Выбрать главу

Minęli pokaźne ognisko, przy którym rozsiadło się z pół tuzina szlachty. Stary dziadek z bielmem na jednym oku przygrywał na szałamajach, smętnie zawodząc pieśń o wojennych przewagach Jastrzębca. Rebelianci zdawali się należycie ukontentowani występem, ale Twardokęskiem aż złość zatrzęsła na dźwięk znajomych słów: owszem znał śpiewkę, bo ją minstrele przywlekli aż na samą Przełęcz Zdechłej Krowy, i bardzo dobrze pomniał, jak się nią był zrazu zachwycił. Nie umiał oprzeć się nabożnemu zdumieniu, kiedy bard prawił o wyzwaniu rzuconemu samemu Zird Zekrunowi – oto była rzecz godna pieśni a sławy wśród ludzi, pomyślał wówczas herszt z Przełęczy Zdechłej Krowy. Tymczasem teraz, wędrując przez siedzibę sławetnego Jastrzębca, z każdym krokiem silniej ogarniało go niemiłe zawstydzenie, że jak młodzik dał się omamić połyskliwej gadce. Co tu dużo gadać, jakby trafiło się dopaść pieśniarza wydrwigrosza, który mu tak podstępnie nałgał o Jastrzębcowych przewagach, byłby niegdyś podarowane mu złoto kazał roztopić i w gardziel lać. Zły był strasznie, a ze złości gotów komuś pogruchotać gnaty przy najmniejszej zaczepce.

Takowa się jednak nie miała trafić, mimo ostrzeżeń napotkanego przy bramie jegomościa w zielonej koszuli. Nawet wówczas, kiedy wiedźma uśmiechnęła się głupawo do biwakującej wokół ognia gromadki – czy też raczej do pięknie przyrumienionego prosiaka, którego obracano nad ogniem – żaden z rebeliantów nie odpowiedział na zachętę. Zbójca domyślał się, że nie kwapiono się do zaczepki z pięcioma uzbrojonymi mężami, zwłaszcza że ich godności nie znano. Ale trochę był rozczarowany, bo chęć miał ogromną do bitki.

Nie odzywali się do siebie ani słowem, tylko z rzadka zwajecki kniaź mruczał pod nosem przyciszone przekleństwa. Dopiero kiedy przeszli ładny szmat środkiem rebe – lianckiego obozowiska i chaty przerzedziły się nieznacznie, zaś na pagórkach wyrosła zapora sosen, Szarka przystanęła i przechyliła głowę na ramię.

– Morze jest za tymi drzewami – powiedziała do nikogo w szczególności, gładząc przytroczony do grzbietu skrzydłonia kufer ze żmijową harfą. – Pójdę popatrzeć.

Suchywilk skrzywił się boleśnie, ale nic nie rzekł. Twardokęsek tylko wzruszył ramionami, kiedy znad ogniska podniosło się kilka głów i popatrzało pożądliwie na skrzydłonia i prowadzącą go niewiastę. Nie dziwota, że ją nad morze ciągnie, pomyślał z zawiścią, toć kto by bez przymusu chciał się w tym smrodzie a szpetocie kisić.

Powoli, brnąc po kostki w piasku, wspięli się na pierwszy pagórek, a potem na jeszcze jeden, aż w dolince przed nimi Twardokęsek dostrzegł niewielką chłopską chatę o dachu z pociemniałej ze starości słomy. Za płotem dostojnie przechadzało się stadko perliczek i pospolity włościański drób. Kiedy podeszli bliżej, uwiązany do drewutni siwy cap zabeczał wrogo i targnął się na postronku, nastawiając rogi, zaś stadko gołębi poderwało się i zatoczyło krąg nad obejściem.

Drzwi były uchylone, ale nikt nie wyszedł im naprzeciw, choć z chaty dobiegały odgłosy krzątaniny. Rebeliant uśmiechnął się wrednie, pokłonił nad progiem, omiatając kołpakiem pajęczyny, i dał znak kniaziowi, żeby przodem szedł. Suchywilk, który był zgoła podobnym ceremoniom niechętny, nie zwlekając wlazł do ciemnej sionki. Przycupnięta nad poprzeczną belką kwoka pierzchła z przeraźliwym gdakaniem, prawie dziobnąwszy Zwajcę w czoło. Zbójca przymrużył ślepia. Niewiele widział, bo okienko, a raczej niewielki prześwit ponad drzwiami, zasłaniała gruba ciemna błona. Jednak w nosie aż kręciło go od smrodu skwaśniałego piwa i gnoju. Domyślał się więc, że, jak czasami czyniono w Górach Żmijowych, domostwo pospołu zasiedlali wieśniacy i inwentarz, zaś majaczące w głębi drzwi muszą prowadzić do obórki. Czegóż w podobnej nędzy miałby szukać Jastrzębiec, pomyślał niechętnie.

