Выбрать главу

Włodarz milczy, w zakłopotaniu wpatrując się w pozawieszane na ścianach tarcze. Zrazu człek odgadł, myśli, że z tego ubicia książęcej kochanicy nieszczęście będzie, a dotkliwe. No, teraz darmo deliberować ani u pana rozsądku stukać, bo się go nie najdzie. Żeby chociaż wziął się i kogo ubił, ale nie. Będzie tak stał i patrzał, jakoby mu się z żałości we łbie pomieszało.

– Ja wiem, co wy myślicie – mówi książę. – Znam was, ścierwa, znam bardzo dobrze. Ot, umorzył kto jedną durną nałożnicę, myślicie, krótka będzie żałość i pomstowanie. Ale niedoczekanie wasze. Wy mi jeszcze wszyscy zapłacicie… Zęby będziecie z bólu zaciskać i płacić! Płacić, póki nie powiem dosyć!

Niech gada, myśli włodarz, wszystko jedno co. Niech mnie nawet starego zetnie, mała będzie strata. Ale niech nie stoi tak w oknie i nie gapi się na ogień. Bo pali się coś więcej niż Spichrza. Znacznie więcej.

– Tyle, że jak oni z miastem skończą, to na cytadelę ruszą.

– Poczekam – spokojnie mówi książę. – Nie strachajcie się, kiedy pod bramami staną, godnie ich każę powitać. Ale nie prędzej. A przed świtem… przed świtem miasto będzie moje. Moje, bo mi się prawem urodzenia należy. Prawem, które mi odebrano. Albo będzie moje, albo nie będzie go wcale!

– Tam ludzie zostali – cicho mówi włodarz. – Wasi ludzie. A oprócz nich jeszcze i gości świątecznych niemała gromada. Żalnicka księżniczka.

– A co mi do niej?! – wybucha z wściekłością książę. – Co mi do tej żalnickiej kuternóżki? Czemu niby ona żyć ma? Czemu mam się nad nią litować, kiedy nad tą drugą, nad tą moją, nikt się nie ulitował?

…w tej samej chwili w wieży Nur Nemruta Zarzyczka wyciąga rękę i dotyka zwierciadła…

* * *

Kierz maszeruje. We łbie mu się trochę mąci od wina, ale maszeruje dzielnie: kazali iść, więc idzie, wszak po to się zaciągał. Idź, synku, do książęcych drabów, powiedziała matka, krzywdy ci nie będzie. To poszedł. Szybko przywykł do komendy, czemu by nie? W magazynie wydali mu nową przyodziewę w barwach księcia Evorintha i porządne, wysokie buty. Pierwsze w życiu Kierza, który dotychczas chadzał wyłącznie w chłopskich chodakach. Trzy razy w tygodniu karmiono go mięsem, a co niedzielę wydawano przydziałową okowitę w szklanej flaszce, po pańsku, więc Kierz chwalił sobie matczyną radę i niczego lepszego od życia nie oczekiwał.

Długa grzywka o barwie przybrudzonej słomy opada mu na oczy – a oczy Kierz ma niebieskie jak chabry i równie bezmyślne. Potyka się, ale kamraci podtrzymują go i szybko wyrównują szyk. Żaden nie wie, dokąd właściwie idą, ale sprawa jest poważna, bo dziesiętnik klnie straszliwie i spluwa co drugie słowo. Kierz nie martwi się: wie, że kiedy przyjdzie właściwa chwila, ktoś powie mu wyraźnie, co robić. Jednak coś jest nie tak. Resztki połamanych sprzętów na ulicy. Cisza. Osmalony mur. Jakiś dzieciak, który leży przed drzwiami domu z dziwnie wygiętą szyją.

Zza zakrętu ulicy dobiega przeraźliwy wrzask. Niewieści, a za nim inne krzyki, coraz głośniejsze. Obok Kierza wysoki szpakowaty żołnierz głośno przełyka ślinę.

– Napij się. – Ktoś podaje Kierzowi bukłaczek.

Śliwowica jest mocna, pali gardło, ale chłopak nie śmie odmówić. Przez chwilę dyszy ciężko i marzy o łyku wody, ale nie wierzy, że się jej doprosi. Bo kto oprócz niewydarzonego Kierza, koszarowej łamagi, myślałby o wodzie w czas spichrzańskiego karnawału?

Zatrzymują się w załomie muru. Wysokie mieszczańskie kamienice pochylają się nad nimi. W górze, na przerzuconych ponad ulicą sznurach łopoczą białe płachty prześcieradeł.

– Nu, chłopaki – mówi dziesiętnik – przystaniem. Lepiej nie będzie.

– Co tera, panie dziesiętnik? – pyta ktoś niecierpliwie. W oddali narasta wrzawa – coraz bliżej i coraz głośniej.

