Pomiędzy wieśniakami podniósł się szmer grozy. Żaden z nich nie oglądał Spichrzy ani wieży Nur Nemruta, więc nie żałowali jej zanadto. Ale wszyscy widzieli wymiona krów osuszonych przez wiedźmy z ostatniej kropli mleka i noworodki, które zapadały na śmiertelną niemoc po tym, jak spoczęło na nich złe oko przeklętych. Wiedźmy, bezpłodne z woli bogów, puste i bezrozumne niczym skorupa tykwy, zdawały się wyjaławiać nawet ziemię, po której stąpały. Każda wioska tająca wiedźmę prędzej czy później obracała się w ruinę, pola przestawały wydawać plon, kobiety – rodzić dzieci. Czasami nazywano to przekleństwem Annyonne. Kapłani obruszali się na podobne brednie, lecz prosty człowiek wiedział lepiej. I kiedy w zimowe noce ze zgrozą powtarzano opowieści o wymordowaniu dawnych bogów, Annyonne jawiła się w nich właśnie jako wiedźma obdarzona mocą potężniejszą niż wszystkie inne jej siostry, plugastwo o oczach nabrzmiałych przeklętą, ciemną magią, wędrujące w orszaku wron, wilków i wiedźm.
I jeśli pospolite przekleństwo potrafiło obrócić na zatracenie szmat ziemi, wiedźma na kniaziowskim tronie mogła z łatwością skazić i wyjałowić cały kraj – gdyż przekleństwo pana spada na wszystkie jego sługi.
– Dlatego mnie posłano – rzekł stary. – Abym przyniósł przestrogę przed grozą dotkliwszą niźli wszystkie poprzednie. Bowiem po mnie przyjdą jeszcze inni, z innymi słowy. I będą próbowali was zwieść, byście pozostali bezczynni, kiedy nasz świat pocznie zmieniać się w jałowe, martwe pole, podobne owemu, na którym umierali niegdyś bogowie.
Tutaj wśród wieśniaków znów zapanowało ożywienie. Ktoś półgłosem powtórzył słowa: „Przekleństwo Annyonne", ktoś inny uczynił znak odpędzający złe moce.
– Bo zło – ciągnął człowiek w szacie kapłana Jałmużnika – zło nie zawsze nadchodzi wśród huku gromów i szczęku mieczy. Czasem zakrada się nieznacznie i lekko niczym niesiona wiatrem pajęczyna. Czasem przybiera powab niewinności i wówczas właśnie należy się go najbardziej lękać. Wielu z was słyszało o żalnickiej księżniczce, córce starego Smardza, wielu też zapewne litowało się nad jej niedolą. Bo też jak nie użalić się nad zniewoloną krwią dawnych władców? Jak nie zapłakać, gdy dziedziczka wielkich panów zgina kolana przed pomorckim frejbiterem, który najpewniej nie zna imienia własnego ojca?
Kilkoro spośród wieśniaków potwierdziło skinieniem głów, lecz większość pozostała obojętna. Sprawy książąt obchodziły ich niewiele, a partyzanci Jastrzębca wystarczająco często łupili okolicę, by pospolicie nabrano niechęci do patriotycznych uniesień. Oczekiwali opowieści o wiedźmie, nie gadek o dziedzictwie tronu.
– Zbyt długo ta ziemia marnieje – powoli powiedział stary – byśmy nie radowali się obietnicą pokoju. A jak najpewniej zadzierzgnąć pokój trwały a niewzruszony? Ano, zaślubiwszy córkę starego kniazia nowemu władcy, jako czyniono od początku świata. Któż ośmieliłby się potępić księżniczkę, gdyby ofiarowała się uczynić podobną ofiarę? Ofiarę tym dotkliwszą, że dla wyciszenia domowych waśni oddałaby się zabójcy własnego ojca. Tyle że w tej opowieści nic nie jest takim, jak się wydaje, najmniej zaś sama Zarzyczka. Bowiem grzech i bluźnierstwo władców po trzykroć i po jedenastokroć spada na ich ziemię, a dotyk wiedźmy hańbi wszystko wokół. Taka jest właśnie nowina, którą wam przynoszę – urwał, czekając, aż umilkną przestraszone szmery.
