– Nie przepomnimy – wiedźma przytuliła się do niego mocniej. – Bądźcie spokojni, panie. Nie przepomnimy.
Rychło potem wjechali w Mechszycową Glibiel. Twardokęsek był zły niezmiernie. Nie ufał bynajmniej miejscowemu chłopu, ponoć znajomkowi żalnickiego księcia, który miał ich przeprowadzić przez mokradła. Kmiotek miał przyodziewę nad wyraz nędzną, lipowe łapcie na nogach i kulił się trwożliwie, kiedy tylko kto na niego krzywo spojrzał. Jednak spod zmierzwionej czupryny spozierały ku nim chytre, kaprawe oczka. Zbójca nie wątpił, że dobrze oszacowały zacność koni i pyszny dostatek skrzydłoniowego czapraka. Niedobrze, myślał zbójca. Oby nas przypadkiem cham nie wciągnął w topiel albo pomiędzy kamratów przyczajonych gdzieś w gęstwinie.
Z niepokoju srożył się i złościł, jak to miał we zwyczaju. Chłopstwu bowiem zbójca nie ufał i miał je w okrutnej pogardzie, tym większej może, że nadal skrycie wierzył w minioną świetność swego rodu. Co prawda mętnie, ale pomniał, jak mu matka prawiła o niegdysiejszych przewagach przodków, którzy w czasach potęgi kopiennickie – go władztwa zasiadali przy boku panów Stopnicy. Jednakowoż papiery – jeśli istotnie jakiekolwiek mieli – popaliły się ze szczętem podczas zawieruchy, która ogarnęła kraj po najeździe szczuraków. Twardokęsek rozumiał doskonale, że żalnicka szlachta wydrwi jego pretensje bez miłosierdzia. Bo wszelkie te żalnickie chudopachołki harde są ponad miarę i zadufane, sarknął w myślach. Ot, choćby nasz wypędek…
Z niechęcią popatrzał ku idącemu przodem księciu. Podczas całej wędrówki spod Spichrzy Koźlarz zamienił z nim ledwo dwa słowa, choć zbójca wedle sprawiedliwości musiał przyznać, że z innymi takoż niewiele gadał. Widać człek był milkliwy i oschły. Iście po pańsku, sarknął w myślach zbójca. Hołysz wyniosły, nie chwała mu zanadto się spoufalić z pospolitym człowiekiem. I nie raz Twardokęska nęciło, żeby parszywemu książątku przygadać i dokuczyć. Jednakże z oczu wygnańca wyglądało coś takiego, że i język, i myśli poczynały mu się plątać. Nie wiedział, czemu.
Warci oni siebie z Szarką, narzekał w myślach, warci jota w jotę. Ta też od Spichrzy nic nie gada, gadzina, tylko zielonymi ślepiami łyska wściekle, aż człeka dreszcz po plecach przechodzi. Nic dziwnego.
Słowo po słowie, zbójca wydobył z wiedźmy, co się zdarzyło, kiedy on sam pospołu z Rutewką gotował rebelię. Lecz nawet z błękitnooką niewiastką nie był Twardokęsek w dawnej komitywie. Owszem, garnęła się do niego po dawnemu, ale jakby bez przekonania. Winił za to zbójca zwajeckiego kniazia. Nie mogąc przemóc wrogości Szarki, Suchywilk bezwstydnie rozpuszczał wiedźmę, a nawet potrząsnął sakiewką gwoli należytego jej przyobleczenia, co przy okrutnym skąpstwie kniazia dowodnie ukazywało potęgę jego przywiązania. Oprócz błękitnej sukni Suchywilk przydał jej jeszcze koszulę z szerokimi rękawami, sznurowane trzewiki i bardzo porządny półkożuszek. Słowem, wiedźma wyglądała nader zacnie. Wypisz, wymaluj, żalnicka szlachcianka.
Niestety, z tej odmiany musiało się bidulce w kołowatej głowie do reszty pomieszać, myślał zgryźliwie zbójca, bo nagle straszliwie wyporządniała. Odziej niewiastę w cnotliwy przyodziewek, dodał, patrząc smętnie na jej ciasno ściągnięte poły koszuli, a uroi się jej, że i sama cnotliwa. Niepotrzebnie ją Zwajcy psuli. Dobrze, jak każdy zna swoje miejsce, pomyślał ze złością, kiedy Czarnywilk pochylił się ku niewiastce w błękitnej sukni i powiedział ze śmiechem coś, od czego cała pokraśniała. Dla nich to jeno zabawa, a ona, durna, zhardzieje, przywyknie, że ją za normalną niewiastę mają i o ostrożności przepomni. Potem Zwajcy precz pójdą, a ta się będzie szatkami chełpić, ludziom w oczy patrzeć niczym uczciwa niewiasta. Aż ją na koniec gdzie wieśniacy ukamienują popod płotem.
