– Tak – zgodziła się przeorysza. – Dolina jest chyba ostatnim miejscem, gdzie cokolwiek zostało. Może zresztą już wtedy, przed śmiercią, domyślała się, że tak będzie. Zostawiła tu swoje księgi. Nie jesteśmy zakonem nauczającym, nie rozumiałyśmy, dlaczego. A później… później w Spichrzy przestano o niej mówić. Bali się gniewu Fei Flisyon, tyle rozumiem, lecz było coś jeszcze…
Zarzyczka przygryzła wargę, wspominając karnawał w spichrzańskiej cytadeli.
– Widziałam miniaturę – ciągnęła pani opactwa. – Thornveiin w żałobnym stroju. Szeptano potem, że po kryjomu wstąpiła do naszej wspólnoty, ale to nieprawda. Po prostu nosiła się bardzo skromnie, prawie po zakonnemu i zasłaniała włosy białą żałobną podwiką.
– Miała po kim ją nosić – gorzko powiedziała Zarzyczka. – Ojciec zamordowany przez męża. Bracia wbijani na pale przy pogranicznych wzgórzach. Otruty mąż. Syn, który spustoszył Żalniki i doprowadził na koniec do upadku Kopienników w Górach Żmijowych. Niemało, naprawdę niemało.
– Nie mnie o tym sądzić – nieoczekiwanie ostro odezwała się przeorysza. – Nie mnie sądzić, czy ludzie przeklęci przez bogów mają jakikolwiek wybór.
– W Spichrzy ktoś mi powiedział – odparła szeptem księżniczka – że każde przeznaczenie pozostawia wybór. Że nie można go zniszczyć, ale można je ominąć.
Mateczka zmarszczyła brwi. Oczy miała ciemne i głęboko wpadnięte w czaszkę.
– To brzmi jak bluźnierstwo, moje dziecko – odparła spokojnie. – Lecz pamięć o Thornveiin zatarto z powodów, które niewiele mają wspólnego z przeznaczeniem. Więcej z ludzką pychą.
– We wszystkich pieśniach śpiewają, że była dumna ponad ludzką miarę – przytaknęła księżniczka. – Rzuciła wyzwanie Fei Flisyon, zaś bogini ukarała ją wedle własnej miary.
– Była lekarką – mateczka uśmiechnęła się smutno – wiedziałaś o tym? Rozmawiała z wiedźmami, ze żmijami, mechszycami i wszelakim nieczłowieczym drobiazgiem, nawet z wodnicami z Cieśnin Wieprzy. I nieśmiertelni nadali jej imię w języku bogów, tak że nie pamiętamy nawet, jak zwano ją w mowie Krain Wewnętrznego Morza. Nie było choroby, której nie potrafiłaby uleczyć, aż na koniec wieść dotarła do Zaraźnicy, lecz nie z winy Thornveiin. Thornveiin nie obraziła Fei Flisyon. Nie było żadnego wyzwania ani gniewnych słów rzuconych na wiatr. Nic prócz tego, że bogini, która zsyła na śmiertelników chorobę i boleść, nienawidzi medyków, zaś Thornveiin była spośród nich najbieglejsza. Więc sprowadzono na nią gorętwę, której nie potrafią uleczyć żadne napary. Thornveiin pokochała kopiennickiego księcia i zapłaciła zesłaniem na najdalszą, północną wyspę Żalników. Jej pisma spalono na dziedzińcu cytadeli, całą wiedzę, zebraną z takim wysiłkiem, wrzucono w ogień. A kiedy wreszcie wróciła, w stolicy Kopienników spotkała własnego syna, który jej nie rozpoznał.
– Co próbujecie mi powiedzieć, matko? – Zarzyczka przygryzła drżące wargi.
– Powiadają teraz, że Thornveiin schroniła się w Spichrzy, ponieważ Vadiioned wymordował jej braci. Lecz jest również prawdą, że kiedy wjeżdżała na stok Jaskółczej Skały, była brzemienna, zaś ojcem dziecka był Vadiioned, jej syn. Tak właśnie dopełniła się klątwa Fei Flisyon. Poprzez kazirodztwo.
– Poślubiła władcę Spichrzy… – cicho powiedziała księżniczka.
