– Mogą się jeszcze na starościńską służbę nająć jako wy, szwagrze – splunął Bogoria. – Lecz przypadkiem prawdę żeście rzekli – dodał, poważniejąc. – Marniejemy i cały kraj marnieje. Póki się nie przeważy na którą stronę, czy Wężymordową, czy rebeliantów, poty nic ku lepszemu nie pójdzie.
– A harfa? – pierwszy raz odezwała się Szarka. Znowu to robi, pomyślał z niesmakiem zbójca. Wtrąca się, gadzina. Z czego niezawodnie nieszczęście się zdarzy.
– Harfę na starościński dwór wiezieni – wyjaśnił podstarości. – Żal, bo jej miejsce nie między pomorckimi kapłanami – rzekł smętnie. – Żal, panienko, aż się serce z bólu kurczy.
– Pokażecie mi? – poprosiła miękko.
Władyka zawahał się. Znać było, że go korci, bo był z natury gadatliwy i skłonny do przechwałek, ale też bał się okrutnie. Na koniec pod spojrzeniem zielonych oczu Szarki począł chrząkać i głową niepewnie kręcić.
– Przestańcież, szwagrze, portkami trząść – zadrwił Bogoria. – Macie pachołków tuzin, czego się strachacie? Że wam dwie niewiasty harfę zrabują, zbrojnych w czambuł pobiwszy? Albo może, że was kto przed starostą za niedbalstwo osławi? Przecie żywa dusza jeszcze nie wie, jaka się wam zdobycz między tobołkami trafiła. Jakbyście nie byli, szwagrze, człek lichy i zajęczego serca, to byście pobożnie harfę wrócili mateczce. Lecz mnie się widzi, że i wasza pobożność, i odwaga wasza za jedno łgarstwo stoją.
– Pokażę! – zdecydował dobrze już pijany władyka. – Czemu by nie? Właśnie żeby ci kłam zadać, Bogoria, pokażę!
Wydobył spod ławy kufer, a zeń tobołek, czy też tobół raczej, bo rzecz była pokaźna, owinięta troskliwie w kraciaste koce i obwiązana rzemieniem. Zbójca zsunął na bok kubki i kufle, po większej części dawno obsuszone do ostatniej kropli, usłużnie przetarł blat rękawem. Wiedźma wstrzymała oddech, pochylając się nisko nad stołem, kiedy podstarości z namaszczeniem odwijał koce.
Harfa połyskiwała delikatnym, miodowym blaskiem w świetle trzymanej przez karła świeczki.
– Żmijowe drzewo. – I nim ktokolwiek zdołał ją powstrzymać, rudowłosa dotknęła delikatnie instrumentu.
W jej twarzy pojawiło się coś bardzo dziwnego. Nie wiedzieć czemu, zbójca przypomniał sobie Kanał Sandały, gdzie Szarka mówiła z szaloną boginką. I jej śpiew.
Chyba nie zamyśla tego zrobić, pomyślał z przestrachem. Nie zamyśla…
Szarka bez wysiłku podniosła harfę, podeszła do przygasającego paleniska, usiadła na trójnogim zydelku. Dotknęła strun, zrazu niemal niezauważalnie. Melodia była z początku tak cicha, że zbójca raczej ją przeczuł, niźli usłyszał. Nie był pewien. Nie widział też twarzy Szarki – pochyliła głowę i złotorude włosy zasłoniły ją całkowicie. Nie wiedział, czy tylko zwiduje mu się nowy majak, czy też harfa naprawdę budzi się do życia pod dotykiem jej palców. Bał się drgnąć, głębiej odetchnąć, by nie zniweczyć tego cudu, który się stawał na jego oczach.
Palce dziewczyny przebiegały teraz po strunach pewnym, wyuczonym gestem. Zwieńczenie harfy, drobna, wygięta do tyłu głowa skrzydlatego węża zdawała się drgać lekko i falować w rytm melodii – a może to tylko łzy przesłoniły zbójcy wzrok. Jednak miał wrażenie, że pysk żmija rozwiera się do krzyku. Krzyku triumfu.
Który nie nastąpił. Pieśń Szarki – kiedy jej głos dołączył wreszcie do śpiewu harfy – była pełna smutku. Zbójca znów przypomniał sobie Kanał Sandalyi i słowa obłąkanej boginki: „Bo nie jest prawdą, że płaci się raz. Płaci się raz i drugi, a potem na nowo i bez końca". Nie proszone nadpływały też inne obrazy. Desperacka walka na Przełęczy Skalniaka. Noc, podczas której Ciecierka próbował podłożyć ogień pod ich chatę, zaś Cion Ceren kładł ręce na ranach Szarki – by ją zabić, nie uzdrowić, jak powiedziała wiedźma. I dalej. Wędrówka przez Góry Żmijowe. Wrzask wiedźmy nad Trwogą, kiedy dawni kamraci Twardokęska opadli furgon, i płonąca gospoda Goworki. Nocna jazda na grzbiecie zwierzołaka i wiedźma rozciągnięta na szrobie w katowskiej wieży. A na koniec pożar Spichrzy. Zwalona świątynia Nur Nemruta i Szarka spleciona w uścisku z żalnickim księciem na parapecie północnej wieży cytadeli.
