Выбрать главу

Przyjęcia w kabinach kończyły się tym, że goście zabie­rali nas ze sobą. Często nie wiedzieliśmy z kim i dokąd jedziemy. Można było trafić w miejsca najmniej oczeki­wane: począwszy od fabryk a skończywszy na wieży ob­serwacyjnej na lotnisku, gdzie podziwiało się lądujące w nocy samoloty z całego świata. Potem trafiało się albo na zabawę w jakimś ośrodku polskim albo na wieczorek w prywatnym domu. Gospodarze nasi zawsze starali się nam pokazać, jak pracują i jak się bawią. Po powrocie na statek często znajdowaliśmy w kabinie wieczne ołówki, wieczne pióra, zegarki i stwierdzaliśmy brak przedmiotów pochodzących z Polski.

Kapitan, wiedząc o tym „liturgicznym" piciu wiśniów­ki, sądził, że przebraliśmy miarę w stosunku do inżyniera Kennedy'ego. Tym razem jednak się omylił.

Nasze ciągnące się aż od Monfalcone przez „siedem mórz" nieporozumienia z kompasem Sperry zostały wreszcie zakończone. Kapitan wysłał nas na specjalny kurs do zakładów Sperry. Na kursie tym zadziwialiśmy instruktorów znajomością całych zdań, zapamiętanych bezbłędnie z angielskiej instrukcji o kompasie. Nie prze­szkadzało nam to jednakNnie mieć pojęcia, o co właściwie chodzi. Po przejściu tego kursu uchodziliśmy za „wielkich wtajemniczonych", ale w duchu wstydziliśmy się, że tak prostych rzeczy nie potrafiliśmy dojść sami.

* * *

Po kilkudniowym postoju w Nowym Jorku szykujemy się do drugiej części naszej dziewiczej podróży: na wschód.

Z Nowego Jorku wychodzimy w nocy o godzinie dwu­dziestej czwartej. Na samym początku podróży prawdzi­wą niespodziankę sprawia nam trudność, jaką napotyka­my przy wyjściu z naszego reprezentacyjnego „leża”. Po każdej próbie wyjścia rufą na wody rzeki Hudson prąd rzuca nas z powrotem na nabrzeże. Od godziny przeszło ocieramy już kilka razy farbę z burt, zrywamy reflektory przyburtowych lamp.

Zerwane zostają również stosunki dyplomatyczne po­między kapitanem a pilotem. W ciemną noc trzymają się za klapy marynarek i starają się przekonać wzajemnie. Zrezygnowany pilot milknie i „zastyga” na skrzydle mostku. Kapitan sam odrywa statek od nabrzeża i wy­chodzi na rzekę.

Szybko mijamy światła Manhattanu, kierując się ku wyjściu na ocean. Zbliża się statek pilotowy, by zabrać pilota.

Kapitan podpisuje dokumenty i wręcza przygotowaną zawczasu butelkę wiśniówki. Pilot z uznaniem ściska rękę kapitana i mówi po angielsku: „Dobrze zrobione, kapita­nie!” Z mostku widzimy jeszcze uśmiechniętą twarz scho­dzącego do motorówki pilota.

- Obie całą naprzód!

- Obie całą naprzód! - powtarza oficer rozkaz kapi­tana.

- Skończone manewry maszynami!

Kładziemy się na kurs do Halifaxu i wyrzucamy log. Z lewej burty za trawersem zostają światła wielkiego miasta.

Przed nami znów ocean, za nim Gdynia. Po drodze wstępujemy do Halifaxu. Tuż po nim Grand Banks w je­sieni wolne od gór lodowych. Teraz nie napotykamy na­wet mgły.

„Oficjalne czynniki”, które z nami wracają, są rozcza­rowane brakiem sztormów i zaczynają je uważać prawie że za wymysł naszej wyobraźni. Posądzają nas, że tylko z chęci dodania sobie uroku ludzi walczących z żywiołem - który występuje jedynie w książkach - propagujemy wieści o niebezpieczeństwach na kolumbowych szlakach.

