Выбрать главу

– Boście tymi nogami w butach słomą wyściełanych – prychnął pogardliwie więzień – tak długo przed kuzyneczką Rutą drobili, pókiście jej do ołtarza nie zawlekli. No, kuzynka zawdy na rozumie słabowała, tedym się za bardzo nie dziwował, że poszła za gołodupca i zwykłego przybłędę. Wasze szczęście – zarechotał grubo – żem wtedy pod samą Skwarne poszedł, bobym zwyczajnie usiekł, nim krewniaczka do reszty ogłupieje. No, ale potem, jakeśmy w powinowactwo weszli – wzruszył ramionami. – Co rodzina, to rodzina. Nijak było krewniakowi szyję ściąć.

– Naprawdę? – wiedźma spojrzała na władykę szeroko rozwartymi oczyma. – On wam życie ocalił, a wy go teraz do starościej wieży wiedziecie? W postronkach? Na kaźń?

– Bo skurwysyn, jak to często z przybłędami bywa – zwięźle wyjaśnił Bogoria. – Skurwysyn, sprzedawczyk i pomorcki pachołek, ot i tyła!

– Znalazł się patryota i człek prawy! – warknął przez zaciśnięte zęby władyka. – Możem ja i pomorcki pachołek, alem żmijowej harfy z klasztoru nie wykradał! Lu – dzim na gościńcu dla rozboju nie mordował! Ani mniszek nie niewolił! A ty się, Bogoria, wnet będziesz przed bogami ze świętokradztwa wywodził i opowiadał.

– No, no! – Twardokęsek wykrzywił się z uznaniem. – Pokaźny rejestrzyk.

– Tom i mieszek klejnotów pokaźny nagotował – bezwstydnie przyznał Bogoria. – Mateczki świątobliwej nie ośmieliłem się swą plugawą osobą fatygować, ale się należało wreszcie zatroszczyć o odpoczynek wieczny. Rozpytałem się po okolicy starannie i zdało mi się, że trza do klasztoru Jałmużnika pociągnąć. Braciszkowie tam żebraczy siedzą, ale cosik się bardzo na żebraninie upaśli. Dobrzem im się zawczasu przyjrzał: oblicza mają rumiane, kałduny tłuste, a kapice z bardzo zacnej materii, co ją aż z Książęcych Wiergów sprowadzają. No, pomyślałem, gdzie jak gdzie, ale tutaj się mój ciężko zagrabiony grosz nie zmarnuje. Jenom się po nich równie lisiej chytrości nie spodziewał! – syknął z rozdrażnieniem. – Ani tego, że pieniądz wezmą, a potem mnie starościm siepaczom wydadzą, zdradzieckie ścierwa! Ot, do czego mię pobożność przywiodła!

– A juści! – władyka z rozbawienia uderzył się po kolanach. – Patrzajcie go, niebożątko ukrzywdzone! Mnisi kryli cię, Bogoria, własne życie na szwank wystawiając. Poty, pókiś im mniszek niewolić nie począł.

– E tam, zaraz niewolić! – sprzeciwił się z urazą Bogoria. – Trza było widzieć, jak się bestyjce oczy do mnie spod welonu świeciły. Nijakiej niewoli nie było, krzyków ni gwałtów żadnych. Trochę mnie podrapała i pisła może ze dwa razy, ale przecie to uczciwa niewiasta, nie jaka gamratka, tedy mus jej piszczeć, choćby i wbrew własnej chęci. A mnisi z czystej zawiści rejwach podnieśli, jakby się w komorze krzywda komu działa. Pewnikiem z zawiści, bo urodziwa gadzinka! – mlasnął językiem z ukontentowaniem i dał znak Szarce, by mu przysunęła do ust garniec z piwem.

– Urodziwa czy nie – naigrawał się podstarości – zbiegło się do jej wrzasków pół klasztoru. I co się na koniec stało? Ano, sławetny Bogoria, od mnichów pojmany, przeczekał całą noc na przybycie straży w klasztornym chlewiku. I widzi mi się, że będzie w Wilczych Jarach wielce smakowita opowieść. O tym, jak Bogorię, zbójcę sławetnego w caluśkich Żalnikach, zwyczajne klechy przydybały. Jako rzeźnego knura!

– Bo mnie jeden wielki, spasiony mnich od tyłu zaszedł i warząchwią znienacka zdzielił – wyjaśnił zażenowany nieco więzień. – Z taką krzepą trzasnął, że mi się łeb jako gliniany garnek o mało nie rozpękł. Gdyby nie zamroczenie owo, inną mieliby pachołkowie ze mną sprawę.

– Gwałt na mniszce nie starościej, ale biskupiej władzy podlega – zauważył bystro karzeł.

– Toteż nie za gwałt na mniszce będą go kaźnić – władyka podrapał się po brodzie. – Jeszcze to spośród jego przewin najmniejsza, choć i zań gardło dałby niezawodnie. Ale tutaj nie w zwyczajnym rozboju sprawa, nie w świętokradztwie nawet, ale w polityce. Bo tenże Bogoria, ciołek nieszczęsny, wdał się za młodu w rokosz przeciwko kniaziowi. I dlatego będą go przed starościńską wieżą kołem łamać, kleszczami szarpać i członki mu odejmować. Za to, że się przyłączył do Jastrzębcowej rebelii.