Najgorsze, że wiedźma na skroś zapomniała o wszystkim, co się zdarzyło w ogrodach cytadeli. Zbójca próbował ją zagadnąć o przepowiednię Nur Nemruta, o zamysły bogów i los Szarki, który, jak wieszczyła, spleciono z losem Zarzyczki, lecz nic nie potrafił z niej wydobyć.
Nie z braku chęci, bo wiedźma słuchała bardzo gorliwie i naprawdę usiłowała sobie przypomnieć. Tyle, że nic z tego nie było: kuliła się pod jego pytającym wzrokiem, usta wykrzywiała w podkówkę, aż na koniec nieodmiennie wybuchała łkaniem. Żadne z nich nie potrafiło nic poradzić – on, bo rozumiał, że gdzieś w głębi jej skołatanego umysłu kryje się wyjaśnienie szaleństwa, które gna ich poprzez Krainy Wewnętrznego Morza niczym wicher plewy, ona, ponieważ ze wszech sił starała się go ukontentować. Na darmo.
Jednakże oswoiła się ze Zwajcami, kiedy zaś spoglądała ku Suchywilkowi, jej twarz przybierała wyraz dziecinnej ufności. Czarnywilk, który, jak się okazało, spłodził pięciu synów i żadnej dziewki, odgrażał się, że po dobroci czy nie, zabierze ją na Wyspy Zwajeckie i za synową wyswata. Na razie opowiadał jej barwnie o przymiotach Wewnętrznego Morza, a w szczególności zwajeckich wojowników. Słowem, nęcił ją wszelkim sposobem, co się nieodmiennie kończyło pieprznymi żartami, po których wiedźma czerwieniała i biegła precz od ogniska. Nawet żalnicki książę nie boczył się na nią i bardzo grzecznie opowiadał o latach spędzonych między południowymi plemionami. Wszystko to pospołu złościło zbójcę niezmiernie i cniło mu się do Gór Żmijowych i dawnych czasów.
Jedynie zwierzołak nie odmienił umysłu. Wręcz przeciwnie: od czasu wspólnej wędrówki przez Spichrze darzył zbójcę osobliwym przywiązaniem i z lubością się koło niego kręcił. A trzeba rzec, że Twardokęsek najchętniej odpędziłby bestię solidnym kopniakiem, ale się lękał. Nie wiedzieć, co się bydlęciu we łbie roi, myślał, kiedy nieoczekiwanie wyczuwał w posłaniu obmierzły, mruczący kształt i czuł na twarzy szorstki jęzor. Może ta przychylność nic innego, jeno kaprys, co się rychło odmieni. Trza przeczekać…
Wśród owych rozmyślań komar uciął go w kark nad wyraz dotkliwie. Twardokęsek zaklął paskudnie, rozgniatając opite krwią plugastwo. Zmarniejemy w tym mokradle, pomyślał, rozglądając się po bokach, ni kosteczka z nas nie zostanie. Zapuścili się bowiem wcale daleko w Mechszycową Glibiel i okolica była paskudna. Pnie drzew pokrywała szarawa, parszywa pleśń, z gałęzi zwieszały się chorągwie brunatnych porostów. Pod butami niemiło plaskało błoto, w co głębszych rowach i wyrwach po zwalonych drzewach połyskiwała zielonkawa, cuchnąca woda.
– Co za czasy nastały! – wybuchł zbójca. – Zamiast we stołpie siedzieć, książęta wałęsają się po moczarze jako żaby. Rebelianci łupią kupców na gościńcu, ani im w głowie kniaziowskie wojsko gromić. Podstarości rzezimieszków luzem puszczają, zamiast ich w wieżę wtrącać. Nawet zbójcy, psiakrew, nie są dłużej zwyczajni zbójcy, ale patryoci! Co za parszywe czasy! Ni porządku żadnego, ni ładu!
Szarka roześmiała się. Ostrożnie prowadziła skrzydłonia między zbutwiałymi pieńkami i karłowatą chrzęślą. Zwierz burzył się i donośnymi wizgami protestował przeciwko dalszej włóczędze przez błota. Twardokęsek podzielał jego opory.
– Nie śmiejcie się! – ofuknął Szarkę. – Powiadam wam, wszystko tu na opak. Dawnom wiedział, że całe żalnickie władztwo jedno kurewstwo i niecnota, alem nie sądził, że do reszty! Po co my się w to trzęsawisko smrodliwe pchamy? Dla jednania sprzymierzeńców przeciwko Wężymordowi? Tośmy zaiste osobliwą drogę wybrali! Słyszeliście, co Bogoria gadał o Jastrzębcu. Z nim pociągnięcie przeciwko Pomorcom? Z książątkiem, co kupców na gościńcu morduje? To ja wam pięknie dziękuję i nazad się wracam. Jam nie głupi – pokiwał ku niej sękatym paluchem – o, nie. I mnie Zird Zekrun nic złego nie uczynił!