– A skąd ci, Twardokęsek, podobna rzecz we łbie postała? – chłodno spytała Szarka. – O wyprawie przeciwko Zird Zekrunowi?
Zbójca stropił się odrobinę.
– Wszyscy o tym gadają – odparł po chwili namysłu. – Nawet Servenedyjki. I bez przyczyny nie prześladowałby was Zird Zekrun z równą zajadłością.
– Breszesz, zbójco, jak głupi – fuknęła. Twardokęskowi zdało się, że plecy żalnickiego wygnańca drgnęły nieznacznie. Dobrze ci tak, pomyślał mściwie, ty kurwi synu książęcy. Coś sobie umyślił? Że jak dziewka we Spichrzy zwaliła wieżę boga, tedy niechybnie przyniesie ci na misie głowę Zird Zekruna? Niedoczekanie. Nie nasza rzecz, jak się ta cała Jastrzębcowa rebelia okończy. Tutaj się pewnie niejedna bajka szlachetkom we łbach roi, jak je ciemnym piwskiem otumania. A na koniec najwyżej im te głowy zamroczone ponadziewają na koły palisady przed Wężymordową cytadelą. Ich łby, ich sprawa. Mnie obojętne, kto zasiądzie na żalnickim tronie. Bo tak czy inaczej nie wróci się, co pierwej bywało. Choćby książątko zdołało na koniec zakatrupić Wężymorda, nawet to nie pomoże. Nic nie pomoże.
Popatrzył na kapłana Bad Bidmone, który z wysiłkiem ciągnął jucznego konia. Ano, pomyślał zbójca, knujcie sobie, spiskujcie do woli. Obnoście swoje pohańbienie na poranionych mordach, przyzywajcie waszą boginię i pokutę czyńcie. Tyle że ona za daleko odbieżała, by się trapić waszymi modłami. Jeśli jeszcze żywię.
Pojął, jakie bluźnierstwo wypowiedział, i aż mu tchu w piersiach zabrakło ze strachu. Noga zbójcy się omsknęła po wilgotnej gałęzi, prawie w błoto upadł i aż nad samą cuchnącą mazią uchwycił za potężną hubę. Coś mu w grzbiecie chrupnęło, ale wydźwignął się z powrotem.
– Co ci, Twardokęsek? – zatroszczyła się zgryźliwie Szarka. – Sprawiłam ci zawód? Takeś się zapalił do walki z Zird Zekrunem?
– Uchowaj bóg! – Zbójca nakreślił w powietrzu znak odpędzający urok tak pospiesznie, że wiedźma zachichotała cienko. – O Bad Bidmone dumałem. O tym, że zdałoby się ją zrazu Żalnikom przywrócić. Pewnie się potem sama porachuje z Zird Zekrunem. Jak wam się widzi?
– Skądże mnie wiedzieć? – uniosła brwi.
– Jesteście dri deonemem – przypomniał z wyrzutem zbójca. – Powinniście rozumieć, jakim sposobem bogowie odchodzą i powracają. Nadto mówiła mi wiedźma, czegoście dokazali w wieży. Pono posłaliście jadziołka w głąb zwierciadeł.
– Wiedźma jęzor ma długi okrutnie – skrzywiła się Szarka. – Zaś co do Nur Nemruta… To są rzeczy mętne, Twardokęsek. Strach o nich głośno gadać, straszniej jeszcze rozumieć.
Twardokęsek przyoblekł twarz w wyraz skupienia i pokiwał głową. Po prawdzie wcale nie pojmował, o czym Szarka mówi, ale pochlebiało mu niezmiernie, że w ogóle z nim gada. Bo spostrzegł, że wcale nie jest chętna do pogawędki, jak inny z kompanów zagadnie. No, słuszna rzecz, pomyślał z dumą, toć my są kompany, co z niejednej opresji pospołu skórę unosili. Z kim niby miałaby mówić? Z tym żalnickim hołyszem?
– Niepodobieństwo, aby zwierz, choćby najbardziej plugawy, boga poturbował – odezwał się karzeł.
– Byliście ze mną w wieży – Szarka rzuciła mu kosę spojrzenie. – Własnym oczom nie dowierzacie?
– Sam nie wiem – niziołek z rozmachem kopnął omszały pieniek, mocno szarpiąc wodzami, co jego kobyłka, zniosła w pogodzie ducha. – Może się nam to wszystko tylko zwidziało? Może nas bóg omamił?
– Jak dla mnie – prychnął zbójca – nader przekonujące rumowisko z wieży pozostało! Toć tam nic nie było prócz kupy kamieni i gruzu. I nie gadajcie mi, że bóg złudy pokazywał! Własnymim oczyma oglądał.
– Świątynia się rozpadła – przyznał z ociąganiem karzeł. – Ale ninie o co innego się rozchodzi. O jadziołka. Jak on we świątyni Śniącego we zwierciadła wchodził – pokręcił z zadziwieniem głową – jakby w wodę nurkował. Strach brał patrzeć.
