Выбрать главу

Na „Darze”, podobnie jak ongiś na „Lwowie”, słodka woda była artykułem największej wagi i mnie przypadła w udziale troska o jej oszczędzanie. Wiedząc, że Kot wyz­naje zasadę potrójnej jedności: „jeden litr na jeden dzień, na jednego człowieka”, przezornie wymogłem na nim własnoręcznie przez niego napisane oświadczenie, że mam prawo zużyć codziennie na kąpiel pół wiadra słodkiej wo­dy , bez cienia urazy z jego strony, .wypominania lub na­legania na rezygnację z tak nierozsądnej rozrzutności - nawet przy trawersacie oceanu. Z biegiem czasu, rozwa­żając' tę kwestię w płaszczyźnie oszczędności, udało się Kota przekonać, że oszczędzając na wodzie znacznie wię­cej wydajemy na lekarstwa.

Stosunki między nami ułożyły się więcej niż najlepiej. Zgodnie ze starą tradycją żaglowców, która dawała ofice­rom w czasie posiłków wytchnienie od „goniącego” ich stale kapitana, ten nie miał prawa jadać razem z oficera­mi w kajutkompanii, lecz tylko u siebie, w salonie. Jeśli chciał, zapraszał do siebie na obiad któregoś z oficerów, natomiast w kajutkompanii mógł być wyłącznie jako gość i to po każdorazowej zgodzie wszystkich oficerów. Wystarczył sprzeciw jednego oficera i zaproszenie nie mogło mieć miejsca.

Częste zapraszanie kapitana do kajutkompanii było oznaką dobrych stosunków między komendantem i oficerami, w imieniu których zapraszał starszy oficer. Po pierwszej podróży, na wniosek wszystkich oficerów, oficjamie zaprosiłem komendanta jako stałego gościa kajut­kompanii na czas nieograniczony, W momencie gdy zapraszałem Kota tytułując go oficjalnie: Panie komendancie! - odegraliśmy tę scenę ze znacznie większym uczuciem i zrozumieniem, aniżeli te, które odtwarzaliśmy w dzieciństwie, bawiąc się w kapitana Blooda.

* * *

Wszystkie dni na „Darze” należały do dni „ziszczeń” dziecinnych zabaw na tratwach. Do najpiękniejszych zaliczały się dni na morzu w SAN DOMINGO, czyli - dla ludzi o mniejszej wyobraźni niż nasza - zwyczajnie W NIEDZIELĘ. Podniesienie bandery w tym dniu miało w sobie coś z ostatniej sceny z kapitanem Bloodem na ''Niezwyciężonej''.

Mieliśmy również na pokładzie dwóch dostojników, którzy chcieli w podróży do Sztokholmu osobiście przekonać się, czy mamy dostateczne przygotowanie do kierowania uczniami i fregatą. Na naszych tratwach dziecię­cych nosiliby wspanialsze tytuły, na przykład: gubernato­ra Indii Zachodnich i admirała Zachodnioindyjskiej Floty Jego Królewskiej Mości (na tratwie wszystkie tytuły musiały być wymawiane wyraźnie i dokładnie). Na „Darze” musieli kontentować się tytułami: dyrektora Departamen­tu Spraw Morskich i radcy tegoż Departamentu.

Nie wątpiliśmy jednak, że czuli się tak samo jak i tamci dostojnicy z książki „Kapitan Blood”, gdy w bezchmurny, słoneczny dzień niedzielny stali na pokładzie rufowym Białej Fregaty, pochylonej w baksztagu pod wszystkimi żaglami.

Korsarze kapitana Blooda nie wyglądali bardziej ma­lowniczo niż wyrównane z lewej burty, stojące na baczność szeregi uczniów w granatowych mundurach i nara­miennikach ze złotymi kotwicami. Po prawej burcie stała załoga w świetnie skrojonych mundurach, wygolona, w sztywnych białych kołnierzykach i wzorowo zawiązanych krawatach. Na pokładzie rufowym zastygła w szeregu ca­ła kajutkompania, salutująca podnoszącą się wolno banderę. Dzwon okrętowy miarowo wybijał godzinę ósmą w „San Domingo”.

