Upadek wieży Nur Nemruta Od Zwierciadeł zapamiętał Mroczek nader niewyraźnie. Zrazu cały oniemiał, kiedy Ciecierka przewrócił się i począł wyć przeraźliwie w boleści, której Mroczek ani pojmował, ani nie chciał pojąć. Niegdysiejszy kupiec bławatny zmartwiał najpierw z przestrachu, a potem co sił w nogach popędził w dół krętymi uliczkami. Spichrze znał bardzo dobrze z czasów, kiedy handlował suknem w Krowim Parowie, więc bez większego trudu przytaił się w starym spichlerzu pod murem miejskim.
Godzin parę przeleżał cichutko, dygocząc na wspomnienie zdychającego Ciecierki. Deski maskujące otwór w tylnej ścianie spichlerza przystawił starannie, ale i tak bal się, by nie odkryto jego kryjówki. Szczególniej, że z ulicy dobiegał go wielki tumult i wrzaski. Najpierw słyszał zbuntowane pospólstwo i zląkł się porządnie, by jaki głupi chłystek nie podłożył podeń ognia. Ze dwa razy otwarto drzwi – Mroczek skulił się wówczas jeszcze bardziej w ciemnym kąciku – lecz spichlerz dawno wyczyszczono z ziarna i po prawdzie nie pozostało żadne dobro do zrabowania. Potem w gwar na zewnątrz wdarły się wrzaski Servenedyjek i bardziej swojskie pokrzykiwania książęcych pachołków. Domyślił się więc, że zaczęto bunt tłumić, co napełniło go nową trwogą. Po podobnej rzezi, myślał sobie Mroczek, rajcowie nie spoczną, póki nie zemszczą się należycie. Przyjdzie mi tu dzień i drugi o suchym pysku przesiedzieć, nim bezpiecznie człek na boży świat wychynie.
Był jednak nazbyt znużony, by kłopotać się nieoczekiwanym uwięzieniem. Kiedy tylko rejwach ścichł odrobinę, Mroczek usnął jako kamień na twardym klepisku. Śnił mu się Ciecierka, jak wchodzi w groty pod Sowimi Górami, by popchnąć zwierzołaków przeciwko ludziom z dolin, i dwie szczurołaczki znów pochylały się nad Mroczkiem, uśmiechnięte szeroko, aż im błyskały drobne, ostre ząbki. A potem w Wiedźmiej Wieży słuchał opowieści Twardokęska i na darmo wymykał się kapłanom Zird Zekruna. Wzdrygał się we śnie jak pies i pojękiwał cichutko od owej trwogi, która na dobre naznaczyła jego spokojne zbójeckie bytowanie.
Ani posłyszał, jak książęcy pachołkowie weszli do spichlerza. Nim krzyknął, nim się ocknął, wywleczono go spod derki na środek klepiska.
Wiedział, że zbrojni nie zakłują go na miejscu, tylko poturbują i wraz z innymi zaprowadzą na miejsce kaźni pod murem miejskim. Mieszkał w Spichrzy wystarczająco długo, by znać miejscowe zwyczaje i pamiętał posępne rzędy dusienic, raz po raz przyozdabiane przez regentów ścierwem zbiegłych kmiotków. Nie sądził jednak, by za zdradę, zbrojny bunt i knowania przeciwko zwierzchności miano wywieszać ich niczym pospolitych opryszków czy chłopskich przypisańców. Tutaj inna kara będzie naznaczona, pomyślał Mroczek, niegdyś kupiec bławatny i spichrzański poddany, aby po wsze czasy pozostał przykład i ostrzeżenie, co spotka buntowników porywających się przeciw książęcej potędze. Pale.
Dziwna rzecz, ale było mu to zupełnie obojętnym. Pachołkowie wykręcili mu ręce do tyłu i boleśnie związali konopnym powrósłem, skopawszy uprzednio po żebrach. Mroczek poczuł, jak otwiera się rana od Twardokęskowe – go sztyletu, ale nawet ból był przytłumiony, odległy. Powleczono go wraz z kilkoma innymi splądrowaną ulicą. Nie opierał się, zresztą nie było po co. Wiedział, że żaden z dawniejszych sąsiadów w Krowim Parowie nie rozpozna go w poturbowanym obdartusie i nie wstawi się do księcia pana o litość. Co gorsza, znąjomkowie kupca bławatnego musieli się domyślać, że nie przypadkiem Krowi Parów spłonął akuratnie po tym, jak wrzucono w ogień jego niewiastę i dwie córki. Zamiast ratować, pomyślał z przekąsem, jeszcze pokrzykiwaliby do kata, żeby równo na pal nawlekał.
