Выбрать главу

– Już ty, Bogoria, na oprawców nie wyrzekaj – człeczyna w barwie żalnickiego kniazia butnie poprawił purpurowy kołpak. – Lepiej by ci u pani matki w komorze nie było.

W rzeczy samej, na stole poniewierały się resztki sutej wieczerzy, a i opróżnionych dzbanów po piwie dostrzegał zbójca niemało. Musiał przyznać, że nie wyglądało to wcale na posiłek więźnia. Albo też prostemu zbójcy nie trafiają się równie hojni strażnicy, dodał w myślach szyderczo.

– Ze swej strony do próśb się pięknie dołączam – podjął człek w urzędowych barwach. – Pieska pogoda nastała, tedy wnoszę, że niebłaha potrzeba was z domów wypędziła. Chodźcie, chodźcie, opończe mokre zrzucajcie, nim was jakie choróbsko dopadnie. Byle nie za blisko ognia – upomniał wiedźmę. – Skóra od gorącości popęka, bośmy dobrze kazali w kominie napalić dla wygody świątobliwych osób.

Zbójca podążył za ruchem jego ręki i dostrzegł wysoko na piecu posłanie sprytnie przysposobione ze skór. Przy kominie stała para wysokich butów i kilkoro drobniejszych trzewików oraz kostur Jałmużnika przystojnie oparty o ścianę. Rychło się więc Twardokęsek domyślił, kto znalazł schronienie na piecowym legowisku. Widać jaki sługa Cion Cerena wędruje z młodziakami, zgadł.

Znał bowiem zbójca dobrze obyczaj, który nakazywał kapłanom Cion Cerena zbierać po gościńcu wszelakie dzieci bezdomne i w klasztorach przygarniać. Co więcej, przy każdym zakonnym domu zostawiano we ścianie specjalną niszą i kołatkę przy niej, żeby matki mogły tam bezpiecznie niechciane noworodki zostawiać i bez kary odchodzić. Kapłani bardzo skrupulatnie chowali owe dzieci we klasztorach i skrycie zbójca uważał, że zakon Jałmużnika czyni wszystkim przysługę swą dbałością o podrzutków. Zresztą, spośród wszystkich sług bogów jedynie żebraczych braciszków Twardokęsek na swój sposób cenił.

Zadumał się nad miską z soczewicą i wędzonym mięsiwem, jednym tylko uchem łowiąc opowieść karła o cudownym uzdrowieniu wiedźmy. Gadka zresztą zdawała się iść wcale składnie. Niewiasty przysiadły skromnie na skraju ławy, zaś człek w czerwonym kołpaku, który przedstawił się jako miejscowy władyka i książęcy pod – starości, przerywał z rzadka pobożnymi okrzykami zachwytu nad mocą świątobliwej mateczki. Pachołków najwyraźniej nie dopuszczano do kompanii, co bardzo zbójcę uradowało, bowiem władyka nie wyglądał mu na szczególnie bystrego, a wśród służby mógł się trafić jaki wścibski mądrala.

Karczmarz tymczasem podał dwa kufle z ciemnym żalnickim piwem, które zbójca znajdował nazbyt mocnym i kwaśnawym, i dwa mniejsze kubki dla niewiast. Szarce powierzono zaszczytną posługę pojenia więźnia. Twardokęsek zląkł się nieco, by jakim niepolitycznym gestem dziewczyna nie dała po sobie poznać, że nie zna obyczajów miejscowej szlachty, jednak usłuchała bez jednego słowa sprzeciwu. Jadła w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w poczerniały ze starości blat, drobne kąski przedsiękrając, jak przystoi niewieście. Zbójca znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że dokładnie przysłuchuje się rozmowie, choć jej twarz przybrała wyraz obojętności i pokory.

Kiedy opowieść Szydła dobiegła końca, władyka zabawił ich wspominkami o służbie na żalnickich gościńcach. Nie był dobrym mówcą, zdaniem zbójcy zanadto zależało mu na uznaniu słuchaczy, nie wyłączywszy więźnia. Z nim z kolei, historia zdawała się całkiem ciekawa. Pojmany nie dość, że śmiało wtrącał się do konwersacji, czyniąc podstarościemu nader cierpkie przytyki, to jeszcze tytułował go krewniakiem i wyraźnie byli mocno spoufaleni. Słowo po słowie wywnioskował Twardokęsek, że przyszło mu dzielić gospodę z miejscową zbójecką znakomitością. Bogoria, tym bowiem mianem oznajmił się potężny więzień, bez nijakiego zażenowania przyznawał się do łupiestwa na książęcym gościńcu. Nadto, musiał się cieszyć po okolicy znacznym rozgłosem, bo karczmarz zwracał się doń z wielkim uszanowaniem i najwyraźniej znał go nie od dzisiaj. Wszystko to mocno połechtało zbójecką ciekawość, szczególnie, że niewiele, czy też nic zgoła, słyszał o swoim sławetnym zbójeckim konfratrze.

