Zlot żaglowców miał miejsce z okazji osiemdziesięciolecia urodzin króla Gustawa, który już kiedyś tak nas gościnnie podejmował, gdyśmy na sędziwym „Lwowie” przywieźli z Polski eksponaty na wystawę rolniczą w Sztokholmie.
Z nieznanych nam przyczyn nie doszło na „Dar Pomorza” zaproszenie na stadion olimpijski, gdzie król miał przyjmować defiladę wojskową. Wybraliśmy się na nią we trójkę: dyrektor Szkoły Morskiej kapitan Kosko, nasz lekarz okrętowy Wacław Korabiewicz i ja.
Przy wejściu na stadion wyjaśniliśmy, że jesteśmy z fregaty'„Dar Pomorza”, przybyłej na zlot z okazji urodzin króla, i że nie otrzymaliśmy zaproszeń ani kart wstępu na stadion. Zostaliśmy natychmiast gorąco przeproszeni i z wielkimi honorami doprowadzeni do loży przylegającej do loży królewskiej, wypełnionej po brzegi królewiątkami.
Biała Fregata otwierała nam wszystkie bramy.
Za największy jednak sukces Białej Fregaty nawet sami przedstawiciele marynarki szwedzkiej z kapitanem Schumburgiem na czele poczytywali zwycięstwo nad szwedzkimi celnikami.
Goście podejmowani byli na naszym statku „czym chata bogata”. Podejmowani tym, w co zaopatrywały „Dar Pomorza” polskie przedsiębiorstwa eksportowe, po granice pojemności naszych magazynów. Na to wszystko wbrew swym przepisom szwedzcy celnicy nie nałożyli ani jednej plomby.
Ulegając czarowi Białej Pani, dali się przekonać, że nie będzie się miała czym odwzajemnić za gościnność, którą ją wszyscy darzą.
Po powrocie do Gdyni szykowaliśmy się do odlotu na zimę na południowe morza. Pierwszy raz „Dar Pomorza” miał pójść na odległe szlaki wielkich żaglowców pod dowództwem młodych absolwentów Szkoły Morskiej w Tczewie.
Przed nami stał otworem świat marzeń dziecięcych, mogliśmy teraz lecieć doń na skrzydłach Białej Fregaty. Mieliśmy możność zadośćuczynić najbardziej skrytym marzeniom chłopięcej wyobraźni, która nas zaprowadziła na morze. Ziściły się zabawy dziesięcioletnich chłopców wyruszających na wielkie wyprawy na z trudem skleconych tratwach o szumnych nazwach: .NIEZWYCIĘŻONA lub CUDOWNA. Wyprawy na tajemnicze wody Maracaibo, leżące na... stawie, w miejscu oznaczonym sitowiem i tatarakiem, lub na słynną Tortugę, to jest tam, gdzie widniało suche pasmo piasku z drugiej strony stawu. Niedaleko od niej, gdzie z kęp nad stawem wyrastały olchy, był Port Royal na Jamajce, w którym ostatni swój bój stoczył statek kapitana Blooda, noszący imię jego ukochanej - ARABELLA.
Dziś siedzimy w salonie jednej z najpiękniejszych fregat świata i od nas samych zależy, czy pójdziemy na Tortugę, czy do Port Royal, a może przez Chica Boca wedrzemy się do Cartageny w podzwrotnikowej Kolumbii? Jedno jest już pewne, że rozpoczniemy podróż śladami kapitana Blooda od wyspy Barbados, na której zdobył hiszpański okręt, „Pięć Ran”, i na której poznał piękną Arabellę.
Pierwszy raz czujemy się „wolni” tak, jak nam się wydawało, że musieli się czuć flibustierzy, którzy nie potrzebowali odrabiać lekcji i chodzić do szkoły. Obowiązek szkolenia nowych kadr „wilków morskich” nie tylko że nam nie przeszkadza w dawaniu folgi swej wyobraźni, lecz jeszcze ją podsyca; chcemy stworzyć młodszym kolegom takie warunki bytowania, by mogli się jak najwięcej uczyć i jednocześnie przeżywać Wielką Przygodę.