Nie, nie żałował. Nie żałował ani jednej chwili od owej nocy, kiedy w zapartym oknie wykusza mignęły mu twarze córek. Szedł z opuszczoną głową, nogami powłóczył, lecz spod opadającej na twarz czupryny bystro spoglądał po popalonych, ogołoconych z dobra kamienicach. To była Spichrza, jaką zawsze pragnął zobaczyć – upokorzona i sponiewierana. Po prawdzie, nic innego, jak ta zapiekła nienawiść, utrzymała go w kompanii na Przełęczy Zdechłej Krowy. Nie gadali o tym wiele z Twardokęskiem, lecz w zbójeckim herszcie Mroczek wyczuwał podobną zażartość. Potężny, milkliwy Twardokęsek piastował swoją własną urazę do spichrzańskiego księcia i swoje własne marzenie o kopiennickim władztwie w Górach Żmijowych. Zaś Mroczek, z dziada pradziada potomek narodu, który przed wiekiem odmówił pomocy mordowanym przez szczuraków przodkom Twardokęska, bez wahania wprzągł się w służbę zbójeckiej ambicji. Nie, aby kiedykolwiek wierzył, że odbudują na nowo potęgę Kopienników. Mogli jednak potężnie prześladować poddanych księcia. I czynili to z równą zaciekłością, choć z różnych przyczyn.
Niebawem jednak dopatrzył się, że nie prowadzą go ku bramie miejskiej i dalej, ku miejscu kaźni. Przeciwnie, wspinali się ku cytadeli. Począł niespokojnie strzelać oczami, lecz zyskał tylko tyle, że go pachołek smagnął korbaczem. Dopiero pod murem katowni Mroczek poczuł, jak obojętność z wolna ustępuje miejsca przerażeniu. Spichrzańscy kaci dobrze znali swoje rzemiosło i jeśli rozpoznano w nim zbójeckiego kamrata z Przełęczy Zdechłej Krowy, przejdą długie, bolesne dnie, nim pozwolą mu skonać.
Szarpnął się na powrozie, którym powiązano więźniów w jeden szereg, lecz pachołek tylko zarechotał:
– Co, teraz strach, jak czujesz katowskie kleszcze, kozojebco? Wczoraj trza się było bać, nimeście ludzi mordować zaczęli!
Jednakże bynajmniej nie oprawca czekał na Mroczka pośrodku mrocznej katowni w podziemiach wieży cytadeli. Książę Evorinth stał tuż pod pochodnią, zatkniętą na ścianie w żelaznym pierścieniu. Głowię miał odkrytą, jasnożółtą koszulę – tę samą, którą nosił podczas spichrzańskiego karnawału, lecz Mroczek nie mógł o tym wiedzieć – pomiętą i rozerwaną pod szyją. Obok niego sztywno wyprostowany i bardzo młody mimo brunatnej kapicy mnich skinął potwierdzająco głową.
– To ten człowiek – oznajmił młodzieńczym, piskliwym głosem, który miał zapewne brzmieć dostojnie, lecz tylko łamał się niezręcznie. – W imieniu mojego pana Zird Zekruna żądam tego człowieka.
– Nad nim inne jeszcze terminy wiszą – odezwał się od dźwierzy włodarz. – Liczne a ciężkie. Bo człek ów od lat jest spod prawa wyjętym. Nie za wczorajszy bunt, lecz za zbójowanie w szajce z Przełęczy Zdechłej Krowy. To Twardokęska kamrat, jaśnie panie – pokłonił się księciu, starannie omijając wzrokiem kapłana. – Może nam co ciekawego o herszcie rzeknie. I my go długi czas w Spichrzy wyglądali. Bo na nim jeszcze jedno podejrzenie ciąży. O podpalenie Krowiego Parowu. Książę Evorinth obrócił się ku Mroczkowi.
– Znam go – oznajmił z cicha, ale takim głosem, że Mroczka ciarki przeszły. – Dwie noce temu gwarzył w Wiedźmiej Wieży z Twardokęskiem i nie wiedzieć, jakim sposobem wymknął się pachołkom. Radbym go wypytać, a dobrze. Także o przekupstwo na osobach moich strażników. Bez czyjejś pomocy nie znalazłby przystępu do lochów.
– To być nie może – na twarz młodziutkiego mniszka wystąpiły ceglaste wypieki.
– Niby czemu, frater? – władyka nie krył się zanadto z pogardą. – Niby kto wzbroni włodarzowi na własnej ziemi poddanych sądzić? Ty? Więcej jeszcze rzeknę: kto wzbroni księciu jaśnie panu i ciebie na męki wziąć? Parę tuzinów pomorckich kapłanów bez życia wczorajszej nocy legło. Jak myślisz, frater, nie pomieści się w takiej kupie ścierwa jeszcze jeden trup? Wedle mnie dość jest powodów, żeby cię książę pan nasz miłościwy przede zmierzchem kazał obwiesić. Choćby za pomordowanie spichrzańskich poddanych, na których truchle znaleziono skalne robaki, co jest rzecz boskim prawem zakazana.