Autokary „naszego konsula” obwoziły uczniów po całym Maroku. Wszystkich oficerów podejmował gościnnie w swej wspaniałej willi. Przyjęciem tym zaćmił uczty Lukullusa „kąpiąc” nas w najlepszym szampanie. Wreszcie oddał nam do dyspozycji swą wspaniałą limuzynę na zwiedzanie Maroka. Obejrzeliśmy wszystko, od farm strusich aż do wspaniałej wieży Hassana, która w swym wnętrzu zamiast schodów posiadała serpentynę; umożliwiała ona ongiś sułtanowi Yabout el Mansour wjechanie konno na szczyt wieży, skąd mógł objąć wzrokiem posiadłości” Islamu aż po Pireneje.
W Marrakeszu spędziliśmy jedną noc w luksusowym hotelu „naszego konsula”. O siódmej rano mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę, portier dostał polecenie obudzenia nas o godzinie szóstej.
Z Casablanki popłynęliśmy do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Wyspa małych złotych bananów stanowiła nową dla nas kartkę kolorowej baśni. Za możność oglądania Białej Fregaty ludzie rozchwytywali załogę, wozili po całej wyspie i starali się zgadywać nasze życzenia. Wydawało nam się niekiedy, że śnimy. Raz na przykład znaleźliśmy się na przyjęciu w górach, w hotelu-stanicy jak gdyby żywcem przeniesionej z kartek książki o gruzińskiej księżniczce, której na imię było Dżawacha. Zameczek, zawieszony nad przepaściami, w których snuły się zabłąkane białe chmury, przypominał orle gniazdo. Tworzył koronę na szczycie niedostępnych skał wyrzuconych na powierzchnię morza siłą wulkanu. Dookoła jak okiem sięgnąć widać było szafirowy ocean.
Z Las Palmas wyszliśmy zgodnie z rozkładem. Przed nami Wyspy Zielonego Przylądka - Ilhas do Cabo Verde. Idziemy do tej, która nazywa się Sao Yicente, zaopatrzyć się w słodką wodę, warzywa i owoce. Mają nam one wystarczyć na przejście oceanu.
Mała wysepka - widoczna jak na dłoni - drży cała od falującego nad nią powietrza rozgrzanego tropikalnym słońcem. Około siedemdziesięciu angielskich mil kwadratowych całego kramu.
Rzucamy kotwicę na redzie portu Mindelo. Po chwili jesteśmy w biurze agenta, który zaopatruje statki w wodę słodką i prowiant. Po załatwieniu formalności pytamy się go, czy na wyspie jest coś godnego uwagi. Agent nie namyślając się odpowiada krótko: nic! Po chwili jednak dodaje, że specjalnością wyspy są tańce, jeśli chcemy - możemy je zobaczyć.
W drodze z portu do „sali baletowej” agent zwrócił naszą uwagę na idące parami czarne dziewczęta. Każda para dźwigała na głowie olbrzymi bal bawełny. Wydawało nam się, że potężny bal musi rozgnieść niosące go wysmukłe Mulatki. Agent wyjaśnił, że to właśnie... tancerki.
Za chwilę siedzimy w dużym pokoju, w którym znajduje się podium i parę rzędów krzeseł. Na podium zjawiają się dwie czarne, smukłe tancerki o silnie zarysowanej muskulaturze. Sprawiają wrażenie posągów. Stają o parę kroków jedna od drugiej. Wydaje się, że nie widzą nikogo, tak s^ w siebie wpatrzone. Centrum zainteresowania każdej z nich stanowi muskularny brzuch partnerki. . Powoli zaczynają zbliżać się do siebie. Trudno to nazwać tańcem, wygląda raczej na to, że każda z nichsstara się zahipnotyzować partnerkę. Gdy zbliżają się do siebie na tyle, że się' nieomal stykają - każda robi szybki ruch mięśniami brzucha. Brzuchy stykają się i momentalnie odskakują od siebie. Towarzyszy temu tak silne klaśnięcie, jak gdyby ktoś strzelił z bata. „Audytorium” składające się z kilkunastu mężczyzn nagradza „prelegentki” burzliwymi oklaskami.
Nowa para dziewcząt ukazuje się na podium. Znów ta sama chwila długiego wyczekiwania na „zderzenie”. Tym razem jest ono znacznie głośniejsze, a brawa - jeszcze mocniejsze i dłuższe.
W ten sposób zjawia się na podium dziesięć par. Każdą parę ogląda się trzy razy. Występy pozbawione są nawet cienia kokieterii. Tancerki produkują się zupełnie nago, ale nagość konieczna jest tutaj jak konieczna jest przy operacji, nie przynosi ujmy i nie powoduje braku szacunku dla artystki. Wprost przeciwnie - zdolności artystyczne tego rodzaju są dowodem siły i zdrowia. Najgłośniejsze „brzuchomówczynie” otrzymują największe brawa i największą gażę.
Mindelo jest stacją bunkrową, zawija tu wiele statków. Krótkie seanse „brzuchomówczyn” są pokaźnym źródłem dochodów, z którego utrzymują się liczne rodziny na tym tropikalnym skrawku ziemi po wygasłym wulkanie.
Barbados leży na tej samej szerokości co i Wyspy Zielonego Przylądka. Idziemy więc stale na zachód, przecinając ocean. Mamy dobry wiatr.
Na każdym statku, a w szczególności na dużym żaglowcu, dzieje się najlepiej, jeśli trzy osoby nie mają fachowej roboty: kapitan, kapelan i lekarz.
Jeśli nie szalał sztorm lub śnieżyca i nie zaściełała drogi mgła - w wieczory wolne od rutyny dnia jedyną troską naszego „kapitana Blooda” było kąpanie znaczków pocztowych. Lepszy ich zbiór, według naszej oceny „na oko”, mógł mieć tylko król angielski. Nie słyszeliśmy, by ktokolwiek poza nimi dwoma zbierał je z taką gorliwością i w takich ilościach. Jedynie w czasie trawersaty oceanu kąpanie znaczków w luksusowej wannie („luksusowej” ze względu na marnotrawstwo słodkiej wody) było dla Konstantego Drugiego czymś nie do pomyślenia. Jako „pierwszy po Bogu”, odziedziczył ten zmysł oszczędności słodkiej wody po miłościwie panującym przed nim na „Darze” Konstantym Pierwszym.
Co do kapelana, to uczniowie stale narzekali, że ani jeden z nich nie posiada takiego doskonałego aparatu fotograficznego, który by zdołał uchwycić i utrwalić na kliszy jego pracę. Według nas, chłopcy byli temu sami winni: swym zachowaniem zmuszali okrętowego kapelana do kompletnej bezczynności.
Nasz doktor należał do specjalnej odmiany lekarzy okrętovych. Ich prototypem był Conan Doyle, który jako lekarz na poławiaczu wielorybów w Zatoce Baffina stworzył postać Sherlocka Holmesa. Nasz lekarz okrętowy opisał na razie wszystko to, co widział w swych trzech wyprawach kajakowych: do minaretów Stambułu, do Aten i Pireusu oraz - do Szanghaju; w drodze do tego ostatniego, po przebyciu kilku mórz i Oceanu Indyjskiego, utknął w Indiach na Gangesie. Obecnie na pokładzie Białej Fregaty zbierał nowe materiały do swych prac podróżniczo-literackich. Rozkładowe zajęcia, związane z czuwaniem nad higieną i zdrowiem załogi, pozostawiały mu jeszcze wiele, wiele wolnego czasu.