- Myślałem, że będziecie chcieli coś więcej zwiedzić niż jeden Fort-de-France - dziwi się nasz „kapitan Blood”.
Do obowiązków starszego oficera na „Darze” należy moralna odpowiedzialność za stan takielunku i jego sprawność. W dzień i w nocy, przy każdej pogodzie szesnaście kilometrów lin musi swobodnie przebiegać przez setki bloków, żeby szybko obsłużyć ruchome wieże, czterdziestometrowej przeszło wysokości, zbudowane z tysięcy metrów kwadratowych płótna żaglowego.
Wszystko musi być w stanie wiecznej doskonałości. Nic się nie może zaciąć czy urwać. Nie może pęknąć żadna wyblinka czy perta pod nogami pracujących na rejach uczniów. Najmniejsze niedopatrzenie może kosztować życie ludzkie.
Do wielu innych obowiązków, odziedziczonych przeze mnie po Kocie jako starszym oficerze, należy posiadanie ,w kabinie najlepszego gatunku wiśniówki, która nosi nawet techniczną nazwę - MEDYCYNA. Specjał ten od lat przekazują sobie kolejno starsi oficerowie „Daru”. Ma swe praktyczne zastosowanie na morzu, gdy wieczorem, po robotach, do kabiny przychodzi starszy bosman Białej Fregaty. Zasiada na kanapie, na biurku zjawia się natychmiast malutki kieliszek od likieru i butelka „medycyny”. Jest to obrządek czy rytuał, podczas którego ustala się całokształt prac dziennych, omawia się wykonanie przez każdego ucznia roboty i przygotowuje się przydział prac na dzień następny.
Nazajutrz znów spotykamy się z bosmanem - o godzinie pół do szóstej na pokładzie, przed początkiem robót; na to spotkanie bosman zjawia się z nieodzownym kubkiem czarnej kawy.
O godzinie pół do dziewiątej udajemy się wspólnie na wędrówkę po jednym z masztów, rozpoczynając oględziny od jabłka na szczycie i sprawdzając stan każdej wanty, zabezpieczenie każdej wyblinki czy szakli.
Podczas tych podniebnych wędrówek bosman zawsze przypomina jak „my obadwaj” chodziliśmy zmieniać szakle - on jako żaglomistrz, ja jako uczeń. Wspomina, jak to używał mnie zamiast linobloku do naciągania brasów, by zluzować szaklę, jaką należało zmienić. Do wszystkich, którzy kiedyś byli na „Lwowie”, mówi zawsze po imieniu. Przypominamy sobie dawniejszych moich kolegów...
W opiniach swych co do uczniów żaglomistrz nie mylił się nigdy. W stosunku do kandydatów zdanie swe - o ich przydatności do służby - wyrażał w swoisty sposób, wymieniając sumę pieniędzy, jaką już „odłożył” na dane nazwisko. Wielką wesołość budził potem kandydat wśród uczniów, gdy chwalił się, naśladując sposób mówienia bosmana Leszczyńskiego:
- Ja mam dla waju odłożone dwadzieścia groszy.
Twarz chłopca zaczynała się mienić, gdy się dowiadywał od uczniów, że odłożona suma przeznaczona jest na... bilet powrotny do domu, jako dla nie nadającego się do służby na morzu. Wymieniona kwota była procentową oceną złej pracy.
W tej baśni na jawie zjawiały się i złe przepowiednie, idące z lądu. Dotyczyły nowego komendanta ”Daru” i mnie jako jego zastępcy. Dochodziły do nas w formie różnych powiedzeń, których treść była jednakowa: Utopią „Dar Pomorza”! Za młodzi!
O innych oficerach „Daru” nie mówiono już nawet, ponieważ byli znacznie młodsi od nas.
Rzeczywiście, obaj z Kotem mieliśmy mniej lat niż kapitan Christensen, komendant szkolnej fregaty norweskiej. Jego publicznego oświadczenia, że starszy oficer i osiemdziesięcioletni bosman norweskiego żaglowca mogliby się wiele nauczyć na „Darze”, nikt nie brał pod uwagę, choć „Dar” liczył sobie trzydzieści lat życia, a „Christian Radich” - tylko dwa.
„Utopią! Za młodzi”. Codziennie nieomal wysłuchiwaliśmy relacji o naszej młodości.
Nie mogliśmy zaprzeczyć, że czuliśmy się młodo, skoro stale w pamięci stały nam żywo przygody kapitana Blooda. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy doświadczenia naszych nauczycieli. Ale wiedzieliśmy też, że się niczym nie damy zaskoczyć. Posiadaliśmy dostateczną dozę romantyzmu, znajomość matematyki i równowagę duchową. Posiadanie tych trzech rzeczy uważaliśmy za nieodzowny warunek, by się nie bać morza.
Znosiliśmy niezadowolenie trzech naszych młodszych kolegów z powodu decyzji o zwijaniu na noc górnych żagli. Staraliśmy się mieć stale dokładną pozycję i oddzielnie ślęczeliśmy nad komunikatami meteorologicznymi, których „łapaniem” we wszystkich językach pilnie zajmował się nasz Diadia, Kwiatkowski. Usiłowaliśmy zawsze przewidzieć kierunek i siłę wiatru, jakiego możemy się spodziewać. Porównywaliśmy wyniki.
W chwilach wątpliwości Kot kładł pasjansa. Głowił się nad nim niekiedy całymi godzinami, wreszcie - myśląc, że go nikt nie słyszy - mówił sam do siebie półglosem: „Kto dla kogo? Ja dla pasjansa, czy pasjans dla mnie?” Przekładał kartę według własnej woli i pasjans wychodził. Decyzja była gotowa.
Do niektórych życiowych problemów na „Darze” nie mogłem się na razie przyzwyczaić. Oto na przykład.stale obijałem sobie nogi i głowę w obramowaniu drzwi wodoszczelnych, których nie było na wyższych pokładach statków pasażerskich. Chcąc mi przyjść z pomocą, Kot usiłował dopasować mnie do drzwi nazywając „Karzełkiem”. Ale był to sposób mało skuteczny.
Zupełnie odmienne cierpienia sprawiała szybkość „Daru”. W powrotnej podróży ze Sztokholmu mieliśmy jeden dzień bezwietrzny. Przeciętna szybkość wyniosła jedną milę na dobę. Motoru nie uruchamialiśmy. Wszystkie terminy obliczone były w zależności od wiatrów panujących w danym okresie i na danym obszarze. Motoru użylibyśmy tylko w ostatecznej potrzebie. Cały nerwostan należało dopasować do przewidzianego rozkładu wiatrów, a nie do przypadkowej szybkości w danej chwili. Po dwudziestu węzłach „Piłsudskiego” ta zmienna szybkość „Daru” powodowała stałą chęć zwiększenia jej, pomimo że wcale nie potrzebowaliśmy się spieszyć.
Istotną i najbardziej dokuczliwą sprawą była konieczność oszczędzania słodkiej wody. Termin ten na statkach pasażerskich był w użyciu głównie w rozmowach pomiędzy starszym oficerem zamawiającym słodką wodę z lądu, cieślą okrętowym, który ją przyjmował, i „maszyną”, która ją przepompowywała. „Słodka woda” na transatlantykach to było już coś w rodzaju „terminu szczątkowego”, pozostałego jako spuścizna po żaglowcach.