Выбрать главу

Przez chwilę Mroczkowi wydaje się, że niewiasta w błękitnej sukni zdoła się uratować. Ma włosy splecione w cieniutkie warkoczyki, upięte wysoko nad czołem srebrną bramką i rozrzucone na plecach, jak noszą się w Spichrzy zamożne mieszczańskie panny. Potyka się o własną spódnicę, przewraca między tlącymi kawałkami drewna. Szybciej dziewczyno, szybciej, myśli Mroczek, nim ci się zajmą te krasne szmatki. Jakby słysząc, dziewka podrywa się rozpaczliwie, wyciąga ręce ku najbliższym gapiom. Suknię ma rozerwaną aż po biodro, zakrwawioną, ale wciąż idzie naprzód. I wtedy właśnie, kiedy Mroczek zaczyna wierzyć, że jej się uda, z tłumu wysuwa się długi szafelin. Pierwszy cios dosięga ją w ramię. Dziewczyna przewraca się z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia na twarzy. Próbuje się czołgać, ale szafelin uderza raz za razem i spycha ją coraz dalej w płomienie.

Jak wtedy, kiedy chłopstwo dopadnie wilka w jamie, myśli Mroczek.

Coś gorzkiego podpływa mu do ust. Wspomnienie. Trwał czwarty rok suszy. Każdego ranka regenci na rozkaz małoletniego księcia Evorintha przyozdabiali dusienice świeżymi trupami zbiegłych chłopów. Poprzedniej nocy zdziczałe psy porwały dzieciaka z sąsiedniego domu. Zdziczałe psy albo jeszcze coś gorszego. Wyschnięta, popękana ziemia aż skwierczy od upału. Ludzie gadają o czarach. Że w Krowim Parowie krowie wymiona sikają czystą krwią, że nocami wiedźmy pod postacią nietoperzy wpadają do izb i wysysają z niemowląt życie. Za trzy dni ta część miasta doszczętnie spłonie i nikt nie pozna imienia podpalacza. Nikt prócz Mroczka, kupca bławatnego.

Na razie jednak dwóch drabów wyłamuje mu ramiona. W tymże Krowim Parowie, na placyku przed jego własną kamienicą. Zaparte drzwi, zabite deskami okna. Skowycząca kobieta w głębi domu – złe oko, uroczne oko, tak mu powiedzieli, a książęcy włodarz tylko pokiwał głową. Nie, nie była wiedźmą, choć miała rude włosy i na przekór wszystkiemu nie chciała ich zakrywać chustką. Dzieci też były rude, dwie sprytne dziewuszki, które zaczynały już rozpoznawać cyfry w księgach ojca. Wina matki idzie w córki, przypomina sobie Mroczek, tak właśnie gadali sąsiedzi. Niegodne. Nie, nie krzyczały, tylko przez jedną chwilę wydało mu się, że wysoko, w okienku wykusza, który kazał nagotować specjalnie dla nich, mignęły mu dwie dziecięce przerażone twarze. Potem modlił się, żeby ów pożegnalny obraz był złudzeniem, żeby dym ogarnął je spokojnie, we śnie.

A wszystko było takie proste, takie oczywiste – nie można prząść złota ze słomy. Bo starczyło, żeby tam usiadła, za wysoką dębową ladą, a wszystko, czego dotknęła, zamieniało się w złote monety. Z rudymi warkoczami upiętymi w wysoką koronę, z rzędem igieł połyskujących wzdłuż dekoltu jej zielonej sukni, z miarą w prawej ręce. Za ladą, co pamiętała czasy jej dziada, po którym odziedziczyła sklep. Bo Mroczek żenił się z nią właśnie z powodu tego sklepu. Nie była ładna. Raczej dorodna, o silnych ramionach, rozłożysta w biodrach. Stanął przy niej przed kapłanem Nur Nemruta – ot, chudy, postny kiełbik przy kupieckiej córce. Wstydził się. A później coś się stało, nie pamiętał jak, kiedy. Nie rozumiał, dlaczego. Może z powodu córeczek. A może dlatego, że wszystko, czego dotknęła, zmieniało się w złoto.

Skończyło się. Potem był rozjuszony, zazdrosny tłum. Kram spalony letniej nocy, kiedy w spokoju ducha grał z kamratami w kości w gospodzie. I szybki, bardzo szybki upadek pewnego kupca bławatnego.

Oczy łzawią od dymu.

Dlatego nie spostrzega, że na placyk przed świątynną bramą wkracza wreszcie czoło świątecznego pochodu. Właściwie jednak nie jest to już świątynny pochód, bo górą nie powiewa ani jedna chorągiew z wizerunkiem żmija.

Ciecierka nie odrywa wzroku od postaci na czele pochodu i mamrocze coś niewyraźnie.

Procesję prowadzi ktoś wysoki, rozrośnięty w barach. Na twarz ma nasunięty szpiczasty kaptur, lecz Mroczek zna ten oszczędny sposób chodzenia. Płynny, równy rytm kroków kogoś, kto wiele lat spędził na górskich ścieżkach. Znajome wciągnięcie głowy w ramiona.