A nam z Kotem wydawało się w takich chwilach, że je­steśmy na tratwie o nazwie CUDOWNA.

* * *

Wolno przekładam kartki księgi materiałowej. „Utopią! Za młodzi” - te lądowe twierdzenia uporczywie przychodzą mi wciąż na myśl jak refren modnej piosenki.

Tłumaczę sam sobie, że Szkoła Morska przygotowała nas do służby na żaglowcach, ponieważ innego statku wówczas nie mieliśmy. Wszystkiego potem na parowcach musieliśmy douczać się sami.

„Utopią! Za młodzi!” - opinie te ciążą mi, powodując nieznośny „przechył”. Na skutek tego tylko już kilkakrotnie sprawdzam dokonane zamówienia pod wraże­niem, że coś przeoczyłem.

Pukanie do drzwi. Na moje „proszę” do kabiny wcho­dzi komendant.

- Karzełek, mam list dla ciebie. Jak widzę, nie prze­stajesz się martwić, że utopimy „Dar”. Nic się nie martw, w razie czego położymy pasjansa i wszystko będziemy wiedzieli.

To mówiąc oddaje mi list i wychodzi.

Wąska lotnicza koperta z kolorowymi brzegami ma na sobie znaczki Stanów Zjednoczonych. Uderza mnie od razu charakter pisma dobrze mi znany z „księgi rozka­zów nocnych”. List jest od ZNACZY KAPITANA, któ­rego po raz ostatni widziałem na noszach podczas trans­portowania go ze statku do szpitala i z którym nigdy nie korespondowałem.

Jest to jego pierwszy list do mnie. Czytając go czuję, jak szybko wracani do równowagi. List, utrzymany w to­nie niezwykle serdecznym, oprócz wielkiego zadowolenia z wiadomości, że jestem już na „Darze Pomorza”, zawie­ra jeszcze wiele takich słów, których w tej chwili potrze­buję najbardziej.

List ten wydaje mi się znakiem bractwa wtajemniczo­nych. Znakiem, który musiał nieodzownie przybyć w oz­naczonym momencie. I przybył.

Kapitan przemawiający do mnie z kartek listu nie mó­wił swym zwykłym oficjalnym tonem. Wbrew znanym na wszystkich naszych statkach opowiadaniom, że nawet w depeszach wysyłanych przez siebie używa słowa „znaczy”, za które urzędy pocztowe całego świata już nie pobierają opłat, otrzymany przed chwilą list nie zawierał ani jedne­go ZNACZY.

ZNÓW RAZEM

Straszny sen. Szaleje wojna! Nasz transatlantyk „Piłsudski”, na którym jestem starszym oficerem, stoi zakotwi­czony u wybrzeży jednego z państw alianckich. Szykuje­my statek do pełnienia nieznanej nam dokładnie misji, otoczonej głęboką tajemnicą.

Wyczuwamy z kapitanem, że na statku jest jakaś tajna organizacja, która stara się sparaliżować wszystkie nasze przygotowania. Wrażenie to potęguje się z każdym dniem zbliżającym nas do wyruszenia w podróż, ale nie możemy uchwycić nic konkretnego...

Zmęczony całodziennym doglądaniem robót przygoto­wawczych położyłem się o zachodzie słońca w ubraniu na tapczanie. Zdrzemnąłem się. Naraz wydało mi się, że ktoś jest w mojej kabinie. Na wpół senny poczułem, że ów ktoś wciska mi w rękę kartkę papieru i w tej samej chwili usłyszałem szelest zamykanych drzwi na korytarz. Zesko­czyłem szybko z tapczanu i zapaliłem światło. Na wciś­niętej mi w rękę kartce było napisane dużymi literami: „Chcą pana i kapitana zamordować! Należy natychmiast uciekać!”