Oczy powoli przywykały do półmroku. Dostrzegł pękaty kształt beczki z kiszonymi ogórcami i kilka dużych glinianych garnków składnie ustawionych pod ścianą, stertę chrustu przed piecem, który wzniesiono dokładnie pośrodku domostwa, jedną częścią w sionce, drugą zaś w izbie po lewej stronie, gdzie musieli sypiać gospodarze. Bez słowa pokazał Suchywilkowi niskie, nieco koślawe drzwiczki, zza których coraz wyraźniej znać było ochrypłe pochrząkiwania i sapnięcia. Kniaź zastukał sękatym paluchem w dźwierza raz i drugi, lecz bez skutku. Na koniec mruknął coś wrogo, bo najwyraźniej nie widziało mu się buszowanie po cudzym obejściu, ale co było czynić? Ostrożnie popchnął drzwiczki, zgiął się niemal wpół i przeszedł nad progiem. A potem zatrzymał się gwałtownie.

Izba była maleńka, ciemna i duszna. Jednak pod ścianą pyszniło się prawdziwe łoże z rzeźbionymi zagłówkami i wysoką stertą puchowych poduch. Na piernatach rozpierała się wielka, dorodna niewiasta w wysoko podkasanej spódnicy. Pomiędzy jej mięsistymi udami zajadle szamotał się człowieczek w opuszczonych do kolan spodniach i kubraku z pozłocistej materii. Jego blade pośladki połyskiwały drwiąco w półmroku, chudy, spleciony z resztek włosów warkocz podrygiwał na plecach. W jednej garści dzierżył okazałą, mleczną pierś niewiasty, drugą ręką chwycił za gałkę wieńczącą łóżko i rzucał się niczym wyciągnięta na brzeg ryba. Kobieta przyjmowała owe wysiłki obojętnie, wyskubując nad jego ramieniem ciernie i zielsko, wczepione w tył kubraka. Łóżko tymczasem jęczało w piskliwym sprzeciwie sosnowych desek, zaś przy każdym gwałtowniejszym pchnięciu z rozprutej poduszki pod głową niewiasty unosiły się drobne białe piórka.

Gospodyni dostrzegła ich, pociągnęła towarzysza za rękaw i coś szepnęła niepewnie. Twardokęsek dostrzegł, że z legowiska na piecu wyglądają ciekawie dwie główki o nierówno przyciętych włosach koloru przybrudzonej słomy. W popielniku bawiło się trzecie dziecko, drobny chłopaczek w umorusanej koszulinie.

– Czego?! – właściciel pozłocistego kubraka obejrzał się na nich ze złością: twarz miał poczerwieniałą z wysiłku i gęsto zroszoną potem. – Toć gadałem, żeby nikogo do mnie nie prowadzić! Gadałem, nie?

– Gadaliście – zgodził się z cieniem szyderstwa rebeliant, nie spuszczając jednocześnie oczu z szeroko rozrzuconych ud niewiasty. – Takoż kazałem im do rana zaczekać, ale oszczekali mnie jako psy i do komendy kazali prowadzić. Tedy co mnie było, prostemu człowiekowi, czynić? Jak mus, to mus, więc przyprowadziłem.

– Mus? Widzi mi się, że mus to wy dopiero poznacie, jak was batogami każę na placu oćwiczyć! Co wam się zdaje, że mnie nic innego w głowie, jeno każdego chudo – pachołka w bramie witać a pod kolana podejmować z wdzięczności, że raczył przybyć? Niedoczekanie! – przytrzymał kobietę, która nieznacznie próbowała obciągnąć spódnicę i nakryć się nieco przed wzrokiem obcych. – Ja was jeszcze cierpliwości nauczę, kurwie syny! Ja wam komendę pokażę!

– Wyście już dość nam pokazali, rzyć gołą na powitanie wystawiwszy! – huknął zwajecki kniaź, ale takim głosem, że tamten w jednej chwili zmienił się na twarzy. – A jak wam czasu na powitania szkoda, tedy i z pożegnaniem pewnie zwłoki nie będzie. Bo mnie się widzi, że my nie do książęcego obozowiska zawędrowali, jeno w zamtuz nieochędogi!