Obecny komendant „Daru” - nasz „kapitan Blood” - posiada prawie wszystkie zewnętrzne cechy tego bohatera młodzieńczych snów. Jest tylko trochę niższy, i dlatego nosi imię „Kot”, ale może doskonale go zastąpić, ponieważ świetnie pamięta, o czym w każdej sytuacji prawdziwy kapitan Blood myślał i co powiedział.
Uczciwie i po koleżeńsku pyta teraz Kot kolejno każdego z nas, dokąd by jeszcze, oprócz wyznaczonej trasy, miał ochotę zajść w podróży?
Pierwszeństwo głosu ma nasz żywiciel, intendent Tadeusz Hrycakiewicz, któremu za takt i cierpliwość kajutkompania nadała tytuł MAJORA.
Major uśmiecha się zażenowany wyróżnieniem i nieśmiało wymienia Hawanę na Kubie.
- Po co ci Hawana? - pyta Kot.
Major zmieszany niechętnie wyjawia, że chce kupić sobie pierścionek, w którym zamiast kamienia umieszczony jest zegarek.
- Przecież już masz taki zegarek na palcu! Znów będziesz na kogoś wydawał pieniądze? Przecież już wszystko porozdawałeś, cud żeś jeszcze tego zegarka nie oddał i to pewnie tylko dlatego, że komuś nie pasował na palec. Nie pojedziemy do Hawany. Powiedz tym, którzy chcą od ciebie coś podobnego, że nie pojedziemy do żadnego takiego portu, w którym są pierścienie z zegarkami.
Wyraz twarzy naszego „kapitana Blooda” łudząco przypomina teraz wyraz twarzy dawnego komendanta „Daru Pomorza” tuż, tuż przed wybuchem.
- Znów wszystko rozdasz i nie będziesz miał nawet za co sprawić sobie nowego ubrania! - kończy Kot.
Zawstydzony Major rezygnuje z Hawany na Kubie. Najszybciej idzie jednak sprawa zaspokojenia podróżnych projektów lekarza okrętowego. Zanim doktor Korabiewicz zdołał coś powiedzieć, słyszy zwrócone do siebie zdanie:
- Słuchaj, Wacek, nie mamy o czym mówić! Chciał byś być wszędzie. Gdybyśmy ciebie słuchali, to nigdy do kraju byśmy nie wrócili.
Nasz senior - Alojzy Kwiatkowski, „Diadia” oraz junior - Kazio Jurkiewicz, czwarty oficer nawigacyjny, nie mają ochoty zabierać głosu.
Za to nasz drugi oficer, „Bronc”, ma tropikalne małżeńskie kłopoty. W poprzedniej podróży, naśladując kapitana Blooda, znalazł sobie sobowtóra Arabelli pod imieniem Lu-lu. Poznał ją na balu u gubernatora Martyniki, zdobył jej serce i zabrał córkę jednemu z dostojników Fort-de-France.
- Może byśmy poszli do Fort-de-France? - proponuje z zatroskaną twarzą.
- Po co? - pyta „nasz Blood”.
- Lu-lu zapomniała zabrać swe rzeczy. U teścia zostały jeszcze dwa kufry...
Ale Kot nie daje mu dokończyć:
- Idziemy wobec tego do Fort-de-France!
Podobnie jak lekarz okrętowy, który jest moim kolegą gimnazjalnym, chciałbym na „Darze” być wszędzie. Na razie wystarcza mi zadowolenie z tego, że idziemy do zaproponowanego przeze mnie Mayagiiez na Puerto Rico. Leży ono nad dużą zatoką, na której przez miesiąc będziemy mieli ćwiczenia szalupowe pod żaglami. Potem pójdziemy do tajemniczej dla nas Cartageny. Właściwie podróż jest już zaplanowana, obecna rozmowa ma tylko na celu ostateczne ustalenie wszystkich portów, do jakich zajdziemy.