„Płaci się raz i drugi, a potem na nowo i bez końca", powtórzył w myślach i przez chwilę, bardzo krótką chwilę, rozumiał ją lepiej niż kiedykolwiek.
Potem pieśń urwała się gwałtownie, w pół słowa, w pół dźwięku. Szarka siedziała nieruchomo, z opuszczonymi ramionami.
W drzwiach gospody stał żalnicki książę. Musiał wejść nie zauważony i cicho przystanąć w progu, by nie przerwać pieśni. Dziwna rzecz, bo dopiero patrząc na niego, Twardokęsek poczuł pieczenie własnych powiek i podstępną wilgoć na policzkach.
Koźlarz patrzył jedynie na rudowłosą dziewczynę przy palenisku i żmijową harfę u jej stóp. Patrzył w taki sposób, że zbójca odwrócił spojrzenie.
Na skraju Wilczych Jarów, w niewielkiej osadzie opasanej trzęsawiskiem niski, opuchnięty na twarzy starzec w szacie Jałmużnika podniósł rękę i gromada wieśniaków zamarła w nabożnym skupieniu. Niewiasta w steranej opończy przypadła do jego stóp ze zdławionym szlochem. Włościanie z trudem rozpoznawali w niej panią jednego z okolicznych folwarków, lecz wieść o spaleniu jej dworca rozniosła się szeroką falą po okolicy. Na twarzy kobiety nie było jednak znać rozpaczy ni trwogi. Przeciwnie, wpatrywała się w starca jasnym, rozmodlonym wzrokiem, jakby utrata całego dobytku i wymordowanie rodziny przestało dla niej cokolwiek znaczyć.
Chłopi słyszeli już o prześladowaniach rozpętanych w Wilczych Jarach z powodu dziwnego kapłana Cion Cerena, wiedzieli też, że na jego głowę naznaczono wysoką nagrodę. Jednak w Żalnikach szanowano sługi Jałmużnika i leśny ludek prowadził go bezpiecznie między strażnicami i osadami, w których pobudowano świątynie Zird Zekruna. Jego przepowiednie napełniały strachem, to prawda, ale w głuszy ludziska zawsze byli ciekawi wieści z wielkiego świata. Opowieść o upadku wieży Nur Nemruta i zapowiedź odejścia bogów przyspieszała nieco bicie serca, lecz był to strach odległy i nazbyt niewyobrażalny, by prawdziwie przerażać. Wieśniacy słuchali jej jak baśni o wyprawach Vadiioneda.
Tymczasem za przyczyną proroka w większych osiedlach znów zapłonęły niemal zapomniane stosy. Co starsi kmiecie wspominali, jak wśród pomorckich klątw palono na nich sługi Bad Bidmone i tych spośród szlachty, którzy na czas nie przyjęli nowej wiary. Jednak kapłan Jałmużnika nie obiecywał powrotu starej bogini. Nie nakłaniał ich do stałości przy dawnym obyczaju, nie głosił powrotu zagubionego dziedzica tronu.
Jego proroctwa sięgały znacznie dalej i może dlatego równie skwapliwie chroniono go przed wzrokiem wszelkiej zwierzchności. Obiecywał bowiem nadejście wojny niepodobnej do żadnej innej, wojny, po której nastanie nowy świat, odmienny od wszystkiego, co znali. Złoty wiek, mówił starzec w szacie sługi Cion Cerena. Czas zatoczył krąg i powraca złoty wiek, czas sprawiedliwości, dobrobytu i szczęścia. Świat, w którym nie będzie książąt ani kapłanów, mówił, świat, w którym jagnię będzie się bezpiecznie układać obok wilczaka. Jeśli okażemy się godni, dodawał potem, spoglądając po nich w napięciu, a wieśniacy wbijali wzrok w żywą zieleń mchu. Naprawdę, trudno się było w tym wszystkim rozeznać.
Wreszcie braciszek obrócił na nich niebieskie, załzawione oczy i chwilę jeszcze milczał, zbierając myśli.
– Jeśli okażemy się godni – powtórzył z namysłem. – Bowiem wielu będzie takich, którzy spróbują nas zatrzymać w pół drogi. Podobnie, jak uczyniono w czas spichrzańskiego karnawału, o czym mój towarzysz może was dokładnie objaśnić – wskazał na przysadzistego człeka z szerokim nożem za pasem. – Bowiem zdarzyło się, że ludzie sprawiedliwi a nieugiętego serca wystąpili przeciw książęcemu przeniewierstwu i obłudzie fałszywych sług bogów. I wymordowano ich jako bydło prowadzone na rzeź. Dlatego nie powiem wam dzisiaj, abyście porzucili domostwa i szli przeciwko rdestnickiej cytadeli. Jeszcze nie. Nazbyt nas mało i nazbyt wielka potęga naszych nieprzyjaciół. Jednak nadejdzie dzień, kiedy wspomnicie moje słowa i w głębi serc rozpoznacie ich prawdziwość. Będą bowiem znaki niezawodne, a pierwszy z nich pokaże się, gdy przesławna korona żalnickich kniaziów opasa skronie wiedźmy.