Cała trójka po skończonej „ostatniej psiej wachcie” nie miała zazwyczaj już nic do roboty. Dla odpoczynku zasiadali do brydża. W salonie, z lewej burty, było specjalne wgłębienie, pośrodku którego stał stół otoczony wygodnymi siedzeniami w formie kanapy. Ale przekładanie kart w trzech nie daje tyle radości co w czterech. Jedynym „czwartym do brydża”, którego mogli wieczorami zmusić do gry był - poza intendentem - starszy oficer, to znaczy ja.
O grze w brydża nie miałem pojęcia. Wieczorami uczyłem się hiszpańskiego. Oprócz tego „Dar” zaopatrzony był w ciekawą bibliotekę złożoną przeważnie z dzieł podróżniczych. „Godzina brydżowa” zastawała mnie na mojej wysokiej, na kilku szufladach położonej koi, obłożonego książkami. Jeśli Major (intendent) nie miał czasu, by stać się czwartym partnerem, cała wspaniała trójka zjawiała się u mnie w kabinie, obiecując dobre wino i „nadzwyczajne” owoce; obiecywali nawet solennie, że nic mi nie powiedzą, jeśli „wyjdę” w nieodpowiednią kartę.
Po długich namawianiach udawałem, że wierzę w to ostatnie i szedłem do salonu. Wino było dobre, nastrój też, aż do momentu, w którym „kapitan Blood” krzyczał strasznym głosem:
- Kto kładzie króla?!
Było to jawne niedotrzymanie umowy. Zabierałem się do wyjścia. Doktor rzucał się na mnie i zatrzymywał siłą. Kapelan uspokajał komendanta. Zaczynaliśmy grę na nowo, zanim znów nie położyłem tego nieszczęsnego króla. Co najdziwniejsze, Kot zawsze skądś wiedział, że ja mam również waleta i że to zamiast niego kładę owego króla.
Najbardziej jednak bałem się nie rozgrywek, a licytacji, którą - według określenia Kota - „nawet dziecko rozumie”. Nigdy naturalnie nie graliśmy na pieniądze. Prawdziwie wygranym był ten, kto potrafił wygrać mając za partnera starszego oficera.
By utrzymać całą załogę w dobrej kondycji fizycznej, lekarz wymyślał najrozmaitsze ćwiczenia dla wszystkich; zawody sportowe dla uczniów i gimnastykę na świeżym powietrzu dla kajutkompanii.
Gdy kończyliśmy z wachtowym oficerem obliczanie pozycji z gwiazd, doktor już stał na rufie i czekał, by „znęcać się” nad nami pod osłoną ciemności, nie narażając naszej godności wobec uczniów.
Gimnastyka, podobnie jak i brydż, kończyła się awanturą, jeśli Kot nie mógł wykonać któregoś z zaleconych przez doktora ćwiczeń. Rozpoczynało się to od krzyku „Wacek!...”, potem następowały epitety zależne od trudności wykonywanego ćwiczenia, aż wreszcie przychodziła konkluzja: „...naumyślnie dajesz takie ćwiczenia, których wiesz, że nie potrafię wykonać!”
Po ćwiczeniach zazwyczaj długo jeszcze leżeliśmy na rufowym pokładzie, zapatrzeni w migocące jasnym światłem „tropikalne” gwiazdy. Wydawało nam się, że są jaśniejsze i większe aniżeli te nasze, rodzime.
Na roziskrzonym niebie rysowały się czarne sylwetki napiętych od wiatru żagli. W takich chwilach nie istniały lądy. Świat składał się z wody, wiatru i gwiazd, do których lecieliśmy...
Wieczorem mieliśmy zobaczyć światła wyspy Barbados. Ulewny deszcz psuł nam piękno tropikalnej nocy i ograniczał widzialność. Wskutek tego światło latarni morskiej odkryło się nam zaledwie parę mil od wyspy, ale w przewidzianym ściśle namiarze. Zgodnie z rozkładem rejsu w oznaczonym dniu rzuciliśmy kotwicę w zatoce Carlisle na redzie Bridgetown. Tutaj właśnie w siedemnastym wieku rzucił kotwicę żaglowiec „Kupiec Jamajski”. Na jego pokładzie znajdował się w charakterze niewolnika kapitan Blood. Miano go sprzedać z licytacji na targu w Bridgetown.
Bridgetown jest stolicą i portem Barbadosu - wyspy, na której „rośnie” dwieście tysięcy Murzynów. Rosną gęsto, około tysiąca dwustu pięćdziesięciu na jedną milę kwadratową. Mil tych posiada cała wyspa tylko sto sześćdziesiąt sześć.
W tych miejscach, gdzie nie rosną Murzyni, rośnie gęsto trzcina cukrowa. Anglicy, na tej bezludnej wyspie odkrytej przez ich okręt „Olive Blossom”, zasadzili trzcinę cukrową, a dla jej kultywowania - zasadzili Murzynów. W ten sposób zmienili wyspę w „wulkan cukru”, z którego jak lawa płynie na świat w setkach tysięcy ton rocznie melasa, cukier i rum.
Nie zobaczyliśmy już na wyspie brodatych figowych drzew, od których Portugalczycy nazwali wyspę „brodatą” (Barbados). Wszystko, co na niej rosło, wyparte zostało przez trzcinę cukrową i Murzynów.
Deszcz całkowicie zgasił pragnienie oglądania miejscowości, gdzie kapitan Blood z niewolnika przeobraził się w korsarza. Niekiedy tylko w rzednących smugach deszczu można było z daleka dojrzeć mury fortu Świętej Anny. Był on ongiś niemym świadkiem zmiany nazwy hiszpańskiego okrętu „Pięć Ran” na korsarski „Arabella”.
Przez trzydzieści dni tropikalna ulewa nękała bez wytchnienia nasze życie na „Darze”. Musiało się ono przed nią kryć pod rozpięte tenty, które miały nas chronić przed „palącymi promieniami podzwrotnikowego słońca”.
Dni szumiące ulewą musieliśmy wypełniać wykładami teoretycznymi, lekcjami angielskiego oraz reperacją i szyciem żagli. Zaczynaliśmy dobrze rozumieć nastroje, jakim ulegać musiał najstarszy, znany z imienia, kapitan marynarki handlowej - Noe. Dziesięciu dni zabrakło do tego, by i nas mogła dotyczyć znana piosenka:
Przez dni czterdzieści padał deszcz,
Pan ziemię wodą raził.
Przez dni czterdzieści Noe pił,
Spod beczki nie wyłaził...
Jeden tylko człowiek docenił od razu tę lejącą się z nieba wodę: lekarz okrętowy. Od czasów owej pamiętnej choroby komendant czuł do doktora nieutulony żal, pomimo że, jak się okazało, sam był winien. Kot cierpiał niekiedy na bezsenność i zażywał jakieś lekarstwo przepisane mu przez lekarza na lądzie, które według jego mniemania nie mogło absolutnie obchodzić lekarza okrętowego. Wobec tego nigdy mu o lekarstwie nie wspominał. Doktor przypadkiem zobaczył Kota zażywającego tamto lekarstwo i wpadł w szał - ono właśnie powodowało wysypkę, z jaką nie mógł dać sobie rady. Wynikła niebywała awantura, podczas której doktor powiedział Kotowi, że ma fiołki w głowie, może nawet siano albo - zwykłą sieczkę. I aby można go było leczyć - należałoby najpierw usunąć mu z głowy owo ziele...