– Naprawdę? – wiedźma w zdumieniu złożyła ręce. – Naprawdę?

– Nie słuchaj go, panna – poradził dobrotliwie władyka. – Zaraz pocznie wpierać, jaki z niego bohater i patryota. A to jest jedno wielkie bezwstydne łgarstwo, nie więcej!

– Osobliwa rzecz – karzeł w zadumie żuł kiełbasę. – Wy, mości władyko, chodzicie w książęcej barwie, a wasz powinowaty z Jastrzębcem bijał kniaziowskich. On was w ręku niegdyś miał, a przecie żywego wypuścił. Wy zasię, jako starościński sługa, do lochu go prowadzicie. Ot, osobliwość.

– Zwyczajna rzecz w naszej okolicy – spokojnie objaśnił podstarości. – Ludek tutaj zadziorny, mało zgodliwy, tedy się nieustannie coś tli po lasach. Ninie ludziska krzywią się na Wężymorda, a przedsię zaczajali się na Smardzowych. Zresztą, bo to się trzeba z kniaziowymi wadzić? Był czas, że krajowej władzy nie stało, tośmy się między sobą za łby brali, aż pierze leciało. A dzisiejszego dnia lepiej niby? Co i raz ktoś pod świątynią usieczon. A burd ile, a zajazdów! – zacietrzewiał się coraz bardziej.

– Oj, napatrzę się na starościej służbie na zgliszcza, płaczu wdów nasłucham. Nadto ziemie tutaj słabe, jałowe. Nierzadko ludzie głodem przymierają, a jeszcze ich te Jastrzębcowe patryoty ze wszelkiego dobra obdzierają.

– Wyście niby lepsi? – odezwał się szyderczo Bogoria.

– Po tym, jak przez okolicę przejdą poborcy podatkowi, nawet wróblikowie się resztkami nie pożywią.

– Łżecie! – prychnął władyka. – Prawda taka, że się ludzie z wolna poznają na Jastrzębcowym złodziejstwie i niecnocie. Niby on wojuje z kniaziem, ale czemuś się go najbardziej baby po wioskach obawiają, zwłaszcza co młodsze i kraśniejsze. Cała Jastrzębcowa rebelia to jeno łupiestwo, sprośność i gardłowanie butne nad gorzałką. Gdyby kniaź nie miał twardej ręki, strach byłby w Wilczych Jarach po jarmarkach chodzić.

– A tak ani jarmarków nie masz, ani strachu – zadrwił Bogoria.

– Jarmarków nie ma? – zdziwił się karzeł. – Cóż to za nowy obyczaj?

– Bo widzicie – z nieskrywanym frasunkiem zaczął podstarości – źle się ostatnimi czasy dzieje w okolicy. Nie dziwota, że się ludziska boją – pociągnął łyk piwa. – Moja niewiasta takoż zestrachana, o końcu świata bredzi. Po zmroku do studni po wodę nie pójdzie, chłopaki muszą nosić, bo tej się w krzakach zwiduje Annyonne. Et, plugastwo! – skrzywił się niechętnie. – Ze strachu głupiejem. Ale wszystko poczęło iść ku gorszemu, jak się przywlókł ten dziadyga i zaczął po jarmarkach głosić swoje przeklęte przepowiednie i buntować ludzi.

– Jakiś kapłan z niedobitków od Bad Bidmone? – karzeł niedbale kreślił na stole znaki maczanym w piwie palcem.

– Takowych w naszych stronach nie znajdziecie! – z mocą i bardzo prawomyślnie oznajmił władyka.

– No, no – potaknął bezwstydnie więzień. – Tylko od czasu Wężymordowego najazdu strasznie przybyło po przysiółkach dziadów proszalnych. Ręce mają gładkie, wieśniaczym zajęciem nie zhańbione. Fasolę takoż od bobu ledwie odróżniają. Przy młócce pożytku z nich żadnego, chyba żeby którego miasto cepa w ręce wieśniak chwycił i o klepisko walił. I nie wojacy, bo miecza żaden nie nosi, choć gęby mają okrutnie poranione, ponoć w dawnych przygodach. Siedzą pokątnie u wieśniaków na przytulisku i łaskawym chlebie, baśnie o niegdysiejszych czasach prawią, obyczaje dziwne między gminem krzewią – łypnął prześmiewcze ku władyce. – Po polach łażą, pieśni starożytne zawodzą i poświęcanymi olejami chrabąszcze precz pędzą, choć nie wiedzieć, gdzie owe oleje święcone! A nie będzie w Wilczych Jarach nijakiej stodoły ni obejścia postrojonego bez błogosławieństwa owych dziadów. Ale prawdę, szwagrze, gadacie, nijakich nie domęczonych kapłanów Bad Bidmone u nas nie znajdziesz!