Выбрать главу

Nie sądziła, aby młody mniszek o gładkiej twarzy dziecka mógł odpowiedzieć na któreś z jej pytań. Lecz skrytobójcy, którzy niemal dostali ją w wigilię spichrzańskiego karnawału, byli prawdziwi i najpewniej nie najęto ich dla zabawy. Podobnie, jak nie mogła nazwać złudzeniem zwalonej wieży boga i tuzina pomorckich kapłanów, którzy cichutko i niezrozumiale pomarli tamtej nocy.

– Zostanę w klasztorze – ciągnęła. – Muszę odpocząć. Pomyśleć. W samotności.

– Kniaź… – zaczął znów kapłan.

– Kniaź będzie wiedział, gdzie jestem – odpowiedziała, świadoma, że tylko pogłębia jego strach: słudzy Zird Zekruna wciąż nie rozumieli istoty więzi łączących jaz Wężymordem.

Zresztą, pomyślała cierpko, czy sama je rozumiem?

Nie ośmielił się jej zatrzymać, co więcej, nie oponował nawet wówczas, kiedy odmówiła przyjęcia do świty któregokolwiek spośród ocalałych kapłanów. Orszak odprowadził ją do wejścia w dolinę i ani kroku dalej, jakby mogło spaść nań niewidzialne przekleństwo owego dziwnego miejsca. Udała, że nie dostrzega, jak słudzy Zird Zekruna potajemnie czynią znaki odpędzające zły urok. Zmilczała błogosławieństwo, którym obdarował ją na pożegnanie zestrachany mniszek, i kazała sługom ruszać, nie oglądając się ku garstce kapłanów w brunatnych szatach.

Nigdy nie rozumiała, dlaczego Wężymord pozwolił temu miejscu istnieć. Ostatnimi czasy w Żalnikach zamykano coraz więcej świątyń, nie wyłączając nawet przybytków Jałmużnika, którego wszędzie otaczano szacunkiem. Kniaź nie zawahał się wypędzić kapłanek Kei Kaella Od Wrzeciona, pani nieprzyjaznego Sinoborza, mimo że Prządka słynęła z popędliwości i niejeden namyśliłby się raz czy drugi przed podobnym afrontem. Nie więcej szacunku okazano sługom Sen Silvara Od Wichrów, choć dawne waśnie ze Skalmierzem powoli szły w zapomnienie, zaś dożowie jawnie sprzyjali potędze Wężymorda. Słowem, w Żalnikach nie cierpiano obcych bóstw, zarówno wrogich, jak przychylnych, i bez miłosierdzia prześladowano ich wyznawców. Lecz Dolina Thornveiin ocalała.

Kiedy dotarła do klasztoru, była noc, a przeorysza stała we wrotach – Święta Mateczka Z Doliny, jak ją nazywano. Mówiono, że po odejściu bogini jej moc utaiła się w kruchej opatce i z całego kraju przybywali pątnicy, by u klasztornej bramy prosić o wybawienie z choroby i nieszczęścia. Wielu z nich w istocie uzdrowiono, choć Zarzyczka nie wierzyła, by właśnie dla tej przyczyny Wężymord oszczędził mateczkę i jej opactwo.

– Czekaliśmy na ciebie, dziecko – uśmiechnęła się przeorysza.

– Skąd mogliście wiedzieć, że przyjadę? – zdziwiła się księżniczka.

– Nie mogliśmy – przeorysza znów się uśmiechnęła, w księżycowym świetle jej twarz była równie blada, jak lniane płótno welonu. – Czekamy na wszystkich. Choć niektórzy nigdy nie przyjeżdżają.

Koło się zamyka, pomyślała Zarzyczka. Klasztor, w którym Thornveiin spotkała kopiennickiego księcia. Gdzie wszystko się zaczęło.

Potem zaprowadzono ją do gościnnej komnaty. Okna wychodziły na wewnętrzny dziedziniec i wyraźnie słyszała granie świerszczy. Sprzęty były bardzo skromne: łóżko z wysokim szczytem malowanym w kwiaty jabłoni, dwie skrzynie, krzesło, a właściwie tron obity popękaną ze starości skórą, i wysoki pulpit do czytania pod oknem. I księgi na półkach i w szafach z przeszklonymi drzwiami, całe mnóstwo ksiąg o zetlałych grzbietach.

– Czy to ten pokój? – spytała Zarzyczka, kiedy młodziutka, wyraźnie speszona mniszeczka wkładała jej stroje do skrzyni.

– Tak, pani – dziewczyna pochyliła niżej głowę. – Jest tylko jedna gościnna komnata.

