– Ano ja! – zwajecki kniaź wyszczerzył po wilczemu zęby. – I dlatego właśnie z nami, klecho, się zmawiacie i przeciwko Wężymordowi knujecie. Nie dla pociechy dusznej, ni ócz naszych modrych, ale właśnie dlatego, że nie masz w Krainach Wewnętrznego Morza lepszych nad Zwajców żeglarzy. A jak wam w tym jaki bogobojny skrupuł szkodzi, to zawczasu zawróćcie, ot, chociażby do klasztoru świątobliwej mateczki. Bo myśmy ludzia świecka i gruba, możem łacno waszą kapłańską delikatność urazić.
– Albo kapłańską delikatną osobę poturbować, jeśli gęby nie zawrze – dodał znacząco Czarnywilk.
– Skoro już wyłożyliśmy sobie urazy wzajemne, nie pomnę, który raz – odezwał się ironicznie Koźlarz – pokornie proszę i przedkładani, byśmy za naszym przewodnikiem nieco szybciej szli. Chłopina się zestrachał wrzaskami czcigodnych osób i tak wprzódek wyprysnął, że ledwo go między krzami widać. A niech nas tutaj zgubi, tedy całe nasze przyszłe przymierze pospołu z rachunkiem krzywd dawniejszych ugrzęźnie w trzęsawisku.
Pierwszy ryknął śmiechem zwajecki kniaź – wbrew sobie, lecz tak donośnie, że z karłowatej chrzęśli poderwało się stadko wychudzonego ptactwa.
– Zaś co do nawracania – ciągnął cierpko Koźlarz – to i kapłańskie nadzieje, i wasze obawy przedwczesne. Ja wam mogę, mości kniaziu, dzisiejszego dnia stosowne pergaminy podpisać i opieczętować należycie, poprzysiągłszy, że za mojego panowania ni jedna wyprawa nie pociągnie z Żarników na Wyspy Zwajeckie. Ale wy wiecie i ja wiem bardzo dobrze, jak to drzewiej z owymi krucjatami bywało. Zbierała się w dworzyszczu co znaczniejszego panka gromada narodu, dobrze od kapłanów podjudzona przeciwko poganom i lepiej jeszcze spragniona łupu…
– Panie! – zaprotestował Kostropatka.
– Dosyć! – głos Koźlarza ciął jak brzytwa, – Więc nikt się na kniazia nie oglądał, ani szlachta, ani zakon Bad Bidmone. Lecz ja podobnej rzeczy nie ścierpię. Nie będzie drobnych wojenek wbrew kniaziowskiej woli, nie będzie nawet szlacheckiego zbójowania po gościńcu. J tych wszystkich zbójrycerzy powywieszam jako psów! A będzie mi się który pan sprzeciwiał, takoż na gałę: skończy! Kapłanów nie wyłączywszy! – obrócił spojrzeń: na Kostropatkę i zbójca dech wstrzymał, bo mu się zdało, że książę na poczekaniu zetnie kapłanowi łeb.
Kostropatka aż się krok w tył cofnął przed książęcą furią. Koźli Płaszcz uśmiechnął się zimno, samymi kąciki mi ust.
Zbójca z namysłem przymrużył oczy. Coś mu się zdawało, że książę jeno markuje wściekłość. Wybuch Koźlarza w niczym nie przypominał rozjuszenia Suchywilka i jego połajanek, które wybuchały z nagła i mijały be śladu. Złość wygnańca była odmienna, chłodna i wystudiowana, jakby z dawien dawna czekał okazji, lecz tym bardziej zaskakująca, że zazwyczaj nie wtrącał się w podobne spory. Co więcej, wydało się nagle zbójcy, ż Koźlarz z rozmysłem usuwa się w cień, pozwalając Suchywilkowi dzierżyć wszelką komendę. Bo tak naprawdę pomyślał Twardokęsek, taki szmat czasu razem leziem; a człek ni odrobinę nie wie, czego się po tym żalnickim książątku spodziewać. Ani kędy bywał po tym, jak go ojcowizny wypędzono, ani w jakim winie gustuje, ani które dziewki mu w smak utrafią. Choć to ostatnie najprędzej przyjdzie zgadnąć, dodał, spoglądając spod przymrużonych powiek ku Szarce.
– Niebezpieczne słowa, mości książę – zauważył kg rzekł. – Niebezpieczne i zgoła bliskie bluźnierstwa, bo wiem nigdy w Krainach Wewnętrznego Morza nie bywało, aby kniaziowie kapłanów wieszali. Nie zamierzacie chyba powadzić się z boginią?
– Gdzieżbym śmiał? – Koźlarz spojrzał nań chłodno. Póki co jednak zakon Bad Bidmone pozostaje bez zwierzchności. A ja znam swoje kniaziowskie obowiązki i praw z racji urodzenia mi przynależne. Nie zapominajcie, żeń się chował w świątyni i że od samej żalnickiej pani pobierałem nauki. Za jej przyzwoleniem i błogosławieństwem żyw wyszedłem z rdestnickiej cytadeli w ową straszną noc najazdu. Z jej woli noszę na plecach Sorgo, miecz wykuty w ogniach Kii Krindara na wieczną pamiątkę łaski i opieki bogini nad książęcym rodem. I ona jedna może mi go odebrać.
