Zaczęła się między nimi wojna. Kot nie mógł zapomnieć doktorowi fiołków, siana oraz sieczki i starał się mu dokuczyć, jak tylkq mógł. Wspaniałą okazję stwarzała wydzielana w mikroskopijnych ilościach „słodka” woda, której ilość w każdym dniu na godzinę dwunastą odnotowywano w odpowiedniej rubryce dziennika okrętowego.
Słodka woda była „progiem”, o który co dzień ktoś zaczepiał. Był to temat na fregacie stale aktualny. Kot interesował się nią z taką samą uporczywością, z jaką czynił to niegdyś kardynał Richelieu, który opiekę nad słodką wodą ujął w żelazne ramy ustaw. Te wspólne z Wielkim Kardynałem zainteresowania pozostały komendantowi po służbie na francuskich okrętach chodzących na Daleki Wschód oraz po wielu latach pływania na żaglowcach „Lwów” i „Dar Pomorza”. Kot pamiętał doskonale, na jakiej wyspie i w jakim porcie jest najlepsza słodka woda, i martwił się po kryjomu, że w tym roku nie możemy zaopatrzyć „Daru” w źródlaną wodę z Przylądka Dobrej Nadziei, którą swego czasu okręty duńskie zabierały dla dworu królewskiego w dalekiej Zelandii. W „ustach” króla duńskiego woda ta uchodziła za najsłodszą i najzdrowszą na całym świecie.
Kot nie pozwalał używać podczas podróży słodkiej wody do kąpieli, uważając, że aby się orzeźwić, „pod ręką” jest dostateczna ilość wody słonej. Doktor słysząc mnie kąpiącego się w łazience w „moich” paru litrach, które przezornie zagwarantowałem sobie pisemną umową dobrowolnie podpisaną przez komendanta, usiłował wywalczyć nieco słodkiej wody również i dla siebie. Na prośbę doktora Kot odpowiedział zaczepnie:
- Kogo będziesz operował? Kto ci się pozwoli operować po tych wszystkich operacjach, których dokonałeś na mnie? - Kot każdy zastrzyk zrobiony mu przez doktora uważał za wielką operację chirurgiczną. - Lekarze tylko przed operacją się ,myją, i to jedynie rępe!
Gdy doktor nastawał mocniej, huknął:
- Ja znaczków, takich małych - tu pokazał dwiema rękami, jakie małe są znaczki pocztowe - nie kąpię, a będę słodką wodę marnował na cały kilometr? (doktor miał około dwóch metrów wysokości).
W odpowiedzi .doktor, który lubił popisywać się niekiedy znajomością na pamięć całego „Potopu”, bardzo nieprzezornie zacytował z niego jedno zdanie:
- „Waści szpakami musieli za młodu karmić...”
I od tej chwili się zaczęło:
- Szpaki to ja jadłem, ale ty masz żywe w głowie. Ooo, teraz, przed chwilą widziałem, jak jeden wystawił dziób z prawego ucha!
Do czasu tej rozmowy, jeśli doktor coś zaproponował, Kot przypominał sobie natychmiast dokonane na nim „operacje” i sprzeciwiał się kategorycznie, ale potem... jakoś to było. Od rozmowy o szpakach wszystko się zmieniło.
Któregoś dnia usłyszeliśmy w salonie BA! BACH! wydane głosem, na ile si} starczyło. Po chwili radosny okrzyk Kota oznajmił:
- Zabiłem, zabiłem! Akurat szpak głowę wystawił z lewego ucha Wacka, wycelowałem i zabiłem! Już teraz Wacek ma o jednego szpaka mniej w głowie. Poczekaj, zobaczysz, wszystkie szpaki ci wybiję!
Następnego dnia po rzuceniu w deszczową noc kotwicy na redzie Barbadosu doktor wpadł do kajutkpmpanii rozradowany i mokry, w kąpielówkach tylko, z wiadomością, że można się wspaniale kąpać na deszczu, że się stoi pod dobrym prysznicem. W porywie dobrego serca, zachwycony taką ilością słodkiej wody z nieba, doktor pobiegł do salonu komendanta, by mu to zakomunikować.
Po chwili usłyszeliśmy głośne „ba, bach!” i radosne:
- Zabiłem, zabiłem! Znów o jednego szpaka mniej w głowie!
Z salonu wybiegł doktor w kąpielówkach, a za nim leciały słowa:
- Eureka! Nowy Archimedes! Wymyśl jeszcze coś nowego! Jak już teraz masz wodę z nieba, to wymyśl podróż kajakiem na księżyc. Wymyśl! Ale może to już był ostatni twój szpak i nic więcej nie wymyślisz?
Piętnaście minut po tej „wojnie” wyszedłem na pokład mfowy. Zastałem na nim nagiego, namydlonego Kota, który kąpał się pod kaskadami wody lecącej z rozpiętego nad pokładem ten tu. Gdy mnie zobaczył, zaczął bardzo miłym głosem zachęcać do kąpieli na deszczu, twierdząc, że woda jest znacznie przyjemniejsza od naszej „starej” okrętowej i że mydło znacznie się lepiej w niej mydli. Propozycja ta w niczym nie naruszała pisemnej umowy, w której było zastrzeżone: „Żadnych propozycji na temat oszczędzania wody słodkiej, zagwarantowanej dla mnie tą umową”.
Kąpaliśmy się wszyscy „na zapas” podczas całego postoju koło Barbadosu, zresztą nie tylko na pokładzie, ale i na plaży. Wzbudzaliśmy tym przerażenie wśród mieszkańców wyspy, gdyż w tym czasie Murzyni setkami chorowali na zapalenie płuc i dziesiątkami umierali ze straszliwego według nich zimna.
Wreszcie wśród tropikalnej ulewy wybraliśmy kotwicę, którą w identycznych warunkach rzuciliśmy w tym miejscu przed, miesiącem. Mokre żagle - z trudem kolejno stawiane - nabierały wiatru, ale za rufą Białej Fregaty nie pozostało nic. Niczego nie było widać, tak jak nie było widać i wówczas, gdy przyszliśmy na redę Bridgetown.
Następnego dnia po wyjściu z Barbadosu ukazało się słońce i ustał deszcz. Udało się nam Kota przekonać, że po przebyciu oceanu zostało nam tyle słodkiej wody, iż wystarczyłoby jej jeszcze na dwie takie trawersaty, Wobec tego można było pozwolić na codzienną, naturalnie bardzo oszczędną kąpiel w słodkiej wodzie dla wszystkich na „Darze”.
Kot, który przyzwyczaił się sam do ciągłych kąpieli deszczowych w okresie miesięcznego pobytu na Barbadosie, zgodził się na spłukiwanie soli słodką wodą, po kąpieli w .wodzie słonej.
- Ale tylko raz dziennie! - zastrzegł.
Po wyjściu spod wodnej pokrywy na Barbadosie szliśmy teraz w blasku tropikalnego słońca przez „raj na ziemi” odkryty przez Kolumba.
Na śnieżnobiałych żaglach lecieliśmy drogami huraganów. Pas ich ciągnie się od trzeciego do siedemnastego stopnia szerokości północnej, poczynając od Wysp Zielonego Przylądka. Przez setki lat pamięta się huragany, które tędy przeszły. Kolumb zostawił opis jednego z nich. Zginęły wtedy setki ludzi, dziesiątki żaglowców oraz olbrzymi ładunek złota. W ładunku zatopionego złota znajdowała się największa samorodna bryła złota, jaką w owych czasach wydobyto w Indiach Zachodnich. Ważyła sto osiemdziesiąt siedem i pół funta.