Nie chce mu się wierzyć i wtedy nareszcie rozpoznaje słowa kapłana.

– Najpierw ona, potem on – mruczy Ciecierka. – Najpierw ona, potem on.

…w tej samej chwili w wieży Nur Nemruta Zarzyczka wyciąga rękę i dotyka zwierciadła…

* * *

– Nie – Książę Evorinth stoi oparty o framugę okna i patrzy na łunę bijącą od strony świątynnego traktu; jego głos jest bardzo spokojny. – Nikogo nie poślę.

Włodarz bez słowa wyłamuje palce. W mrocznej komnacie widzi jedynie plecy księcia przyodziane w zielony aksamitny kubrak. Zresztą i tak woli nie widzieć twarzy.

– Nikogo nie poślę – ciągnie książę. – Nie prędzej, aż mi się tu na brzuchach przyczołgają. Świątobliwy Krawęsek z jego kapłaństwem i wielmożny burmistrz pospołu. Póki ładnie nie poproszą. Z uszanowaniem, jak się godzi własnego pana o pomoc prosić. A czegoście się spodziewali? Po tym, jak przyleźli tu obaj niczym do obory? Po tym, jak mnie świątobliwy Krawęsek niby chłystka ołgać chciał i wiedźmę z ciemnicy wykradał? Po tym, jak mnie panowie rajcę obsztorcowali, że co tchu na szczuraków nie ruszam? Jak mi tu jeden z drugim cały ranek o ich – szych starodawnych prawach a przywilejach gardłowali? O immunitetach i wolnościach? Tedy ja ich wolność uszanuję, bez obawy…

– Spichrza płonie – ośmiela się przerwać włodarz. – Pospólstwo pobuntowane…

– Myślicie, że nie wiem? – ucina książę. – Ale nie moja sprawa, co mi onegdy bardzo dobitnie świątobliwy Krawęsek i wielmożni rajcę objaśnili. Nad miastem miejskie prawa, gadali, a od świątyni takoż wara. Wy myślicie, że ja nie wiem, jak kapłaństwo przeciwko mnie judzi? Myślicie, że nie słyszałem ich pogróżek, że niech jeno palec zakrzywię na przywileje, co im je moja pani matka ponadawała, to za przykładem ojca u wrót świątyni na łańcuchu skończę? Tedy bez zaproszenia nic nie uczynię.

– Ale to nie jest byle ruchawka – włodarz przestępuje z nogi na nogę. – To prawdziwy bunt. Rajcę ludzi zbierają, ale mało ich.

– Rychło się ocknęli – wzrusza ramionami książę. – Od ładnych paru miesięcy jasna była rzecz, że coś się tu kroi. I to niemałego. Tylko, że się jeden na drugiego oglądał, czyimi palcami kasztany z ognia wyciągać. Starczyło z początku kilka łbów ukręcić, a starucha, co o spisku ze Zwajcami gadał, do ciemnicy wrzucić. Co się tak dziwicie?

– w głosie księcia Evorinth pobrzmiewa ton rozbawienia.

– Myśleliście, że nie wiem? Otóż wiem bardzo dobrze.

– Bo się miejscy na waszych pachołków oglądali – przeciwstawia się niepewnie włodarz. – Zawdy spichrzańscy panowie pokoju w czas Żarów strzegli. Taka ich powinność.

– Akurat – prycha książę. – Ledwo wczoraj moi pachołkowie wiedźmę pojmali, a zlazło się tu pół Spichrzy z protestacyjami.

– Ludzi w mieście macie – z rosnącą desperacją mówi włodarz. – Co wam szkodzi…

– A nie bądźcie tacy pewni! – śmieje się książę. – Prawda, zostało się trocha drabów, bo też wszystkich bez dania racji w święto do koszar nie mogłem odesłać. Ale niewielu, bardzo niewielu. I długo buntowników odpierać nie będą, niech się panowie rajcę nie łudzą. A z koszar bez mojego rozkazu ni żywa noga nie wyjdzie.

– Jakże tak…? Jakże tak, panie?

– Tak to! Zanadto się tłuszcza rozzuchwaliła, o wiele za bardzo. Póki się miasta trzymali, poty oczu przymykać mogłem. Ale nie będą mi pod moim własnym dachem swawolić, o nie! Ty wiesz… – głos księcia załamuje się gwałtownie, lecz zaraz znów jest płaski i spokojny. – Ty wiesz, że oni ją tutaj zeszłej nocy ubili. W samej książęcej cytadeli. Pod moim dachem. No i dobrze. Malowany książę, tak o mnie gadają. Myślisz, że nie wiem? Że nie słyszałem? Że mi służba nie gada o tym, jak Krawęsek do matki chodzi i gniewem bogów straszy? A ona mi potem do nóg z płaczem pada. Opamiętaj się, syneczku, gada, pokorne ciele dwie matki ssie, przeczekaj, pohamuj się. Ale dziś pohamować się nie zamyślam. Dosyć!