W dzienniku okrętowym w rubryce „kierunek i siła wiatru” piszemy w dalszym ciągu: „cisza”. Ocean zasnął na dobre.

Cisza trwa aż do Kopenhagi, w której dopiero rozpętu­je się „burza”. Przyczyną jest niewielka koperta z dyrekcji GAL-u, zawierająca instrukcje dla kapitana.

„Burzowe instrukcje” nawiedzały statki w rozmaitych odstępach czasu i z rozmaitą siłą. Słynna była jedna, do­tycząca międzynarodowych przepisów drogi na morzu. Przepisy te traktujące o zachowaniu się statków przy mi­janiu w morzu i w kanałach, w czasie mgły i w chwili awarii, mówiące o światłach statku i o nadawaniu sygna­łów - musiały trafić w dyrekcji do kogoś bardzo gorli­wego, do kogoś, kto po zbadaniu wszystkich instrukcji, wydanych dotychczas przez dyrekcję, nie znalazł ani jed­nej, która by zalecała kapitanom rzeczy z tej dziedziny. Wobec tego sporządzono wyciąg przepisów, jak się wyda­wało autorom, najbardziej koniecznych i wydrukowano je w formie instrukcji dla kapitanów. Na końcu umieszczo­no niedwuznaczną klauzulę: PRZECZYTAŁEM I ZRO­ZUMIAŁEM.

Owe wskazania, od których rozpoczyna naukę każdy uczeń '„w każdej szkole morskiej, przysłano na trzy trans­atlantyki dla trzech kapitanów.

Kapitan Białe Mszy spokojny, lojalny i drobiazgowo ścisły odesłał podpisany przez siebie okólnik z niewielką adnotacją: PRZECZYTAŁEM, ALE NIE ZROZUMIA­ŁEM. Kapitan Szaman Morski napisał, że jako urodzony marynarz już niemowlęciem w kolebce będąc przestrzegał przepisów zawartych w książce pt. „Międzynarodowe przepisy itd.” i książeczkę tę załączył do podpisanego przez siebie zarządzenia. Trzeci kapitan przyjął prawdo­podobnie nawigacyjny moment „przeczekania” aż do wy­jaśnienia i... znaczy, nie podpisał.

Instrukcja, która teraz nadeszła do Kopenhagi, zabra­niała stanowczo kapitanowi rzucania kotwic przy podchodzeniu do mola w Gdyni. Było to echo naszego ostat­niego cumowania w tym porcie.

Kapitan miał jeszcze w ręku otrzymany list, gdy na mostek przyszedł szef działu maszynowego, inżynier Milewski. Kapitan odczytał mu otrzymaną od dyrekcji ins­trukcję. Inżynier nie mógł powstrzymać się od śmiechu, ale szczęka kapitana ustawiona była na „sztorm”.

- Znaczy, zarządzenie jest zarządzeniem! - zakończył kapitan rozmowę z inżynierem.

Niezliczone kolorowe światła Zelandii zostawiliśmy za sobą, rozpoczynając ostatni etap dziewiczej podróży: Ko­penhaga - Gdynia.

Żaden z nas nie pamiętał takiej pogody w żadnym z odbytych poprzednio rejsów do Nowego Jorku. Wszyst­kie dni bezchmurne i bezwietrzne pozwoliły statkowi za­chować tajemnicę jego zdolności nawigacyjnych.

Okrążamy półwysep Hel.

Informujemy maszyny, że za pół godziny manewry. Z kapitanatu portu otrzymujemy zawiadomienie, że mamy cumować koło Dworca Morskiego. Kapitan jako pierw­szy starszy pilot Gdyni zachował przywilej wchodzenia do portu bez pilota. Zbliżamy się do głównego wejścia do portu. Pierwszy rozkaz do maszyn:

- UWAGA! - a potem zaraz - STOP!

Statek idzie w ciszy szybko, zawraca lekko i skrzy się od refleksów słońca odbitych w lakierowanych po­wierzchniach nadbudówek i łodzi ratunkowych oraz w żarzących się złotem pierścieniach iluminatorów.