Jako i my przed siebie jedziemy, pomyślał nagle. W sieć niewidzialną a mocną, co nas kędyś popycha, chocia rozumieć tego nie potrafimy. Może to właśnie zeszłej nocy Szarka mi gadała. Żeśmy pospołu jak muchy w pajęczynie polepione. Szarpiemy się jeszcze i na boki spoglądamy, lecz niezadługo i tego…
Mówiono jej, że jest to najpiękniejsze miejsce w Żarnikach, może nawet we wszystkich Krainach Wewnętrznego Morza, zaś po tym, co się zdarzyło podczas spichrzańskiego karnawału, bardzo potrzebowała piękna. Kazała, żeby pochód skręcił i pewnego letniego zmierzchu łagodnie otworzyła się przed nimi Dolina Thornveiin. Szlak był spokojny. Ciszy nie mąciło nic prócz turkotu kół, końskiego parskania i wieczornego śpiewu ptaków. A później, w różowawym świetle zachodzącego słońca ukazały się mury klasztoru.
W pierwszej chwili przyszła jej na myśl cytadela księcia Evorintha – podobnie wysmukłe wieże, dachy kryte niebieską dachówką. Na pociętych szachownicą ogrodów pagórkach chłopi w jasnych sukmanach schodzili na wieczorny odpoczynek. Biły dzwony – jak wtedy, kiedy w poczcie kapłanów wjeżdżała w bramy Spichrzy. Właśnie ów dźwięk, niemal zapomniany w żalnickim władztwie, gdzie od dawna pobrzmiewały jedynie żałobne pomorckie rogi, oczarował ją bardziej niż cokolwiek innego. Kazała zatrzymać kolebkę.
– Nie jadę dalej – powiedziała, nie patrząc w twarz sługi Zird Zekruna, jednego z nielicznych, który ocalał tamtej pamiętnej nocy.
– Nie możecie! – prawie krzyknął, ale w jego głosie był niepokój. – Kniaź was oczekuje! Kniaź wam nie dozwoli!
Skalne robaki na czole mniszka zafalowały gwałtownie, lecz, jakby na przekór złowrogiemu piętnu, jego twarz pobladła ze strachu. Był bardzo młody i nie sądziła, aby wiele znaczył w orszaku zwierzchnika świątyni. Teraz jednak zabrakło uścieskich dostojników.
– Mogę – odpowiedziała spokojnie. – Kto mnie zatrzyma? Przecież nie wy. Zbyt dobrze pamiętacie, co się zdarzyło w wieży Nur Nemruta.
Skulił się, jak po uderzeniu w twarz. Żaden ze sług Zird Zekruna nie napominał ni słowem o ruinach spichrzańskiego przybytku. Nie czyniono jej wyrzutów, nie naznaczono pokuty, choć w Uścieży karano ją za przewiny mniejsze niż odwiedzenie świątyni obcego boga. Z pozoru wszystko było jak dawniej i kiedy tylko książę Evorinth oczyścił miasto z buntowników, wraz ze świtą pociągnęła na północ, najkrótszą drogą ku Żalnikom. Lecz zgadywała, że coś się odmieniło, minęło bezpowrotnie. Słudzy bogów muszą wiedzieć o odejściu Nur Nemruta, myślała ze strachem. I najwyższym żalnickim kapłanie, którego głowę wydobyto spod ruin wieży. Głowę uciętą mieczem rudowłosej Zwajki.
Nie znała go dobrze, choć na czas wyprawy do Gór Żmijowych został jej spowiednikiem. Nie znaczyło to wiele: codziennie wieczorem przyklękała przed wysokim człowiekiem w brunatnej szacie i prosiła o wybaczenie za grzechy. Lecz jej spowiedź była jedynie recytacją martwych fraz, zaś kapłan, który ich słuchał, pozostawał równie obojętny, jak wszystko inne. Naprawdę ważna była jedynie jego ciemna, świątynna kapica. I znamię skalnych robaków falujące w rytm jej monotonnych słów.
Jednakże dojrzała w nim coś odmiennego niż we wszystkich poprzednich spowiednikach. Nie potrafiła dokładnie powiedzieć, co. Może owe ukradkowe, badawcze spojrzenia, którymi ją obdarzał, kiedy klęczała przed nim, z kolanem pulsującym bólem od chłodu kamiennej posadzki. Nie była to nienawiść do córki dawnego żalnickiego pana, która przyszła na świat w przybytku Bad Bidmone, w istocie bowiem nie pamiętała czasów przed najazdem frejbiterów i nawet twarze rodziców zatarły się w jej pamięci. Lecz zwierzchnik uścieskiej świątyni znał ją zbyt dobrze, by ulegać podobnym złudzeniom. Nie lękał się przeszłości i sądziła, że sprzymierzył ze sługami Śniącego raczej z powodu tego, co miało nadejść, niż tego, co minęło.
