Выбрать главу

– Wy zawsze, Czarny, o najgorszym – Suchywilk podrapał się po brodzie. – Może pierwej wysłuchajmy, co nam mości podstarości rzeknie.

– My uradzilim – władyka odchrząknął z zakłopotaniem. – Z Bogorią uradzilim, że jakoś tak nie uchodzi. I wstyd… – zaciął się i zaczął obracać w rękach czerwony kołpak.

– Toć gadajcie tak, aby was człowiek wyrozumiał! – huknął Suchywilk.

– Luzem was uradziliśmy puścić – trwożliwie dokończył podstarości.

Tutaj Czarnywilk począł śmiać się bez opamiętania, za nic sobie mając groźne popatrywania zwajeckiego kniazia.

– Bardzo rozumnie – pochwalił drwiąco karzeł. – I dowód pewny, że potraficie rachować, mości podstarości. Bo u was ośmiu czeladki, a u nas dwóch Zwajców, żalnicki kniaź z towarzyszem i mości zbójca Twardokęsek. A ta cicha dziewka, co grała na żmijowej harfie, to zwajecka kniahinka, która samojedna tuzin chłopa na schodach spichrzańskiej cytadeli zaszlachtowała. Widzi mi się, mości podstarości, że znieślibyśmy waszych pachołków w pół pacierza, albo jeszcze prędzej. Tedyśmy okrutnie wdzięczni, że nas luzem puszczacie. Lecz nie postanowiono jeszcze, czyli my was żywymi ostawimy. Jary macie głębokie, nietrudno przyjdzie w nich trochę ścierwa ukryć.

– Przed zmierzchem cała okolica wsiądzie wam na kark – bez zmieszania oznajmił Bogoria. – Srożej was będą ścigać tutejsi obywatele niźli Pomorcy, a znają Wilcze Jary wyśmienicie, więc dopadną bez ohyby.

– Ani myślę wam dowierzać! – wypalił Suchywilk. – Jak na podstarościego zanadto się ze zbójami spoufalacie. A wy – obrócił się ku Bogorii – jak na więźnia wiedzionego na szubienicę, zanadto żeście radośni. Skąd mnie wiedzieć, czy to nie jaka nowa maskarada, hę?! Skąd mnie wiedzieć, czy mnie oszachrować zmyślnie nie próbujecie?! W połowie przemowy zwajeckiego kniazia podstarości i Bogoria zanieśli się zgodnym rechotem. Uśmiechnął się nawet powściągliwy zazwyczaj Koźlarz, co straszliwie Suchywilka rozjuszyło.

– Czego zęby szczerzą?! – ryknął.

– Widać, że kraju nie znacie – wyjaśnił litościwie Bogoria. – My naród prędki, kłótliwy i do zwady skłonny. Ale wobec obcych trzymamy się razem, mości Suchywi – ku. A Pomorcy w Wilczych Jarach obcy. Oni, Wężymord i wszelka władza zwierzchnia pospołu. Bo Wilczych Jarów nawet żalniccy książęta nigdy nie wzięli w karby. Jednych my kochali – spojrzał ostro ku Koźlarzowi – innych szanowali, ale nigdy dla tej korony, co im ją Bad Bidmone na łby kładła.

– Ani nie dla tego wielkiego miecza, który na plecach noszę – powoli odezwał się Koźlarz. – Rozumiem to wybornie, mości Bogorio. Tedy czemu?

– Bośmy nie pomorckie siepacze – z mocą oznajmił więzień. – Bo sprawy ku złemu idą. Pomorcka zaraza kraj gniecie i siły zeń wysysa niby nocna mara. Karlejemy, mości książę, a znikąd pomocy nie widać. Myśmy wam z umysłu o Jastrzębcu gadali. Nie dla pustych prześmiewek, ale byście lepiej zrozumieli, że niełatwa przed wami droga. I może wyście wcale nie kniaź, nie włodarz, którego wyglądamy. Ale jak was już teraz Pomorcy skrycie umęczą, nigdy nie będziem wiedzieć, ktoście.

Wiedźma bez namysłu przylgnęła do boku więźnia, opasała ramionami. Twardokęsek aż się skrzywił. Sam nie rozumiał, czemu.

– Nie chcę, żeby go wieszali! – oznajmiła, kryjąc twarz na piersi Bogorii.

– No, co też waćpanna – zmieszał się więzień. – No, nie trza przecież…

Suchywilk niepewnie podrapał się po brodzie, popatrzał ku niebieskookiej niewiastce wczepionej w starościńskiego więźnia. Wiedźma pociągnęła nosem, coraz głośniej i żałośliwiej zawodząc.

– Nie płaczże, waćpanna – nie wytrzymał wreszcie władyka. – Toć nic mu, psubratowi, nie będzie. Mój obowiązek odstawić więźnia do starosty. A skoro starościm pachołkom wydam, dalej nie moja rzecz. Już tatko zadba, by się z szubienicą minął.

