serca.

– Nie było czego – brwi mateczki zbiegły się w grubą kreskę. – Bo na koniec właśnie tych dwoje stanęło wówczas na drodze Zird Zekruna. Dziecko i miecz.

– Gdyby zdołał go powstrzymać, Wężymord nie nosiłby żelaznej korony.

– Myśl, dziewczyno! – syknęła przez zaciśnięte zęby przeorysza. – Twój brat wyszedł żywy z kąciny Bad Bidmone z mieczem kniaziów na plecach. I cokolwiek zobaczyłaś w wieży Nur Nemruta, dziecko – dodała łagodniej – widok umierającej bogini napiętnował twojego brata znacznie dotkliwiej. Myślę, że właśnie dlatego Zird Zekrun nie przestał go tropić przez te wszystkie lata. Nie z powodu tronu Żalników, ale dlatego, że oglądał śmierć bogini.

Księżniczka ze świstem wciągnęła powietrze.

– Czy Koźlarz? – przemówiła z trudem. – Czy on… się zmienił?

– Nie wiem – mateczka potrząsnęła głową. – Nie wiem, czy rozumiesz, księżniczko: podobna rzecz nigdy wcześniej nie zdarzyła się w Krainach Wewnętrznego Morza.

Nie powiedział mi, pomyślała, czując, jak ogarnia ją dziwne odrętwienie. Nawet nie zająknął się, co naprawdę zdarzyło się w rdestnickim przybytku. Wiedział, jak bardzo okaleczył mnie pan Pomortu i bez słowa odesłał mnie z powrotem na dwór Wężymorda. Bez słowa…

– Dlaczego mi to wszystko mówisz, matko? Opatka zawahała się nieznacznie.

– Ponieważ przed świtem do opactwa przybędzie Wężymord – wyjaśniła wreszcie.

Ręce Zarzyczki drgnęły jak dwoje obcych, spłoszonych zwierząt. Więc to już, pomyślała ze strachem, już teraz. W samo Święto Kwiatów, nim przebrzmią do końca pieśni. Tak, Wężymord mógł wiedzieć o ceremonii ku czci bogini i z rozmysłem przybyć dzisiejszej nocy, abym dokładnie poznała różnicę pomiędzy marzeniem i światem, w którym włada Zird Zekrun.

Powoli podniosła się, machinalnie wygładziła suknię.

– Księżniczko… – zaczęła opatka.

– Chcę zostać sama, matko – odezwała się schrypniętym, martwym głosem. – Jutro wyjadę do Uścieży, ale teraz zostawcie mnie, proszę, samą.

– Przestań! – rzuciła ostro przeorysza. – Czy nie pojmujesz, że to, co ci uczyniono, jest w równym stopniu pułapką zastawianą na Wężymorda? Czy naprawdę nie pojmujesz, że żadne z nas nie może sobie pozwolić na litość…? – uczyniła urwany gest, jakby chciała ją zatrzymać w komnacie, która kiedyś, bardzo krótko, była celą Thornveiin, lecz zaraz przycisnęła ramiona do wyschniętej piersi.

Było prawie ciemno i raz po raz potykała się na schodach wiodących do różanego ogrodu, lecz drogę znała na pamięć i bez trudu odnalazła ławeczkę z białego kamienia. Nie potrafiła powiedzieć, jak długo siedziała z rękoma grzecznie złożonymi na podołku i ściągniętymi łopatkami, jakby przypatrywało się jej całe uścieskie kolegium Zird Zekruna. Z dołu wciąż dobiegały pieśni dziękczynne, w oknach opactwa migotało światło i chyba nikt nie kładł się tamtej nocy. A wysoko, w różanym ogrodzie, grały świerszcze, a niebo było pełne gwiazd. Nie spostrzegła, jak zaczęła układać z nich kształt Annyonne, nakreślony srebrną farbką w księdze szalonej Thornveiin.

Kiedy mury opactwa zaczęły na nowo majaczyć w porannej szarości, usłyszała na schodach czyjeś kroki. Dopiero wtedy rozpłakała się – bezdźwięcznie, nie poruszywszy się ni odrobinę, choć jej mięśnie zesztywniały od porannego chłodu. Nie musiała się oglądać. To była ta sama ławka, na której Thornveiin siadywała w oczekiwaniu, aż wypełnią się boskie wyroki, a klątwa Fei Flisyon przybierze obiecany kształt. Miała wrażenie, jakby cień tamtej dawno pogrzebanej żalnickiej księżniczki przytaił się na krawędzi ławki, tuż za granicą jej wzroku, daremnie usiłując coś powiedzieć.

Ptaki zaczynały już śpiewać.

Wężymord przystanął o krok za nią i nie zapytał o nic. Ostatecznie, znali się bardzo dobrze, lepiej niż ktokolwiek inny w Krainach Wewnętrznego Morza, więc długo pozwalał jej płakać.

– Zarzyczko? – powiedział wreszcie bardzo cicho.

– Zraniłam się – odparła niemal niesłyszalnie. – Cierniem róży.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Popasali pod gołym niebem. W każdej gospodzie kupa waszmościów próżniaczy, piwo żłopie, dziewki maca, tłumaczył podstarości, i wygląda burdy. Zobaczą, że więźnia wiozę, wnet się krew poleje, a nie wiedzieć czyja. Nadto karczmy tutaj liche, piwsko podłe, a na posłaniu więcej robactwa niźli u was włosów w brodzie.

Twardokęsek w duchu przytaknął mu skwapliwie. Niech się trafi człek bystrzejszy niźli nasz podstarości, a w try miga rozpozna Zwajców i to wielkie Koźlarzowe mieczysko. Dziw nieopisany, że nas władyka nie wybadał. Nie wybadał albo rzecz z umysłu tai, poprawił się w myślach. Bo niepodobna, aby gęby Koźlarza nie widział, skoro nawet w Górach Żmijowych jego wizerunki po gospodach hojnie porozwieszane.

Na koniec rozsiedli się na dnie porośniętego rzadką trawą jaru. Z kompanii nie wyłączono nawet Bogorii, któremu władyka rozwiązał więzy pod szlacheckim słowem honoru, że nie popróbuje ucieczki. Pachołkowie trzymali straż wokół obozowiska – i stosowny dystans, toteż gwarzono swobodnie, bez strachu.

– Wiecie, że ledwo co orszak żalnickiej księżniczki tędy przeciągnął? – zagadnął podstarości. – Raźno konie popędzali, jakby ich co goniło.

– Widzieliście księżniczkę? – Wiedźma poruszyła się niespokojnie na pieńku zaścielonym kraciastym kocem. – W jakim zdrowiu?

– Nie widziałem – władyka nabrał z kociołka kolejną łyżkę gulaszu – bo przylgnęła w klasztorze naszej świątobliwej mateczki. Cud prawdziwy, że ją pomorckie kapłaństwo ostawiło w pokoju.

– Oj, nie uraduje podobna samowola Wężymorda! – zaśmiał się Bogoria. – Nie darmo tyle lat trzymał ją przy sobie. A tu, patrzajcie, wyfrunęła ptaszka przy pierwszej sposobności!

– Będzie zamieszanie – podstarości z lubością wciągnął w nozdrza zapach potrawy. – Na nas się pewnie skrupi, na pospolitakach. Jeszcze my przez ciebie, Bogoria, wszyscy damy gardło. Bo żeś nie miał kiedy, durny, żmijowej harfy kraść, jeno właśnie wtedy, jak księżniczka w opactwie siedzi.

– Czego się lękacie? – Karzeł dłubał paznokciem w zębach. – Dacie harfę staroście, niech się sam kłopocze.