– Dlatego żaden człek uczciwy nie powinien pozostać obojętnym wobec grozy, która nam nastanie za sprawą Zarzyczki. Nie masz bowiem w tej niewieście żadnej cnoty ni zalety, którymi się pospolicie białogłowy chlubią. Przeciwnie, od najmłodszych swych lat wprawiała się w niecnym wiedźmim rzemiośle i nie inaczej ją chowano, jeno pomiędzy trucicielkami i wiedźmami. Rozumiecie, że tak jak dwór ma być zwierciadłem dobrych spraw, tak kniahini winna dawać przykład poczciwego życia, aby stąd każda białogłowa brała model przystojności swojej. Cóż tedy powiecie swoim córkom i małżonkom swoim szlachetnym, jeśli na tronie zasiądzie niewiasta naznaczona wiedźmim rzemiosłem, hańbą i niesławą? Cóż uczynicie, gdy po odrzuceniu dawnego wstydu i bojaźni bożej rozmnożą się między nami nierządnice, wiarołomczynie i wiedźmy, aż na koniec nie pozostanie nic, prócz sprośności i niegodziwości? Czyli wówczas płakać będziecie nad tym, czemu zawczasu zapobiec należało? Czyli czekać będziecie, niby bydlęta bezrozumne, aż wyjałowieją wasze pola, a wy sami zginiecie od wiedźmiego jadu?
– Czy też – podjął starzec – zawczasu sztyletem zamkniecie drogę zepsuciu? Lepiej bowiem, aby zginęła jedna przeklęta dziewka niźli cały kraj.
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
Pociągnęli w dalszą drogę w czeladzi gadatliwego podstarościego. Twardokęsek nie był pewien, rozsądnie li z własnej woli kamracie się z żalnickimi pachołkami. Trudno jednak było znaleźć polityczną wymówkę, bowiem podobnie jak władyka kierowali się szerokim łukiem na północ, ku Półwyspowi Lipnickiemu. Lecz zbójca był dziwnie niespokojny. Skóra świerzbiła go niczym na nieszczęście. Kręcił się w siodle i jary po bokach traktu przepatrywał czujnie, gdyż po wczorajszych opowieściach o szlacheckim zbójowaniu nieco się do okolicy zniechęcił.
Najbardziej jednak mierził go nowy i zgoła nieoczekiwany nabytek do kompanii. Twardokęsek wiedział, że w Nawilskim Ostępie lęgną się różne dziwa. Słyszał o miechszycach tak wiekowych, że sięgają pamięcią aż do owych czasów, kiedy bogowie wadzili się o panowanie nad Krainami Wewnętrznego Morza. O prządkach potężnych i rozrośniętych ponad miarę, przyczajonych na zachodnim krańcu Ostępu, kędy człek śmiertelny z rzadka się tylko przedostanie między niewidzialnymi sieciami. O wodnicach z bagien, których płacz jesienią dobiega aż do ludzkich osad, o psotnych skrzatach i wszelakim magicznym drobiazgu.
Słowem, było to miejsce niebezpieczne i dzikie, więc Twardokęsek zupełnie nie rozumiał, po co się tam Zwajcy pchają za żalnickim księciem. Inna rzecz, że nie potrafił ścierpieć paniątka i rad byłby wielce, gdyby go jakieś leśne dziwo przykładnie pokarało.
Nie spodziewał się jednak bynajmniej, że oprócz nader rześkiego Koźlarza z Ostępu wypełznie krzywonogie obdarte dziwadło o twarzy zniekształconej bliznami po usuniętym tatuażu – tenże sam kapłan, który towarzyszył żalnickiemu księciu podczas przeprawy przez Kanał Sandalyi. Zapalczywy człowieczek spokorniał odrobinę i przycichł. Nie obrzucił Szarki na powitanie przekleństwami – po trochu zresztą ze strachu przed Suchywilkiem, który bardzo nie lubił, jak urągano jego córuchnie – na wiedźmę krzywo popatrzał, ale mężnie zmilczał i prędko zszedł z widoku podstarościemu.
Na szczęście ów nie dopytywał się zanadto. Znać było po nim, że człek ludzki i póki można, skłonny oczy przymykać. Jeśli nawet niespodziane pojawienie się dwóch zwajeckich wojowników podsunęło mu niespokojną myśl, nic nie dał po sobie poznać. O wielgachnym mieczu Koźlarza takoż nie napomknął ni słóweczkiem. Owszem, kiedy mu rankiem piwo ze łba wywietrzało, przywitał się ze wszystkimi bardzo uprzejmie, nie pominąwszy Prze – męki, choć jego skromne szaty zdradzały człeka ubogiego i zależnego. Trzymał się jednak z przodu. Zagadnięty grzecznie odpowiadał, ale coś w myślach ciężko ważył i rachował.