Выбрать главу

- Myślałem, że będziecie chcieli coś więcej zwiedzić niż jeden Fort-de-France - dziwi się nasz „kapitan Blood”.

* * *

Do obowiązków starszego oficera na „Darze” należy mo­ralna odpowiedzialność za stan takielunku i jego spraw­ność. W dzień i w nocy, przy każdej pogodzie szesnaście kilometrów lin musi swobodnie przebiegać przez setki bloków, żeby szybko obsłużyć ruchome wieże, czterdziestometrowej przeszło wysokości, zbudowane z tysięcy metrów kwadratowych płótna żaglowego.

Wszystko musi być w stanie wiecznej doskonałości. Nic się nie może zaciąć czy urwać. Nie może pęknąć żadna wyblinka czy perta pod nogami pracujących na rejach uczniów. Najmniejsze niedopatrzenie może kosztować ży­cie ludzkie.

Do wielu innych obowiązków, odziedziczonych przeze mnie po Kocie jako starszym oficerze, należy posiadanie ,w kabinie najlepszego gatunku wiśniówki, która nosi nawet techniczną nazwę - MEDYCYNA. Specjał ten od lat przekazują sobie kolejno starsi oficerowie „Daru”. Ma swe praktyczne zastosowanie na morzu, gdy wieczo­rem, po robotach, do kabiny przychodzi starszy bosman Białej Fregaty. Zasiada na kanapie, na biurku zjawia się natychmiast malutki kieliszek od likieru i butelka „medy­cyny”. Jest to obrządek czy rytuał, podczas którego usta­la się całokształt prac dziennych, omawia się wykonanie przez każdego ucznia roboty i przygotowuje się przydział prac na dzień następny.

Nazajutrz znów spotykamy się z bosmanem - o go­dzinie pół do szóstej na pokładzie, przed początkiem ro­bót; na to spotkanie bosman zjawia się z nieodzownym kubkiem czarnej kawy.

O godzinie pół do dziewiątej udajemy się wspólnie na wędrówkę po jednym z masztów, rozpoczynając oględzi­ny od jabłka na szczycie i sprawdzając stan każdej wanty, zabezpieczenie każdej wyblinki czy szakli.

Podczas tych podniebnych wędrówek bosman zawsze przypomina jak „my obadwaj” chodziliśmy zmieniać szakle - on jako żaglomistrz, ja jako uczeń. Wspomina, jak to używał mnie zamiast linobloku do naciągania brasów, by zluzować szaklę, jaką należało zmienić. Do wszyst­kich, którzy kiedyś byli na „Lwowie”, mówi zawsze po imieniu. Przypominamy sobie dawniejszych moich kole­gów...

W opiniach swych co do uczniów żaglomistrz nie mylił się nigdy. W stosunku do kandydatów zdanie swe - o ich przydatności do służby - wyrażał w swoisty sposób, wymieniając sumę pieniędzy, jaką już „odłożył” na dane nazwisko. Wielką wesołość budził potem kandydat wśród uczniów, gdy chwalił się, naśladując sposób mówienia bosmana Leszczyńskiego:

- Ja mam dla waju odłożone dwadzieścia groszy.

Twarz chłopca zaczynała się mienić, gdy się dowiady­wał od uczniów, że odłożona suma przeznaczona jest na... bilet powrotny do domu, jako dla nie nadającego się do służby na morzu. Wymieniona kwota była procentową oceną złej pracy.

* * *

W tej baśni na jawie zjawiały się i złe przepowiednie, idące z lądu. Dotyczyły nowego komendanta ”Daru” i mnie jako jego zastępcy. Dochodziły do nas w formie różnych powiedzeń, których treść była jednakowa: Utopią „Dar Pomorza”! Za młodzi!

O innych oficerach „Daru” nie mówiono już nawet, ponieważ byli znacznie młodsi od nas.

Rzeczywiście, obaj z Kotem mieliśmy mniej lat niż ka­pitan Christensen, komendant szkolnej fregaty norwe­skiej. Jego publicznego oświadczenia, że starszy oficer i osiemdziesięcioletni bosman norweskiego żaglowca mogliby się wiele nauczyć na „Darze”, nikt nie brał pod uwa­gę, choć „Dar” liczył sobie trzydzieści lat życia, a „Christian Radich” - tylko dwa.

„Utopią! Za młodzi”. Codziennie nieomal wysłuchiwa­liśmy relacji o naszej młodości.

Nie mogliśmy zaprzeczyć, że czuliśmy się młodo, skoro stale w pamięci stały nam żywo przygody kapitana Blooda. Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie mamy doświadcze­nia naszych nauczycieli. Ale wiedzieliśmy też, że się ni­czym nie damy zaskoczyć. Posiadaliśmy dostateczną dozę romantyzmu, znajomość matematyki i równowagę ducho­wą. Posiadanie tych trzech rzeczy uważaliśmy za nie­odzowny warunek, by się nie bać morza.

Znosiliśmy niezadowolenie trzech naszych młodszych kolegów z powodu decyzji o zwijaniu na noc górnych ża­gli. Staraliśmy się mieć stale dokładną pozycję i oddziel­nie ślęczeliśmy nad komunikatami meteorologicznymi, których „łapaniem” we wszystkich językach pilnie zajmował się nasz Diadia, Kwiatkowski. Usiłowaliśmy zawsze przewidzieć kierunek i siłę wiatru, jakiego możemy się spodziewać. Porównywaliśmy wyniki.

W chwilach wątpliwości Kot kładł pasjansa. Głowił się nad nim niekiedy całymi godzinami, wreszcie - myśląc, że go nikt nie słyszy - mówił sam do siebie półglosem: „Kto dla kogo? Ja dla pasjansa, czy pasjans dla mnie?” Przekładał kartę według własnej woli i pasjans wychodził. Decyzja była gotowa.

Do niektórych życiowych problemów na „Darze” nie mogłem się na razie przyzwyczaić. Oto na przykład.stale obijałem sobie nogi i głowę w obramowaniu drzwi wodo­szczelnych, których nie było na wyższych pokładach stat­ków pasażerskich. Chcąc mi przyjść z pomocą, Kot usiło­wał dopasować mnie do drzwi nazywając „Karzełkiem”. Ale był to sposób mało skuteczny.

Zupełnie odmienne cierpienia sprawiała szybkość „Da­ru”. W powrotnej podróży ze Sztokholmu mieliśmy jeden dzień bezwietrzny. Przeciętna szybkość wyniosła jedną milę na dobę. Motoru nie uruchamialiśmy. Wszystkie ter­miny obliczone były w zależności od wiatrów panujących w danym okresie i na danym obszarze. Motoru użylibyś­my tylko w ostatecznej potrzebie. Cały nerwostan należa­ło dopasować do przewidzianego rozkładu wiatrów, a nie do przypadkowej szybkości w danej chwili. Po dwudzie­stu węzłach „Piłsudskiego” ta zmienna szybkość „Daru” powodowała stałą chęć zwiększenia jej, pomimo że wcale nie potrzebowaliśmy się spieszyć.

Istotną i najbardziej dokuczliwą sprawą była koniecz­ność oszczędzania słodkiej wody. Termin ten na statkach pasażerskich był w użyciu głównie w rozmowach pomię­dzy starszym oficerem zamawiającym słodką wodę z lądu, cieślą okrętowym, który ją przyjmował, i „maszyną”, która ją przepompowywała. „Słodka woda” na trans­atlantykach to było już coś w rodzaju „terminu szczątko­wego”, pozostałego jako spuścizna po żaglowcach.