– Nareszcie! – ryknął z uciechą Bogoria i wiedźmę mocniej przygarnął. – Wydobyliście to z niego, cna panienko! Bo on mnie, kurwi syn, czwarty dzionek prześladuje i straszy katowskim rzemiosłem. Ażem zaczynał wątpić, czy tatko uwiadomiony, w jakiem terminy popadł!

– Ruta za próg by mnie nie puściła – burknął władyka, ale złość tylko udawał, w istocie zaś bardzo był rad własnej chytrości. – Tylko dlatego cierpię wasz plugawy jęzor, Bogoria. Alem wystrychnął was na dudka, hę?! – W oczach grały mu radosne, prześmiewcze błyski i znać było, że się tych dwóch kłótników lubi okrutnie. – Trzęśliście portkami, że hej! A co? Będzie wam nauczka stosowna i dobrze! Rozmyślnie was w niepewności przytrzymałem. A jakeście mnie wczoraj o tatka podpytywali – myślicie, żem pijany był i strachu waszego nie rozpoznał? Ale my jeszcze jedną rzecz uradzili – spoważniał. – Wedle was, panienko – skłonił się lekko ku Szarce. – Chcemy, byście żmijową harfę wzięli.

– Dlaczego? – podniosła zielone zdumione oczy.

Po drugiej stronie ognia żalnicki książę ściągnął brwi.

– Ja was w tym lepiej objaśnię, panienko – rzekł Bogoria. – Dobrze rozumiem, co u was teraz w rozumie chodzi. Czemuż to zbójca, który one harfę z klasztoru zrabował, świętego miejsca nie uszanowawszy, ninie w garść mi ją wciska? Czemu wystawia się na gniew Wężymorda i prześladowanie pomorckich kapłanów? Tedy wam powiem. Najprościej. Bo nie jest złoto, by pod korcem stało. Bo ona wam pod palcami śpiewa. I tego za wszelki powód starczy.

– Doprawdy? – odezwał się sarkastycznie karzeł.

– A co wy myślicie? – targnął się Bogoria. – Żeście w tych swoich krasnych szatkach nade mnie w czym lepsi?! Toście się, panie, srogo omylili. I jakeście, panno, w karczmie śpiewali, to mnie się z nagła zdało, że nie grzech był ono zrabowanie harfy z klasztoru. Nie grzech, ale zasługa, może w żywocie moim największa. Możem ja się jeno po to rodził, żebym wam harfę podarował. Bo jeśli ona wam w palcach śpiewa, znak to musi być niezawodny. I może być, że właśnie za waszą przyczyną wrócą się na świat żmijowie.

– Bójcież się bogów, Bogoria! – zadrwił niziołek. – Ale się wam kazanie udało. Jeszcze na koniec kapłanem ostaniecie.

– Nie, nie ostanę – wyprostował się więzień. – Na gościniec wrócę, ale wam nic do tego. Wam inna droga pisana, a my w niej dopomożemy wedle najlepszej chęci i możności. Nie dla zysku. Bo żmijowa harfa, panie – popatrzał ku karłowi – rzecz w sobie niewielka i krucha, ale tylko ona nam pozostała po tym, cośmy utracili.

– Weźcie harfę i bywajcie zdrowi – rzeczowo odezwał się podstarości. – Na boczny trakt was wywiodłem, tutaj Pomorców nie napotkacie. Jutro, najdalej za dwa dni wyjedziecie prosto na Mechszycową Glibiel. Tam, zgaduję, macie kogo zaufanego. Ja o nim wiedzieć nie chcę, ale ostrzegam, byście sami w bagnisko nie szli, bo potoniecie. Rozumiecie?

– Ano – potaknął Suchywilk. – Dozwólcie jeno rzec, że dziwny z was podstarości.

– Takie czasy nastały – wzruszył ramionami – i wszelkiego porządku wielkie przemieszanie. A jak tam na Półwyspie Lipnickim najdziecie mojego syneczka, to mu od ojca nowinę rzeknijcie. Żem już rzemienie naszykował i dobrze w wodzie wymoczył. I niech się tylko w okolicy pokaże – głos mu spotężniał – to tak mu zadek obiję, z ojcowską miłością a solidnie, że przez miesiąc nie siędzie! A niech się z powrotem spieszy, bom człek niecierpliwy!

– O żmijową harfę dbajcie – miękko poprosił Bogoria – nie porzućcie gdzie pod płotem. My, starzy, nie doczekamy. Ale może wy jeszcze będziecie żmijów na nowo oglądać i harfę im wrócicie. I dobrze będzie. Furda, czy kto potem wspomni, żeście ją z łaski zbójcy Bogorii dostali – dodał cichszym głosem, lecz jego twarz przeczyła słowom. – Ja wiedzieć będę i to mi za wszelką nagrodę stanie. Choćby wszyscy inni przepomnieli.