Cała załoga w bieli. Na dziobie wyrównany szereg marynarzy wygląda jak kompania honorowa. Tylko cieśla okrętowy i starszy marynarz stoją przy kotwicach z rękami na hamulcach.
Starszy oficer wpatrzony pilnie w mostek.
Posuwamy się już równolegle do nabrzeża Dworca Morskiego. Idziemy wprost na zagradzające nam dalszą drogę molo kapitanatu portu.
Kapitan stoi na lewym skrzydle na platforemce repetytora z megafonem w ręku. Wspaniały, z mosiężnej blachy megafon błyszczy jak drugie słońce: Światła telegrafów maszynowych jarzą się na STOP. Strzałki tachometrów stoją na zerze obrotów śrub.
Szybko migające z lewej burty dźwigi nabrzeża zaczynają mnie niepokoić. Przez okna mostku widać górny peron Dworca Morskiego, orkiestrę Marynarki Wojennej i grupę dostojników, którzy przybyli witać wracających z Nowego Jorku delegatów rządu.
Przed nami na nabrzeżu tysiące ludzi.
Patrzę na stojącego przy sterze Dominika. Sternik z niepokojem śledzi zbliżające się szybko pod dziób statku molo kapitanatu. Kurczowo zaciskam dłonie na rączkach telegrafów. Ręce same chcą je przesunąć już w dół i postawić tam, gdzie na telegrafie widnieje CAŁA WSTECZ. Ale kapitan milczy.
Nagle nie wytrzymuję nerwowo i w momencie gdy spostrzegam, że kapitan patrzy na mnie, wołam:
- Straszna szybkość!
W odpowiedzi na tę niesubordynację kapitan uśmiecha się i podnosi do góry zaciśniętą pięść. W sumie oznacza to: trzymam sytuację w garści!
Odprężam się wewnętrznie, ale dłonie coraz bardziej zaciskają się wokół rączek telegrafów. Jest jeszcze za wcześnie, by rzucić kotwice, bo statek nie dojdzie do wyznaczonego czerwonymi chorągiewkami miejsca i nie stanie tak, by można było ustawić pomost pomiędzy nim a górną platformą dworca. Ciszę przerywa telefon. „Szósty” melduje, że rufa ma podane rzutki na ląd i jest gotowa do podania cum. Kapitan kiwa tylko głową na znak, że przyjął to do wiadomości.
Zagradzające nam drogę molo wydaje się już tuż pod dziobem!
Szybkość jest wciąż zawrotna i przerażająca. Rozumiem, że to strach zbliża mi molo i podwaja szybkość pędzących jeden za drugim dźwigów nabrzeża. Wszystko to wiem, se jednak... Cóż więc muszą czuć ludzie stojący na nabrzeżu i patrzący na idący wprost na nich statek, bez holowników. Słyszę marsz grany przez orkiestrę. Nie mogę opanować rosnącego we mnie napięcia. Wreszcie przychodzi wyzwolenie w postaci rozkazu kapitana:
- OBIE CAŁĄ WSTECZ!
- Obie całą wstecz! - powtarzam, opuszczając błyskawicznie rączki telegrafów. O dziwo, jednocześnie opada i światło wewnątrz telegrafów, sygnalizujące,wykonanie rozkazu. Patrzę na strzałki tachometrów. Przesuwają się szybko na pełne obroty wstecz. Automatycznie kiwa mi się głowa, oznajmiając kapitanowi, że wszystko działa w porządku. Statek zaczyna dygotać. Szybkość maleje gwałtownie. Statek stoi.
- OBIE STOP!
- Obie stop! - powtarzam za kapitanem.
I znów światła telegrafów wędrują nieomal razem z rączkami. Strzałki tachometrów wracają na zera.
- Podać dziobowe, rufowe i szpring! - „Szósty” powtarza głośno rozkazy przez telefon.
Ostatni rozkaz kapitana kończy dziewiczą podróż:
- SKOŃCZONE MANEWRY MASZYNAMI!
- Skończone manewry maszynami! – przekazujemy telefonicznie do maszyn.
Kapitan stoi jeszcze na skrzydle mostku. Czeka na zamocowanie pierwszych lin, które dociągają statek do nabrzeża. Dźwig szykuje się do przerzucenia pomostu pomiędzy statkiem a dworcem. Kapitan przygląda się stojącym na górnej platformie dworca dostojnikom i po chwili zwraca się do mnie:
- Znaczy, rozumie pan! Znaczy, zgodnie z instrukcją nie rzucałem kotwic!
ŚLADAMI WALTERA SCOTTA
W kolejnej podróży do Nowego Jorku mamy gości. Są to dwaj oficerowie z naszej marynarki wojennej. Odbywają staż na „Piłsudskim”, zapoznając się z prowadzeniem nawigacji na nowoczesnym transatlantyku.
Obaj „rycerze” nazywają mostek w swym „rycerskim” języku „pomostem”. Staramy się to jakoś znosić ze spokojem. Takich neologizmów mamy zresztą coraz więcej. Dzieje się to wskutek zmagań naszych marynistów z terminologią morską. Na przykład nad drzwiami prowadzącymi do osłoniętej części mostku pojawiła się olbrzymia tablica mosiężna z wyrytym na niej napisem: STERÓWKA. W pomieszczeniu tym są, co prawda, nawet trzy stery: ciśnieniowy, elektryczny i aparat samosterujący - „żyropilot”, niemniej napis ten drażni nas wszystkich. Mostek bowiem to jest MOSTEK. Ponieważ nie możemy tej tabliczki zdjąć, więc ignorujemy ją, udając, że jej nie widzimy. Skutek jest taki, że tabliczka po kilku tygodniach przybrała kolor malachitowoczarny i z daleka napisu odczytać nie można. A kapitan, który podczas inspekcji statku dostrzega nawet pod dywanem zmiecione tam w pośpiechu śmieci, na owej tabliczce nie zauważa grubej warstwy śniedzi.
Stosunki z rycerzami są kurtuazyjno-wytworne. Z rozkazu kapitana wtajemniczamy gości we wszystkie zdobyte już przez nas tajniki wiedzy nawigacyjnej.
Niezmącony niczym stan uprzejmej obustronnej życzliwości trwał do wyjścia na Atlantyk, ściślej mówiąc do chwili rozpoczęcia pierwszych obserwacji astronomicznych.
Wobec gości z'rycerstwa postanowiliśmy zabłysnąć najwyższą techniką szybkościową i precyzyjnością obliczeń. Przy pięknej pogodzie braliśmy obaj („szósty” i ja) podczas wachty - dwa razy po cztery wysokości słońca, obliczając je na przemian przy pomocy rozmaitych patentowych tablic lub wzorów z trygonometrii sferycznej. Pozycję obserwowaną mieliśmy już zazwyczaj obliczoną o godzinie pół do jedenastej, szerokość - otrzymana z kulminacji słońca o godzinie dwunastej - była tylko ukoronowaniem obliczonej poprzednio pozycji i jej nieomylnym sprawdzianem. Obliczenia robiliśmy w przepisowym czasie, pisząc minimalną ilość liczb i trzymając uwagę swoją „w garści”, by się nie omylić. Każde kolejne zliczenie sprawdzaliśmy bardzo starannie.
Obaj rycerze ku naszemu wielkiemu zdziwieniu robili te obliczenia szybciej od nas. Zanim zdążyliśmy wykreślić na mapie naszą drugą linię pozycyjną, oni już porównywali swoją ostateczną pozycję z mapą.