Выбрать главу

Cytadele owe z dawien dawno kłuły Zwajców w oczy, lecz mimo wysiłków nie potrafili ich na dobre opanować. Owszem, zdarzało się zameczki ograbić do gołych ścian, samej Uścieży nie wyłączywszy, lecz kniaź pragnął raz na zawsze opanować cieśniny. Chcąc owej sztuki dopiąć, Suchywilk był gotów na nielichy hazard, włączywszy jazdę po wertepach Nawilskiego Ostępu. Zwajeckie miecze bowiem słynęły w Krainach Wewnętrznego Morza i za byle wiecheć w służbę ich nie najmowano. Rozumiał więc Suchywilk, że Koźlarz będzie musiał słono zwajecką pomoc opłacić. Najlepiej zaś twierdzami.

Na razie jednak nie naciskał na młodziaka i wzmianek żadnych nie czynił o warunkach przymierza. Przeczekiwał, rozumiejąc, że lepiej, aby się sam wygnaniec rozpatrzył nieco po żalnickim władztwie i zrozumiał trudność swego położenia. Nie, aby zamyślał odstąpić od układów. Jednakże rzecz szła nie tylko o nadmorskie cytadele. Prawda, że na północy kochano się w złocie i klejnotach, lecz bardziej jeszcze szło o sławę i kniaziowski honor. Suchywilk rozumiał, że nadarza się okazja, by zawrzeć jeden z owych sławetnych targów, o których wciąż śpiewano pieśni po Wyspach Zwajeckich. I okoliczność ową zamierzał do cna wykorzystać. Zresztą, inaczej właśni wojownicy przegnaliby go precz z dworca.

Bowiem na Wyspach Zwajeckich kniaziowanie nie było rzeczą łatwą ni tanią. Raz po raz należało urządzać wystawne uczty, że zaś z całej północy złazili się do Suchywilkowego dworzyszcza wojownicy, nie żałowano miodu ni świeżej dziczyzny. Kniaziowski obyczaj nakazywał każdego gościa obdarować, czy to roztruchanem, czy wierzchowcem znakomitym, co takoż nie przyczyniało dobytku. Osobliwiej, że jak się chłopy popiły, to raczono się nie szatami ze srebrzystej kitajki, ale całymi okrętami – a gdyby się pozwolił komu w hojności wyprzedzić, tedy kiep byłby, nie kniaź. Suchywilk cierpiał więc na ciągły brak gotowizny i po części dlatego chadzał na wiking: aby nowego dobra nałupić i choć na chwilę opędzić się od stada przeżerających jego majętność wojowników. Na korzyść tych ostatnich trzeba rzec, że dość było krzyknąć, by wyruszyli na kolejną wyprawę.

A tutaj nowe wydatki idą, myślał posępnie Suchywilk. Dziewkę trzeba będzie wywianować, a nim jeszcze do wiana i zamążpójścia przyjdzie, oporządzić, przyodziać należycie, orszak jej zwołać między co znaczniejszymi pannami i nową siedzibę przysposobić. Tutaj kniaź zasępił się nieco na wspomnienie starego dworzyszcza Selli. Po najeździe Pomorców nigdy nie odbudowano go należycie. Sella kazała pokryć wypaloną skorupę nowym dachem, na owędzonych ścianach rozwiesiła pozłociste opony, lecz nie dbała nadmiernie o rodowe gniazdo i nigdy nie zagrzała w nim dłużej miejsca. Pędziło ją na wodę i częściej ją ludzie oglądali na okrętach gdzieś pod Żebrami Morza niż na suchym lądzie.

Sam Suchywilk nie miał serca do owego posępnego domostwa i radby je kazał do gołej skały rozebrać, ale nie zdarzyło się. Zanadto pragnął pochwalić się swoją piękną, nowo poślubioną małżonką o włosach koloru ognia. Zabrał ją na okręt, jak stała, w skórzniach i baranim kożuchu, a Sella też nie oglądała się zanadto za siebie. Ot, ledwo drzwi zawarła na skobel. Ciekawym, czy wciąż domiszcze stoi, zastanawiał się Suchywilk, tyle lat przeszło. Sam niechętnie zaglądał na wyspę, choć nie z lęku przed gadkami, które się po północy podniosły po śmierci Selli. Gadano wówczas otwarcie, że nad dworzyszczem, wedle którego rodzice Selli przedwczesną śmiercią z tego świata zeszli, ciążyło boskie przekleństwo i ludzie niechętnie doń zachodzili.

