Выбрать главу

Zbójca, który dobrze ją poznał podczas przeprawy przez Góry Żmijowe, pojął, że musi się jej teraz cosik ważnego przypominać. Może zabłąkane w pomąconym umyśle strzępy przepowiedni albo boskie słowa, nie wiedział.

– Czy dlatego przyzywa je na Pomort i wprzęga w Wężymorda?

Suchywilk niespokojnie popatrzał ku przewodnikowi, który siedział w pewnym oddaleniu i obojętnie obłupywał z kory gałązkę skarlałej olszyny.

– Idźcie dalej, dobry człowieku – rozkazał Koźlarz, najwyraźniej podzielając obawę zwajeckiego kniazia. – Cierń się pannie w nogę wbił, trza go wydobyć i ranę zaraz opatrzeć, bo nie wiedzieć, jaka w tym bagnisku zaraza siedzi. Rychło was dopędzimy.

Wieśniak zabulgotał pod nosem z niezadowoleniem, ale nie śmiał się głośno przeciwić. Podniósł się i poczłapał naprzód, z donośnym plaśnięciem wyrywając łapcie z błota.

– Co Zird Zekrun czyni sorelkom? – spytał przyciszonym szeptem zwajecki kniaź. – Gadaj, wiedźmo, śmiało, nic się nie lękaj.

Jasnowłosa niewiastka przysunęła się nieco bliżej Twardokęska, jakby szukając u niego obrony, i spuściła głowę. Nie pamięta, pomyślał zbójca. Zapomniała, ścierwo przeklęte.

– Nie męczcie jej – poprosiła Szarka, kładąc rękę na ramieniu wiedźmy. – Sama wam powiem. Mówiłyśmy o sorelkach w czas spichrzańskiego karnawału. Zaraz po tym, jak bogowie radzili na Tragance, a Fea Flisyon ułożyła się do snu. Myślę – dodała w zadumie – że Zaraźnica zesłała na wiedźmę własną wiedzę. Nie rozumiem dlaczego.

– Byłam tam – dumnie oznajmiła wiedźma. – Ja i inne wiedźmy też były, choć mnie jedną bogini wezwała. Może dlatego żadna z tamtych nie doczekała świtu, prawda? – popatrzyła pytająco na Szarkę.

Mężczyźni obejrzeli się po sobie, zatrwożeni wiedźmimi nowinami. Istotnie, pomyślał zbójca, nam ta niedojda wieszczy i drogę wskazuje, choć sama nieledwie obłąkana. Jednak najpewniej nie my jedni postanowiliśmy posłuchać wiedźmiej przepowiedni. Może być, że i Węży – mord ma na dworze podobne straszydło, co mu bogów szpieguje i wieści znosi.

– Tego nie wiem – Szarka potrząsnęła głową. – Nie wiem też, czy Zird Zekrun naprawdę nienawidzi sorelek, czy też są jedynym sposobem, by wypełnić obietnicę. Dla mnie to obojętnie. Zgoła bardziej trwożą mnie tamte wiedźmy, które przysłuchiwały się radzie bogów na Tragance. O nich nic nie wiem – uprzedziła pytanie.

– Jaką obietnicę? – Żalnicki książę wpatrywał się w nią z napięciem.

– Że uczyni go równym bogom – z prostotą odparła Szarka. – Zird Zekrun przyobiecał Wężymordowi bogactwo, panowanie nad potężnymi krajami, zemstę na rodzie żalnickich kniaziów. I nieśmiertelność. Tę ostatnią próbuje mu podarować poprzez sorelki. Poprzez ich zagładę – przygryzła wargę – choć nie śmierć prawdziwą, bo istoty podobne sorelkom niełatwo umierają. Potrafią się za to przemieniać, przyjmować pozór śmiertelników i więcej jeszcze niż sam kształt i pozór. Każdej jesieni, kiedy Wężymord płynie na Pomort, Zird Zekrun coraz mocniej przemienia go i splata z wodnicami.

– Ohyda – wyszeptał zbielałymi wargami kapłan. W jego głosie nie brzmiała zwyczajowa wściekłość, tylko zduszony strach i obrzydzenie. – Ohyda.

– Słyszałem ich płacz w Cieśninach Wieprzy – potrząsnął głową Suchywilk. – Każdy żeglarz słyszał. Ale mi w głowie nie postało, że to za przyczyną Zird Zekruna. Najpierw żmijowie, a teraz sorelki… Nie sądziłem, że tak daleko sięgnęła zgnilizna. Że się Zird Zekrun na podobną obmierzłość poważy.

– Powinniście mi tę rzecz wcześniej wyjawić – powiedział Koźlarz.

A juści, pomyślał zgryźliwie zbójca. Będziesz miał teraz, parszywcze, nad czym nocką podumać. Bo widzi mi się, że niełatwa będzie przeprawa z Wężymordem. Szykuje się nam nie marna wojenka z uzurpatorem, ale walka z hybrydą może bogom równą, nieśmiertelną. Nie wiedzieć, czy cię przed nim ten wielgachny miecz obroni.