– Nie sądzę – niedbale rzekła Szarka.
Książę odwrócił się ku niej – zielone i szare oczy zwarły się w sztychu, z jednaką gwałtownością. Jadziołek na ramieniu dziewczyny wysunął wprzód szyję i zasyczał nienawistnie. Grzebień krótkich, świeżo odrosłych piór podniósł się na jego głowie jak do polowania.
– Objaśnijcież mnie, pani – powiedział wreszcie Koźlarz ze zgoła dworską uprzejmością, która nie wiedzieć czemu zabrzmiała w uszach zbójcy niczym drwina. – Ja jestem człek prosty, na wygnaniu chowany między pospolitym narodem, gdzież mnie do waszej eksperiencji z bóstwami. Tym bardziej radbym wiedzieć, przed czym mnie w swej przenikliwości przestrzegacie.
– Nie jest rzecz niewieścia przed czymkolwiek was bronić czy przestrzegać i nie śmiałabym się podobnego afrontu dopuścić – Szarka skłoniła głowę, kryjąc drobny, niemal niedostrzegalny uśmieszek.
Tutaj żądło było ukryte głębiej, ale przecie Twardokęsek dobrze pamiętał, jak na Przełęczy Skalniaka rudowłosa córka Suchywilka zastąpiła księciu drogę do ukrytego w skale potwora.
– Nadto przeciwić się wam lękam, panie – ciągnęła dwornie, od czego Twardokęska aż kłuło nienawistnie w uszach – boście zanadto do wieszania skorzy. A może być, mowa moja nie znajdzie uznania w waszych uszach.
– Ani komu w głowie postała myśl, by wam w czymkolwiek uchybić, pani – książę ukłonił się nieznacznie, co, jak spostrzegł zbójca, nie było łatwe na omszałym pieńku – a już najmniej obwiesić. Toż wyście między nami niczym najcenniejszy klejnot – jako dziedziczka naszego umiłowanego druha, żalnickiego kniazia.
„Umiłowany druh" popatrzał na Koźlarza z niedowierzaniem: nie potrafił zdecydować, czy się z niego naigrawają, czy też przeciwnie, honor mu czynią.
– Dosyć – powiedziała miękko Szarka. – Myślę, że wiem, co się zdarzyło w rdestnickiej świątyni, książę.
– Kniaziu – poprawił ze złością Kostropatka. – Do pomazańca bogini trza mówić: kniaziu.
– Jak rozkażecie, kniaziu – rudowłosa znów skłoniła głowę.
– Nie rozkażę – skrzywił się Koźlarz – bośmy nie w kniaziowskiej cytadeli, jeno, jakeście to trafnie, mości zbójco, ujęli, po trzęsawisku wałęsamy się niczym żaby. Jednak przed wieczorem staniemy w obozie Jastrzębca. I tam dość czasu będzie – popatrzył na Szarkę – by się rozmówić o rdestnickiej cytadeli. A także o innych rzeczach – dodał. – Bośmy zanadto długo z nimi zwlekali.
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
Kolegium kapłańskie, jedenastu służebników Zird Zekruna, wysokich, kościstych starców o twarzach wykrzywionych potępieniem, stało przed stołem ofiarnym, w miejscu najświętszym, naznaczonym niegdyś przez samego boga i przesyconym jego obecnością. W wewnętrznej świątyni panował półmrok, pokrywając głębokim cieniem ich brunatne suknie. Ponieważ przybytek wykuto w litej skale, głęboko pod powierzchnią ziemi, z dala od słońca i korzeni drzew, moc pana Pomortu była tutaj potężniejsza niż gdziekolwiek.
Bose stopy Zarzyczki spoczywały na lodowatej kamiennej posadzce.
Kapłani recytowali inwokację. Natrętny rytm słów stopniowo łamał milczenie księżniczki.
Kiedy Wężymord oznajmił, że musi oczyścić się w najbliższej świątyni, z początku nie pojęła powodów – zanadto pochłonęły ją rozmyślania o Annyonne i Szalonej Ptaszniczce. Lecz teraz stała w głębi przybytku pomorckiego pana, z rozpuszczonymi włosami i w nie przepasanej pokutnej szacie, a przed oczyma miała obraz zwierzchnika uścieskiej świątyni w rozpadającej się wieży, kiedy jego głowa wyprysła w bok, z fontanną krwi bijącej z uciętej szyi. Jedno z możliwych pytań, pomyślała, czując, jak z jej kolana rozpełza się wciąż jeszcze przytłumiony, ćmiący ból. Będą też inne – o kapłanów, którzy pomarli, kiedy córka Suchywilka szalała pośród zwierciadeł, o nasze ocalenie z wieży Śniącego, a na koniec o Dolinę Thornveiin.