Rankiem obudziło ją ostre, letnie światło. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest, nie rozpoznała izby. Drzwi nie miały skobla, zaś za oknem, na wewnętrznym, czworokątnym dziedzińcu, w koronach drzew, głośno krzyczały ptaki. Drzew było jedenaście, wszystkie obrośnięte gęsto bluszczem i, jak jej się zdawało, każde innego rodzaju. Jedno zmarniało i uschło już jakiś czas temu: z pokrytego pnączem pnia wystawały pociemniałe, martwe konary. Dwa inne były najpewniej niezdrowe i doszczętnie ogołocone z liści, jakby przedwcześnie nadeszła pora jesieni. Ogrodnik powinien je wyciąć, nim choroba przeniknie do pozostałych, pomyślała zdawkowo, spoglądając ku niewielkiej sadzawce, która biła pośrodku dziedzińca.

Cały ranek chodziła po klasztorze. Bramy były otwarte, a w dolinie, jak okiem sięgnąć, rozpościerały się ogrody i słynne jabłoniowe sady; powiadano, że wiele z nich pamiętało jeszcze czasy Thornveiin. Wyżej, za murami pobudowano spichlerze, spiżarnie, młyn, stajnie i piekarnie, a nad wszystkim górowała zwieńczona czterema wieżami świątynia, serce opactwa. Na portalu głównych wrót przybytku wykuto postać Bad Bidmone, ongiś patronki opactwa – jej stopy opierały się na sierpie księżyca, zaś długi płaszcz okrywał gromadę pątników. W środku nie pozostawiono innych wizerunków bogini. Na świeżo bielonych ścianach majaczyły jeszcze dawne malowidła, wysoko pod sklepieniem, na kapitelach kolumn uśmiechali się kamienni święci, lecz surowość tego wnętrza w żadnym razie nie przypominała Zarzyczce przepychu rdestnickiej świątyni. W miejscu ołtarza pozostawiono pustą ścianę. Zobaczyła świeże kwiaty, lecz nie dociekała, kto je tam złożył.

Tego dnia opactwo wydało się Zarzyczce na skroś nierzeczywiste: Krainy Wewnętrznego Morza nieuchronnie skłaniały się ku wojnie, zaś tutaj, jak przed wiekami, odmierzano czas jednostajnym biciem dzwonów i hymnami tak starożytnymi, że nie rozumiała ich słów. Jakby świat zatrzymał się w jakimś nieuchwytnym momencie, nim spłonęła cytadela w Rdestniku, a kapłanów Bad Bidmone kamienowano na rynkach miast żalnickiego władztwa. Jakby słudzy Zird Zekruna i wojownicy Wężymorda nie mogli przekroczyć granic Doliny Thornveiin.

Po modłach mniszki rozeszły się do swoich zajęć. Zarzyczka nie przypuszczała, że jej unikają, lecz miała wrażenie, że jest wiele rzeczy, o których nie chcą mówić bez przyzwolenia przeoryszy. Nie wypytywała więc nikogo. Zjadła w kuchniach skromne śniadanie i poszła do rosarium, o którym napomknęła szafarka. Na skraju ogrodu znalazła kamienną ławkę, najwyraźniej bardzo starą, bo dwie nóżki rozpadły się, a mech i porosty wypełzały na oparcie. Spodobało jej się to miejsce. Po części z powodu cienia rzucanego przez karłowatą sosnę, bo lato było bardzo gorące, po części dla wysokiego białego kamienia, na którym mogła oprzeć nogi, kiedy ból w kolanie stał się zbyt dojmujący. Było bardzo cicho. Kwiaty pachniały duszno, jaskółki cięły niebo nad błękitnymi dachami klasztoru. Aż do wieczora siedziała na kamiennej ławce, przeglądając księgę o uzdrawiającej mocy kamieni szlachetnych, jedną z wielu, które znalazła w sypialni.

Domyślała się, do kogo należały te książki. Zresztą, nietrudno było zgadnąć: w Krainach Wewnętrznego Morza od dawna nie barwiono brzegów kart królewską purpurą i nie pisano złotym atramentem. Herb wytłoczony na grzbiecie woluminu był herbem żalnickich kniaziów.

– Siadywała na tej samej ławce – przeorysza podeszła bardzo cicho i oparła o rdzawy pień sosny. – Tak mówią. Przyjechała tu jeszcze jeden raz, przed samą śmiercią. Bardzo chora. Umarła w opactwie. Chciała być pochowana w krypcie naszego kościoła, ale książęta Spichrzy uparli się, żeby ją pogrzebać w tamtejszej cytadeli.

– W Żalnikach po najeździe Vadiioneda niszczono wszystko – księżniczka delikatnie zamknęła kruche karty. – Księgi, portrety, listy. Na koniec doszczętnie spalono jej pokoje w rdestnickiej cytadeli.