– Nie pytaliście, książę – powściągliwie odparła Szarka.

– Zapytam – rzekł Koźlarz. – Bądźcie spokojni, zapytam.

Oj, chciałbym się przypatrywać, pomyślał Twardokęsek, jak będzie książątko wypytywać Szarkę o tajemnice bogów. Widzi mi się, że wnet od spytek przyjdzie do połajanek, bo dziewka milkliwa i niepokorna. A na koniec może i do miecza, a nie wiedzieć, czyje ostrze przeważy. Albo, pomyślał z niepokojem, albo po połajankach godzić się zaczną, co nie byłaby rzecz niezwyczajna. Że też musiał się ten parszywy żalnicki gołodupiec napatoczyć…

– Kto tam wyrozumie, czemu Zird Zekrun nienawidzi sorelek – wzruszył ramionami Czarnywilk. – Jemu, prawdę mówiąc, żadne przyczyny niepotrzebne. Tyle wiemy, że wodnice zawsze kochały Sellę. A ona od dziecka na brzeg biegała i bardziej lgnęła do morskiego ludku niźli śmiertelników. Po owej rzezi dworca na długo słuch o niej zaginął, mianowicie dla tej przyczyny, że wodnice wezwały na ratunek Mel Mianeta. Nie wiedzieć, czym go ubłagały, dość że Morski Koń dziewuszkę oddał do klasztoru Rożenicy – Wieszczycy, hen daleko, aż w Sinoborzu. Na własnych ramionach ją poprzez Morze Wewnętrzne przeniósł – rzekł dobitnie. – On, bóg potężny, co całym Morzem Wewnętrznym trzęsie. A przecie nie ocalił…

– Nie pojmuję – podrapał się po głowie karzeł. – Niby mówicie, że bogowie prześladują ród Iskry, a tymczasem Mel Mianet dziewkę z opresji ratuje. To niby jak?

– Nie wszystkie krowy równo mleka dają – wtrącił sentencjonalnie zbójca. – Toć mógł ją Zird Zekrun tropić, a Mel Mianet ratować. Skąd człowiekowi wiedzieć, o co się nieśmiertelni swarzą? A że się swarzą, wiele jest dowodów. I mogą się na nowo powaśnić. Jeśli nie o dziedzictwo Iskry, to z powodu Żalników. Bo rzeknijcie mi łaskawie, czy z dobrej woli bogini oddała władztwo Zird Zekrunowi? Zgarnęła sprzęty, grzbiet kapotą nakryła i precz poszła? Jak żebraczka wciąż się po gościńcu bezdomna obraca? Objaśnijcież mnie, jaśnie książę – przymrużył wrednie oczy. – Wyście ponoć wtedy siedzieli w rdestnickiej świątyni. Coście zobaczyli?

– Niewiele – żalnicki wygnaniec wcale nie stropił się zbójecką natarczywością. – Lecz dość, by rozumieć, że o podobnych rzeczach nie przystoi głośno się wydzierać.

Szarka roześmiała się dźwięcznie.

– Zamilcz, pogańska dziwko! – wrzasnął kapłan. – Pierze tobie drzeć, a nie boskimi imionami gębę wycierać! Nie będziemy cierpieć…!

– Będziecie! – Ręka Koźlarza ciężko opadła na ramię Kostropatki. – Póki rozkażę, będziecie cierpieć, choćby i bluźnierstwo.

– Słusznie – uśmiechnął się krzywo Czarnywilk. – Bo na piasku nasze przymierze budowane, mości książę, jeśli zawczasu nie weźmiecie za pysk swojego kapłaństwa, i to króciutko. Myśmy z kniaziem cierpliwi, najwyżej który waszemu wyszczekanemu poplecznikowi żebra pogruchocze. Ale jakby tu kilka tuzinów woja stało, a byle kapłański pokurcz krucjatę począł głosić i wypominać narodowi pogaństwo, nie zwlekawszy ktoś niecierpliwy łeb by mu toporzyskiem ściął. Zanadtośmy się podobnych nawoływań osłuchali – dodał gorzko. – Nie będzie w Krainach Wewnętrznego Morza ni jednego boga, który by po Zwajeckie Wyspy nie sięgał.

– Tyle że o naszą doczesną dostatność im szło, kurewnikom! – huknął potężnie Suchywilk. – Bynajmniej nie o wieczyste bytowanie! Jeno o dobytek! O hawemie zwajeckie, co w nich najlepsze na świecie żelazo dobywamy. O świnie nasze i woły. O okręty, co od nich śmiglejszych próżno w świecie szukać. Nie darmo sam Wężymord na zwajeckim okręcie pływa. Na zrabowanym!

– A wyście niby nie grabili?! – rozdarł się piskliwie Kostropatka. – Kto na wiking po wszelakich brzegach chadzał? Kto cytadelę w Uścieży złupił i podpalił? Czy aby nie wy, Czarnywilku? A kto skalmierskie porty spustoszył i dożową córkę w niewolnicę obrócił? Nie wy, Suchywilku?