Pan Krzeszcz szedł za nim w milczeniu i bezwolnie. Przezorność kazała mu zataić prawdę o swej własnej, szlachetnej osobie; zresztą ucieczka poprzez Góry Żmijowe rozmyła się w jego umyśle w długi ciąg głodu, śmiertelnego znużenia i strachu. Jedynym, co na dobre utkwiło mu w pamięci, był głos nakazujący powrót do domu, do Krzeszczowego Jaru i starego dworca na południowym krańcu Lipnickiego Półwyspu. Na wspomnienie domostwa ogarniał go dziwny, błogi spokój. I czasami niemal wierzył, że te wszystkie lata po najeździe Pomorców nigdy się nie wydarzyły. Że nie musiał uciekać z ojcowizny, zaś wygnanie w Górach Żmijowych było jedynie złym, dusznym snem. Wydawało mu się, że wiele dni polował, że wyjechał po nowego knura do targowego miasta albo odwiedzał rdestnickich znajomków i w osobliwym majaku rozpoznawał odległe pokrzykiwania służby, która otwierała wrota na jego powitanie. A zaraz później rozglądał się po bokach i widział szerokie, wybrukowane ulice Spichrzy.
Jednak żadnym sposobem nie potrafił pan Krzeszcz dociec, jak zdołał tutaj równie szybko przybieżać. Był na skraju Żmijowych Gór, tyle wiedział dokładnie. Dzwoniły wieczorne dzwony w opactwie Jałmużnika. Rozjątrzone od razów plecy paliły żywym ogniem, z głodu mieszało mu się w głowie. Brama… pamiętał, że przeszedł przez bramę, ale nie pomniał, jak z niej wychodził.
To musiało być dawno temu, pomyślał, gdyż rozumiał wybornie, że Spichrze od klasztoru Cion Cerena dzieliło wiele, wiele dni. Plecy nie doskwierały, obtarte stopy zagoiły się bez śladu, zaś ostatnią chwilą, która majaczyła mu w pamięci, był wstający nad klasztorem świt. Miał przed oczyma czerwonawą łunę, w uszach wciąż rozbrzmiewały mu klasztorne dzwony. Później leżał w wysokiej, mokrej od rosy trawie. A dalej nie było już nic, zupełnie nic. Gorączka, pomyślał pan Krzeszcz. Musiała mnie jaka zdradliwa gorączka powalić, że mi się teraz we łbie miesza a mąci.
Jedno jeszcze pamiętał wyraźnie: połyskliwe, żółte oczy nad własną twarzą i szepczący głos. Który prowadził go poprzez ostępy i górskie ścieżki. Który podpowiadał, co ma czynić. Który domagał się posłuszeństwa – coraz natarczywiej. Jednakowoż i o tym nie powiadomił prostodusznego chłopa.
Na nocleg wieśniak przylgnął na błoniach pod Spichrza. Cóż, książęcy pokój i opieka strażników okazały się nader wątpliwe, bowiem pan Krzeszcz podjadł sobie najpierw należycie pieczonej koźliny, zapił okowitką z wieśniaczej manierki, a potem zarżnął swego dobrodzieja tym samym nożem, którym kroili pieczyste.
Czas był poniekąd po temu najwyższy, jako że strój pana Krzeszcza sterał się w wędrownych terminach tak dalece, iż ludzie poczynali mu się podejrzliwie przypatrywać. Chłop na szczęście był podobnego wzrostu, chociaż przychudawy, opończę miał jeszcze wcale świeżą, nieznacznie tylko u dołu połataną, co bardzo pana Krzeszcza uradowało. Poplamioną posoką koszulę sumiennie przeprał i wysuszył na słonku, zaś własne zmarnowane pantalony zamienił na skórzane chłopskie portki. Nie cieszyło go nadmiernie owo chamskie przybranie, ale cóż było czynić?
Przetrząsnął jeszcze resztę wieśniaczego dobytku, z radością odkrywając dwie gomółki sera, wianuszek świeżej cebuli, pieczony półgęsek oraz bochen ciemnego chleba. Na dnie tobołka, w brunatnej, poplamionej szmatce zabrzęczało coś miło. Ku swemu zadziwieniu pan Krzeszcz wysupłał zeń cztery srebrne książęce grosze i kilka miedziaków: chłopina musiał od ładnych paru miesięcy ciułać na spichrzańskie święto. Przeliczywszy skwapliwie ów majątek, pan Krzeszcz zwinął swój dwustronnie tkany, szlachecki pas, który był ostatnim wspomnieniem po rodowym majątku. Sterał się on nieco po niesławnej ucieczce z Krzeszczowego Jaru, ale wciąż był wart nie mniej niż porządny koń, tedy pan Krzeszcz ukrył go na dnie węzełka. Następnie chłopskim obyczajem zarzucił tobołek na ramię i, pokrzepiony zarówno na duchu, jak i ciele, ruszył ku Spichrzy.