Tym lepiej, uśmiechnął się nieznacznie Suchywilk, wspominając, jak tego samego dnia, kiedy Sella powiła maleńką Llostris, załadował na łódź skrzynię szczerego złota i zakopał skarb w piwnicach starego dworu. Był taki zwyczaj na Wyspach Zwajeckich, że po narodzinach pierworodnej córki każdy mąż, choćby najbiedniejszy, odkładał sakiewkę dukatów na wiano dla dziewuszki. Takoż i Suchywilk postąpił, ze szczodrością, która wielu w oczy zakłuła. Zaś później, gdy Pomorcy zamordowali Sellę i z wolna tracił nadzieję, że kiedykolwiek odnajdzie córkę, w żadnych terminach nie odważył się sięgnąć po jej dobro. Raz nawet w takową nędzę popadł, że pół drużyny musiał rozpuścić, lecz nawet wówczas nie odkopał skarbu. W jakiś dziwny sposób zdawało mu się, że póki skrzynia siedzi głęboko w kamienistym gruncie, poty nadziei.

Dworzec dopiero z wiosną przyjdzie postroić, pomyślał w rozmarzeniu, bo nie obrócimy się na Wyspy Zwajeckie przed jesiennymi szarugami. Zimę spokojnie u mnie przesiedzim, a najpewniej nikt we dźwierze nie zastuka, nim się kra na Cieśninach Wieprzy na dobre nie ruszy. Tymczasem babka dziewkę nieco ogładzi, wyszykuje. Bo na razie u panny obyczaje iście parafiańskie, ale i z tym się człek rozważny upora. Niech jeno tam siędzie, rozmarzył się Suchywilk, w dworze ojcowym, pod bierzmem poprzecznym w wielkiej sali, rzezanym w wizerunki skrzydlatych wężów nieba. W sukni z kitajki szafrannej i koszuli pod nią kobaltowej, z warkoczem rozpuszczonym, bo nie zda się kryć włosów, co są spuścizną po Iskrze i dziedzictwem krwi najszlachetniejszej na całej północy. Prawdziwa kniahinka, pomyślał z dumą. Jedna się taka w pokoleniu rodzi, nie tylko na Wyspach Zwajeckich, lecz w całych Krainach Wewnętrznego Morza.

I prawdę Czarny gada. Zdałoby sieją za mąż wydać co rychlej, nim na północy huczek pójdzie o wianie. Albo nim kto pannie w głowie zamąci, dodał, nieżyczliwie popatrując ku żalnickiemu księciu. Dla takiej dziewki mąż musi być silny. Taki, co jak wstanie, to się cień jego po całej północy kłaść będzie, a jak słowo rzeknie, to go aż na Szczeżupinach posłyszą. Nie byle łachmyta w płaszczu z koźlej skóry, co rad, jeśli mu noclegu w obórce między bydłem użyczą. Tutaj kniaź zadumał się głęboko nad wyborem zięcia, przepatrując w myślach co potężniejszych zwajeckich panów. O tym, żeby miał dziewkę siać gdzie w obce kraje, ani myślał. Nie zamierzał cudownie odnalezionej córki z oczu spuszczać, nadto cniło mu się do wnucząt. Rozmarzył się na wyobrażenie gromadki jasnowłosych dzieci, biegających z krzykiem po wielkiej sali dworzyszcza. Ech, myślał, niechby po żywocie gorzkim i pełnym trudów, choć starość przyszła spokojna.

Zamyślony, nie spostrzegł zrazu, jak wjechali na przestronną polanę na szczycie pagórka. Po mroku leśnej gęstwy słońce niemal boleśnie ugodziło go w źrenice. Zatrzymał konia, potężnego ogiera, który melancholijnie dźwigał kniaziowski ciężar, zamrugał oczami. I aż sapnął ze zdumienia, bowiem rozpościerał się przed nim widok, którego – przy całym swym światowym obyciu i doświadczeniu – Suchywilk w żadnym razie nie spodziewał się dostrzec pośrodku Nawilskiego Ostępu.

Wsparta na ciężkich palach świątynia Bad Bidmone wyglądała dokładnie tak samo, jak pradawny rdestnicki przybytek, spalony ongiś, dawno temu, przez frejbiterów Wężymorda. A skoro na dobre wyłonili się spoza drzew, od świątyni rozległo się bicie dzwonów i radosne pokrzykiwania. Suchywilk raz jeszcze zamrugał, niepewny, czy przypadkiem jakowy bóg nie mami go wrednym sposobem. Stał tak, niepewny, patrząc, jak idzie ku nim mrowie ludzi przybranych w stroje dawno nie oglądane w Krainach Wewnętrznego Morza. W długie, jasne szaty, lamowane u dołu zielonymi wstęgami. Odświętne stroje kapłanów Bad Bidmone Od Jabłoni.