– Dobrze złachany wrócił – Twardokęsek rzucił nieprzychylne spojrzenie przycupniętemu na ramieniu Szarki ptaszydłu. – Coś się was blisko trzyma, nawet na polowanie nie za bardzo lata.
Była to prawda niewątpliwa: od pospiesznej ucieczki ze Spichrzy plugastwo prawie nie odstępowało Szarki. Twardokęsek spostrzegł też, jak w przykładnej zgodzie pochłaniają ze zwierzołakiem jakieś krwawe ochłapy, i miał wrażenie, że wiedźmia bestia podkarmia poturbowanego kompana. Domyślał się jednak, że była w tym jeszcze inna przyczyna: kiedy tylko Koźlarz nieopatrznie podszedł zbyt blisko Szarki, jadziołek stroszył pióra i syczał wściekle, jakby mu zaraz do oczu miał skoczyć. Bawiło to zbójcę o tyle, że zwajecki kniaź czynił dokładnie tak samo. Na widok rzekomego zalotnika córki nadymał pierś, wąsem groźnie ruszał, mamrotał coś nieprzychylnie i macał koło czekanika. Iście jak jadziołek.
– Wrócił złachany – ostro odpowiedziała Szarka – bom go posłała na polowanie przeciwko mocy nad wyobrażenie potężnej. Pamiętasz, Twardokęsek, com ci w Górach Żmijowych mówiła? Że jadziołek żywi się marą i wszelakim majakiem?
– Wyprawiliście jadziołka, żeby Nur Nemrutowi rozum mącił, jako z waszym czyni? – nie uwierzył zbójca. – Choć wiedzieliście przecież, że na jego snach zawieszone przeznaczenie Krain Wewnętrznego Morza? Jak mogliście?
– Widać mogłam – uśmiechnęła się blado.
– Boście dziewka plugawa i bezbożna! – wybuchnął Kostropatka. Poraniony na gębie kapłan zakrzywił palce, niczym szpony drapieżnego ptaka, i wygrażał nimi Szarce. – Ladacznica żeście i wiedźma obmierzła. W ogień was rzucić i cęgami…! Auuu! – zawył, kiedy Suchywilk spokojnie trzasnął go w pysk.
– Ja wam po dobroci radzę mordę zawrzeć! – rzeki zwajecki kniaź z hamowaną złością. – Wiecie, jak to u nas na Wyspach Zwajeckich czynią, jak kto ubliży czci niewieściej? Nikt się nie będzie z wami na ubitej ziemi potykać! To nie Skalmierz! U nas się takowych wyszczekanych oszczerców pospolicie owałasza. Tedy strzeżcie się, jak wam własna kuśka miła! Bo u mnie topór naostrzony i jeno czeka okazji!
– Toporem? Kuśkę? – zdziwił się fałszywie Czarny – wilk. – Poniechajcie, kniaziu. Toć się wam na stare lata wzrok popsuł i jeszcze wraz z nogą oberżniecie!
Kostropatka pokraśniał. Blizny nabiegły mu krwią, lecz milczał. Twardokęsek nie dziwił się: sam nie kwapiłby się do starcia z Suchywilkiem, mężem potężnym, przy tym rozjuszonym krzywdą córuchny.
– Wszakoż rzecz dziwna – ciągnął jakby nigdy nic karzeł – że się do was każda cudowność garnie i przylepia. Skrzydłoń, jadziołek, wiedźma, po kolei. Jakby je co do was wiodło i wabiło. Co więcej, z samymi bogami gadacie śmiało, nadto śmiało jak na śmiertelniczkę. Z Zaraźnicą, Cion Cerenem, z Nur Nemrutem na koniec, choć z nim krótka była konwersacyja – skrzywił się boleśnie na wspomnienie wieży – za szybko żeście miecze wyciągnęli. Ostawmy jednak w pokoju Śniącego. Objaśnijcie mnie, moja pani czcigodna, bom człek prosty a wścibski. Czemu spośród wszystkich wam jednej podobna rzecz się przytrafia?
– Sposobność, trafunek, zły los – odparła Szarka. – Jak sobie chcecie. Tyle wiem, że we wszystkim Delajati zamieszana. Nie z mojej winy, karle.
Znów to imię, pomyślał gniewnie zbójca. Nawet wiedźma, kiedy o Delajati słyszy, blednie jak płótno ze strachu. Nie dziwota, przecie bogini Servenedyjek nie będzie od nich samych lepszą, ani mniej wojenną. Przekleństwo, jedno przekleństwo…
– Wierę – karzeł w skupieniu podciągał opadające pończochy. – Mnie raczej ciekawość bierze, dlaczego żywa wychodzicie z podobnych spotkań. Rzadko się trafi, aby jakie bóstwo objawiło się człekowi śmiertelnemu. Rzadziej jeszcze, aby chciało z nim rozmawiać. A wy, proszę! Gadacie, jako z równymi, wykłócacie się, swarzycie. Świątynię Śniącego obróciliście w perzynę, zawczasu wysłuchawszy proroctwa. Nawet się wam rozum nie pomieszał, jak zwykle bywa z tymi, co spoglądają w zwierciadła Nur Nemruta. Więc się dziwuję.