Pokręcił się trochę po ulicach, ale zewsząd odpędzano go bez żadnego uważania. Święto, nie święto, karczmarze boczyli się na jego ubogie szatki i wnet krzyczeli o gotowiznę, zaś pan Krzeszcz wcale nie był chętny, aby wydawać zrabowane w trudzie wiejskie groszaki. Miał jeszcze cień nadziei, że przeważy szacunek dla siwizny i starannej mowy, która, jak przypuszczał, zdradzała jego zacny ród i szlachetne nawyki. Jednakże spichrzańscy mieszczanie okazali się nader oporni: zwyzywano go od dziadów proszalnych, nierobów i darmozjadów, zaś pewna krewka niewiasta postraszyła go książęcymi drabami.
Na koniec wywiedział się o wieczornym balu w książęcych ogrodach i w gromadce chłopstwa pociągnął pod bramę cytadeli, licząc, że jaśnie pan nie omieszka podzielić się swą radością z nieszczęśnikami i rozda jałmużnę. Sam nie wiedział, kiedy ze znużenia przysnął na słońcu, ale spało mu się nader smacznie. Pod wieczór obudził się wreszcie. Obok mieszczka z głową obwiązaną białą chustką wycierała nos umorusanemu dzieciakowi. Bachor wrzeszczał czemuś donośnie, dzierżąc w ręce kawałek kołacza z białego ciasta. Pan Krzeszcz przełknął ślinę, ale kobieta pospiesznie odwróciła głowę, udając, że nie widzi jego zachłannego spojrzenia.
Upał dogasał z wolna.
Na placyku pod bramą rozsiadły się jeszcze ze dwa tuziny biedaków. Pod trzema cherlawymi lipami drzemało kilku najwyraźniej spitych wyrostków. Dwie babiny w chłopskich zawitkach z cicha gwarzyły, trzecia czułym gestem przygarnęła szczelnie zakrytą kobiałkę. Proszalne dziady zastąpiły drogę mieszczańskiemu powozowi, ale pachołek odpędził ich biczyskiem, a drabowie szybko zatrzasnęli bramę. Ot, spokój.
– Patrzajcie, jak to się upaśli – pan Krzeszcz odprowadził powóz zawistnym spojrzeniem. – Ze szczętem się porządek świata wywraca. Kupczykowie karetami jeżdżą, podczas gdy uczciwy człek w skwar po gościńcu o suchym pysku wędruje.
– Ano, słusznie, ojciec, gadacie – szczerbaty wyrostek bez żadnego uszanowania klepnął go po ramieniu.
Pan Krzeszcz zdumiał się nieco owym nagłym spoufaleniem. Nie przypuszczał, żeby miewał cokolwiek wspólnego z matką młodzika, która, wnioskując z wyglądu syna, była niewiastą nader szpetną. Jednak niezrażony wyrostek nie zamierzał kończyć jakże owocnie rozpoczętej pogawędki.
– Wypaśli się, utuczyli na naszej krzywdzie jako wieprze u koryta – ciągnął. – Wiecie, jak to jest, ojciec. Siedzi człek dzionek cały popod miastem, wywary w kadziach obraca, aż i jemu samemu od smrodu i wyziewów palących we łbie się miesza. A grosiwa tylko tyle, że się może z wieczora w gospodzie spić i o życiu parszywym przepomnieć. Ale i tego nie wolno. Bo jeszcze rok nie przeszedł, jak jaśnie nam panujący książę Evorinth, ścierwo obrzydłe, nasz cech ze szczętem poniżył. Umyślił sobie, kurwi syn, żeby się pospólstwo z uczciwymi mieszczanami nie mieszało. A co niby, ja człek uczciwy nie jestem?! – zaperzył się.
Pan Krzeszcz bardzo politycznie zmilczał odpowiedź, choć zdawało mu się, że młodziakowi brakuje prawego ucha. Co świadczyło, że musiał się ów uczciwy człek w nader niemiłych okolicznościach spotkać z miejskim katem, bowiem w Krainach Wewnętrznego Morza powszechnie ucinano uszy za złodziejstwo i rozbój.
– Naznaczyli nas, prawie jak te ladacznice. – Odmotał z kapelusza siną szarfę, podtykając ją pod nos panu Krzeszczowi. – A niechby kto bez znaku do miasta lazł, zaraz go pachołkowie, psiejuchy, do wieży wloką!
Spici towarzysze chłopaka przysunęli się bliżej, a i reszta kompanii z braku lepszej rozrywki przysłuchiwała się przemowie farbiarza.
– Tyle z owych nowych porządków wynikło, że gdziekolwiek pójdziem, pędzą nas niby wściekłe psy. Do gospody nie wpuszczą, gorzałki nie podadzą. Nawet dziwki, co na Krzywej siedzą, bez dania racji precz nas gnają, choćby który szczerym srebrem płacił. I jeszcze się naigrawają, że farbiarze śmierdzidło, że niech który do izby wejdzie, to już szczurołapa nie trza, bo się wszelkie gadostwo samo wyniesie. Wykładacie sobie, ojciec? A chciałby się który we wnętrzu murów osiedlić, to pany rajcę raptem ustawy nowe wynajdują, że się farbierskie rzemiosło nie bliżej niźli na stajanie od Spichrzy ma osadzać. Ojciec też żaden panny farbierzowi nie da, choćby ślepa i kaprawa była, jeszcze psami poszczuje.