– Który uznał jej syna – dopowiedziała przeorysza. – Pan miasta był stary. Jego trzy małżonki zmarły, nie donosiwszy płodu i obawiał się, że zejdzie bezpotomnie. A dziecko Thornveiin, choć zrodzone z incestu, nosiło w sobie krew najpotężniejszych panów Krain Wewnętrznego Morza. W tamtych czasach Spichrza nie była ani potężna, ani równie piękna jak dzisiaj, więc przyjął ją wraz z dzieckiem i poślubił. Oszalały z rozpaczy Vadiioned stał pod murami miasta, ale go nie zdobył, zaś Thornveiin nie chciała nawet wyjść na blanki, kiedy ją przyzywał. I tam właśnie jej syn przeklął Kii Krindara Od Ognia I Miecza, który pozwolił, by stała się podobna niegodziwość. Znieważony bóg odszedł z Gór Żmijowych, zaś Vadiioned ogłosił się nieśmiertelnym i przybrał boskie imię. Później zaś zginął i spichrzańscy panowie sięgnęli po dziedzictwo Kopienników w Górach Żmijowych. Nie uchodziło, by okrzyczano ich bękartami zrodzonymi z występnej unii matki z synem, ledwo więc Thornveiin zamknęła oczy, poczęto niszczyć jej pisma i wizerunki, a na koniec sfałszowano też pamięć o przekleństwie Fei Flisyon. Wszystko prócz tego, co zostawiła w opactwie. Chciałabym podarować ci jej księgi, księżniczko.
– Dlaczego? – spytała podejrzliwie. – Nie jestem medyczką, nie potrafię leczyć. Powinno się je raczej posłać na uniwersytet. Dość wszechnic po Krainach Wewnętrznego Morza.
– Nie sądzę – potrząsnęła głową mateczka. – Nigdy się nie zdarzyło, aby posłańcy z uniwersytetów czy zwyczajni lekarze zastukali w nasze wrota. Potrafię zrozumieć, że lękali się gniewu Fei Flisyon. Lecz po tym, jak bogini usnęła w grotach Traganki, nie sądzę, by klątwa miała cię dosięgnąć poprzez pisma Thornveiin.
– Ponieważ dosięgła mnie znacznie wcześniej – odparła głucho. – Czy to chcecie mi rzec, mateczko?
– Nie, dziecko – przeorysza delikatnie dotknęła jej ramienia.
– Odkąd pamiętam, opowiadano mi o przekleństwie Zird Zekruna, matko. Dorastałam w jego cieniu, świadoma, że kara została jedynie odroczona i pewnego dnia bóg Pomortu zażąda spłaty długu. Zaś w zwierciadłach Nur Nemruta zobaczyłam Szaloną Ptaszniczkę i jeśli istotą klątwy ma być szaleństwo, wolę zawczasu przeciąć sobie żyły.
– Dlaczego właśnie szaleństwo?
– Ponieważ Ptaszniczka spoglądała na mnie moją własną twarzą, matko, i znała moje wspomnienia! – urwała, bo wciąż nie potrafiła opanować strachu, gdy przed oczyma stawała jej chmara gołębi opadających na wezwanie Ptaszniczki. – Niewiasta, która zaprowadziła mnie do świątyni, powiedziała, że umysły bogów są inne niż nasze. Odmienne i potężniejsze, jednak mają dziwną skłonność. Do przywracania tego, co było. Naśladowania. Więc czasami dzieje się tak, że coś, co było już wcześniej, powtarza się znowu wedle starego wzorca i jeszcze raz, i bez końca. I… – głos Zarzyczki załamał się – to sięga dalej, niż potrafię zrozumieć.
– Szalona Ptaszniczka, Thornveiin – z wolna powtórzyła przeorysza. – Czy nie przyszło ci na myśl, że przywoływano przepowiednie, aby cię przerazić tak dalece, że na koniec sama zadbasz, aby się dopełniły? Widzisz, dziecko, Thornveiin nigdy nie przestała spisywać receptur i medykamentów, nawet wówczas, kiedy musiała rozumieć, że jej spadkobiercy będą próbowali je zniszczyć. I na koniec, kiedy była bardzo chora, powierzyła je naszemu klasztorowi… – urwała, marszcząc brwi. W jej twarzy pojawiło się coś bardzo dziwnego.
– Mateczko? – niespokojnie spytała księżniczka.
– Była chora – powtórzyła z wysiłkiem opatka. – Wycieńczona latami spędzonymi na wygnaniu, tak przywykłam myśleć. Nigdy się nad tym wcześniej nie zastanawiałam, księżniczko. Póki nie wspomniałaś imienia Szalonej Ptaszniczki. Nie spisujemy kronik, ale z tamtych czasów pozostał katalog zmarłych. Mamy obyczaj, księżniczko, wpisywać weń daty śmierci dobroczyńców opactwa, aby po kres czasów siostry modliły się w ów dzień o ich odpoczynek. Tak, teraz pamiętam wyraźnie – jeszcze bardziej zmarszczyła brwi. – Nie więcej niż jedna linijka pomiędzy imionami zmarłych sióstr. „Oto zmarła żalnicka księżniczka, dobrodziejka nasza miłościwa, srogo doświadczona boskim przekleństwem, która u kresu żywota wstąpiła na ścieżkę Ptaszniczki; oby po trudach spotkała zasłużony odpoczynek…”