– To jak was niby pojmali? – spytał na koniec.

– Ano – rzekł z zakłopotaniem Bogoria – na odpust, durny, poszedłem dać. Gadają ludziska: kogo bogowie kochają, tego w ogniu smażą, tedym się postanowił o własną skórę zawczasu zatroszczyć. Bo po prawdzie – zarechotał – nazbierało się grzeszków więcej niźli karbów na grzbiecie. Wyskrobałem tedy nielichy mieszek klejnotów i pociągnąłem mniszków o wstawiennictwo i naznaczenie pokuty prosić.

– Do klasztoru mateczki w dolinie? – popisał się znajomością miejscowego obyczaju Twardokęsek.

– E, gdzie tam! – żachnął się Bogoria. – Widzicie, waszmościowie, ja bym dla naszej mateczki świątobliwej łapę w żywy ogień wraził. Niechby jedno słowo rzekła, a wraziłbym niezawodnie! – dumnie potoczył wzrokiem po biesiadnikach. – W takiej my ją powadze trzymamy. Ale mateczka jest nad obyczaj miłościwa i ludzka. Ona w klasztorze liszki z kapusty zbierać każe i na pola za murami wypuszczać, bo i one, powiada, stworzenia boże. A jam jest człek gruby, na gościńcu chowany. Gdzie mnie, nędznemu, do naszej mateczki iść i o zmiłowanie prosić? Toż się nie godzi…

– Szczególnie – prychnął podstarości, zgoła nie wzruszywszy się pokorą Bogorii – że starczy, by mateczka komu w ślepia zajrzała, a zrazu grabieżcę i kurewnika rozpozna. Ona bez jednego słowa rozumie, ile człek wart i jakie grzechy nad nim ciążą. Takem pewien, że rychło by wam, Bogoria, wypatrzyła ze złodziejskiej gęby żmijową harfę z samiuśkiego jej klasztoru zrabowaną.

Bogoria łypnął niechętnie ku niskiemu człowieczkowi w krasnym kołpaku, ale nawet nie próbował się targać w więzach. Zresztą postronki były dobrze zadzierzgnięte. Pachołkowie takoż niby w kości grali w przeciwnym krańcu izby, lecz przecie nie przestawali czujnie popatrywać ku wysokiemu stołowi.

– Przyznajcie się, Bogoria! – zarechotał władyka. – Nie sromajcież się, ócz nie spuszczajcie, boście przecie nie dziewica, a my na wasze skromność nie nastajemy. Głośna jest rzecz w Wilczych Jarach i niezadługo do samego kniazia dojdzie. Samiście zresztą nazbyt wiele o tej harfie po gospodach gardłowali, tedy się nie wyprzecie.

– Nie zapieram się – burknął więzień. – Prawda jest, żem żmijową harfę skradł, bom jest człek ułomny i do grzechu prędki. Ale nie dla zysku kradłem, nie dla chciwości mizernej. Jedna się taka harfa w Krainach Wewnętrznego Morza ostała po tym, jak Wężymord żmijów wedle źródła Ilv pomordował…

Tutaj Bogoria chciał ciągnąć opowieść, ale władyka ciężko odstawił garniec, aż się piwo po blacie rozlało, i na odlew trzasnął więźnia w pysk. Potem otarł pianę z wąsów i bez żadnej złości ugryzł kawał podwędzanej kiełbasy.

– Wy uważajcie, Bogoria – ostrzegł beznamiętnie – a od kniaziowskiego imienia precz. Ja z wami próbuję po ludzku, jak z człekiem godnym a szlacheckiego stanu. Ale jeśli bluźnić będziecie i kalumnie na zwierzchność powtarzać, to niby świnię każę związać i w gnoju w komórce z inwentarzem zawrę. Pojmujecie? Rozkazów słuchać muszę, tedy mi pracy nie utrudniajcie.

– Sami wy dobrze wiecie, kędy prawda leży – Bogoria oblizał popękane od ciosu wargi.

– Srogo moją cierpliwość próbujecie – potrząsnął głową władyka. – Przyznaję po sprawiedliwości, jam wam wiele winien, Bogoria. Jeszcze z dawnych czasów. Boście mnie mogli jako kapłona świątecznego wypatroszyć, a przecie wolnym puściliście. I nie dla profitu, bom wtedy chudopachołek był. Ot, słoma w butach, wańtuch na grzbiecie przetarty i miecz przy boku, tyłem miał dobytku. A przecie żywego precz odesłaliście.