Czemu przyczaił się pośród zwierciadeł, pomyślała, w których Szalona Ptaszniczka nosiła moją twarz? Jakby przypuszczał, że tam przyjdę. Jakby na mnie czekał. Dlaczego? Po to, by jeszcze raz usiłować mnie zabić, skoro poprzedniego dnia zwajecka kniahinka powstrzymała morderców na schodach książęcej cytadeli? Czy wręcz przeciwnie, by odsunąć mnie od rudowłosej niewiasty, która wygrażała bogom i głośno mówiła o zagładzie przepowiedni?
Jaśminowa wiedźma powiedziała, że słudzy Zird Zekruna obawiali się jej bardziej niż kogokolwiek innego. Bardziej niż rudowłosej córki Suchywilka, w której żyłach krążyła krew Iskry i która rzuciła im otwarte wyzwanie, zabijając najwyższego z żalnickich kapłanów. Bardziej niźli błękitnookiej wiedźmy, która przemawiała głosem bogów, wieszcząc przyszłość Krain Wewnętrznego Morza. Zarzyczka nie potrafiła tego zrozumieć.
Nie sądziła, aby młody mniszek o gładkiej twarzy dziecka mógł odpowiedzieć na któreś z jej pytań. Lecz skrytobójcy, którzy niemal dostali ją w wigilię spichrzańskiego karnawału, byli prawdziwi i najpewniej nie najęto ich dla zabawy. Podobnie, jak nie mogła nazwać złudzeniem zwalonej wieży boga i tuzina pomorckich kapłanów, którzy cichutko i niezrozumiale pomarli tamtej nocy.
– Zostanę w klasztorze – ciągnęła. – Muszę odpocząć. Pomyśleć. W samotności.
– Kniaź… – zaczął znów kapłan.
– Kniaź będzie wiedział, gdzie jestem – odpowiedziała, świadoma, że tylko pogłębia jego strach: słudzy Zird Zekruna wciąż nie rozumieli istoty więzi łączących jaz Wężymordem.
Zresztą, pomyślała cierpko, czy sama je rozumiem?
Nie ośmielił się jej zatrzymać, co więcej, nie oponował nawet wówczas, kiedy odmówiła przyjęcia do świty któregokolwiek spośród ocalałych kapłanów. Orszak odprowadził ją do wejścia w dolinę i ani kroku dalej, jakby mogło spaść nań niewidzialne przekleństwo owego dziwnego miejsca. Udała, że nie dostrzega, jak słudzy Zird Zekruna potajemnie czynią znaki odpędzające zły urok. Zmilczała błogosławieństwo, którym obdarował ją na pożegnanie zestrachany mniszek, i kazała sługom ruszać, nie oglądając się ku garstce kapłanów w brunatnych szatach.
Nigdy nie rozumiała, dlaczego Wężymord pozwolił temu miejscu istnieć. Ostatnimi czasy w Żalnikach zamykano coraz więcej świątyń, nie wyłączając nawet przybytków Jałmużnika, którego wszędzie otaczano szacunkiem. Kniaź nie zawahał się wypędzić kapłanek Kei Kaella Od Wrzeciona, pani nieprzyjaznego Sinoborza, mimo że Prządka słynęła z popędliwości i niejeden namyśliłby się raz czy drugi przed podobnym afrontem. Nie więcej szacunku okazano sługom Sen Silvara Od Wichrów, choć dawne waśnie ze Skalmierzem powoli szły w zapomnienie, zaś dożowie jawnie sprzyjali potędze Wężymorda. Słowem, w Żalnikach nie cierpiano obcych bóstw, zarówno wrogich, jak przychylnych, i bez miłosierdzia prześladowano ich wyznawców. Lecz Dolina Thornveiin ocalała.
Kiedy dotarła do klasztoru, była noc, a przeorysza stała we wrotach – Święta Mateczka Z Doliny, jak ją nazywano. Mówiono, że po odejściu bogini jej moc utaiła się w kruchej opatce i z całego kraju przybywali pątnicy, by u klasztornej bramy prosić o wybawienie z choroby i nieszczęścia. Wielu z nich w istocie uzdrowiono, choć Zarzyczka nie wierzyła, by właśnie dla tej przyczyny Wężymord oszczędził mateczkę i jej opactwo.
– Czekaliśmy na ciebie, dziecko – uśmiechnęła się przeorysza.
– Skąd mogliście wiedzieć, że przyjadę? – zdziwiła się księżniczka.
– Nie mogliśmy – przeorysza znów się uśmiechnęła, w księżycowym świetle jej twarz była równie blada, jak lniane płótno welonu. – Czekamy na wszystkich. Choć niektórzy nigdy nie przyjeżdżają.
Koło się zamyka, pomyślała Zarzyczka. Klasztor, w którym Thornveiin spotkała kopiennickiego księcia. Gdzie wszystko się zaczęło.
Potem zaprowadzono ją do gościnnej komnaty. Okna wychodziły na wewnętrzny dziedziniec i wyraźnie słyszała granie świerszczy. Sprzęty były bardzo skromne: łóżko z wysokim szczytem malowanym w kwiaty jabłoni, dwie skrzynie, krzesło, a właściwie tron obity popękaną ze starości skórą, i wysoki pulpit do czytania pod oknem. I księgi na półkach i w szafach z przeszklonymi drzwiami, całe mnóstwo ksiąg o zetlałych grzbietach.