– A co ma być? – Stary wojak ze znużeniem ociera czoło: słońce niemal zaszło, ale upał nadal doskwiera, szczególniej, że każdy z drabów przywdział odświętny hełm i kolczugę. – A co ma być, psie syny! – powtarza ze złością. – Książę pan zakazał wszczynania zaczepek, tedy nie będziem wszczynać. Rozumiecie, ścierwa?! Rozkaz jest rozkaz!

– Pono wedle świątynnej bramy tłuszcza całą kompanię rozniosła – odzywa się ktoś z tyłu przenikliwym szeptem. – Tedy co, jak i na nas uderzą? Stać mamy?

Kierz mimowolnie sięga do pasa, lecz ręka opada luźno, zamiast zmacać rękojeść miecza. Bo też całą broń kazano im zostawić w koszarach, choć co starsi wojacy okrutnie sarkali na podobną niedorzeczność. Kierz też rozżalił się ogromnie, bo ze wszystkiego ten miecz i biała kita na paradnym hełmie podobają mu się najbardziej. Zresztą, nigdy jeszcze nie miał okazji go używać. Nie, żeby osobliwiej tęsknił do bijatyki, bo Kierz był młodzieńcem spokojnym i dobrze ułożonym, ale zawsze miło mieć go przy sobie.

– Ano stać! – Dziesiętnik spluwa zamaszyście. – Stać jako książęcym drabom przystoi! Jak na paradzie!

Więc Kierz stoi. Zadowolony, że nie każą dalej maszerować, bo zmęczył się okrutnie. Niewiele z tego wszystkiego rozumie – dziesiętnik nadal wrzeszczy, ale taka natura zwierzchności, że wrzeszczy. Kierz najchętniej spytałby, w czym rzecz. Czemu mają stać w skwarze. Czemu miecze w koszarach zostawione. Ale nie spyta. Jest w drabach czwarty miesiąc i dobrze rozumie, co wypada, a co nie. Duma więc posępnie nad nadchodzącą nocką: kamraci zapowiedzieli, że wybiorą się do ladacznic z Krzywej, co trwoży Kierza znacznie bardziej niż wszelkie książęce rozkazy. Nigdy nie miał śmiałości do dziwek, zwłaszcza takich jak na Krzywej, pachnących, wyszminkowanych jak jakie panie. W skrytości ducha wolałby raczej przylgnąć w koszarach i wyspać się należycie, ale nie honor.

– …takie syny! – pokrzykuje dalej dziesiętnik, ale w jego głosie nie ma wigoru. – Rozkaz złamać by się chciało! A ja nie dozwolę! Bo rozkaz jest rozkaz i basta!

– Jakby co… – zaczyna szpakowaty drab obok Kierza. – Jakby co…

Ale Kierz nigdy się nie dowiaduje, co. Zza załomu muru wypada kilku wyrostków w ciemnych opończach i kapeluszach przybranych szarfami ze znakiem szubienicy. Kierz nie ma pojęcia, co to wszystko oznacza, ale pręży się dumnie w swoim paradnym hełmie. Tamci zatrzymują się raptownie. To akurat jest, jak należy. Mieszczanie powinni czuć respekt przed książęcą strażą, myśli Kierz.

– Zewrzeć się – rzuca półgłosem dziesiętnik.

Teraz Kierz niemal dotyka bokiem kolczugi sąsiada. Słyszy wyraźnie jego oddech, czuje ostry zapach gorzałki. Ale tak jest jakoś… raźniej, choć nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego.

A tamci wciąż gapią się niepewnie, choć z każdą chwilą jest ich coraz więcej.

– Ostawcie nas w pokoju, dobrzy ludzie – mówi ugodowo dziesiętnik. – My zaczepek nie szukamy. Słońce lśni na dachach świątyni Nur Nemruta.

– Na nich! – Z tłumu wyskakuje krępy chłop w szpiczastym kapeluszu. – Wytłuc książęce wszy!

Drabi zbijają się w gęstszą gromadę, ale jest już właściwie zbyt późno. Zbyt późno na cokolwiek, bo tłum rusza na nich jak wielogłowe rozwścieczone zwierzę. Kamień uderza w nos szpakowatego kamrata Kierza. Chłopak odruchowo podnosi tarczę i dobrze robi, bo ku jego twarzy właśnie leci solidny kawał cegły. Zaraz później osłania się przed drewnianą pałką. Kątem oka widzi, jak po twarzy szpakowatego ścieka krew. Z prawej strony ktoś się przewraca, lecz inni zaraz wyrównują lukę. A tamci są coraz bliżej. W gardle Kierza narasta dziwne, suche łkanie. Boi się. I nie rozumie.