Z morza powiadomiliśmy władze miasta Mayagiiez leżącego nad tą zatoką, że staniemy na kotwicy o godzinie ósmej rano. Ze zdziwieniem więc powitaliśmy holownik, który już o szóstej wyszedł na nasze spotkanie, przywożąc ze sobą olbrzymią pocztę z kraju. Formalności sanitarno-celne odbyły się z błyskawiczną szybkością.
Potomkowie Hiszpanów z Puerto Rico byli czarująco uprzejmi. Wyrazili swą radość, żeśmy przybyli do nich z taką punktualnością, dokładnie w terminie zapowiedzianym jeszcze przed kilkoma miesiącami, co pozwoli im całkowicie wykonać opracowany program. Słuchaliśmy tego ze zdumieniem, nie rozumiejąc, co ma wspólnego ich program z naszym. Na razie położyliśmy to na karb nieścisłości językowych.
Wszystkie osoby, które przyjechały nas witać, przeszły z holownika na pokład i przedstawiły się jako członkowie Komitetu Przyjęcia „Daru Pomorza” w Mayagiiez. Byliśmy mile zdziwieni.
Przy wejściu do zatoki wynikło nieporozumienie. Komitet chciał, żebyśmy przycumowali do reprezentacyjnego mola Mayagiiez, na co my nie byliśmy przygotowani, przewidując wyłącznie postój na kotwicy. Wobec tego umówiliśmy się, że na razie rzucimy kotwicę, a o dwunastej przycumujemy do nabrzeża.
„Kapitan Blood” szykował się do złożenia oficjalnych wizyt. Przed jego powrotem mieliśmy zdjąć się z kotwicy i podejść do mola. Kot w paradnym mundurze, w asyście nieodstępnego w takich wypadkach Diadi, zszedł z wszystkimi ceremoniami do motorówki, która ruszyła do mola. Gdy wyszedł na ląd, czekały go tam już władze municypalne oraz przedstawiciele wszystkich nieomal miejscowych instytucji. Wspaniała orkiestra odegrała polski hymn narodowy. Ponieważ osobistości, którym Kot miał składać wizyty, witały go właśnie na nabrzeżu, wobec tego wszyscy znaleźli się za chwilę w motorówce i razem z komendantem - na „Darze Pomorza” .
Gdy tylko przycumowaliśmy do nabrzeża, przybyła nowa grupa gości, Tctóra wręczyła nam maszynopis na dwóch stronicach, zawierający... szczegółowy program naszego pobytu w Mayaguez przez okres całego miesiąca. Wynikała z niego, że każdy dzień miał się rozpoczynać wycieczką autokarami na zwiedzanie wyspy lub ważniejszej instytucji i zakładów miasta. Po wycieczce, przed zachodem słońca, program przewidywał parę godzin wytchnienia. Wieczorem - bale lub przyjęcia.
Wszelkie nasze próby odzyskania wolności spotkały sięx z tak ostrym sprzeciwem, że milcząco musieliśmy skapitulować i zgodzić się na wszystkie przedstawione nam „warunki”. Do naszej dyspozycji pozostawiono tylko pierwszy dzień, a raczej jego zakończenie, oraz przedostatni wieczór za miesiąc, w przeddzień wyjścia w morze.
O siódmej rano następnego dnia uczeń trapowy zameldował limuzynę przy statku. Okazało się, że to dyrektor miejscowego Uniwersytetu Rolniczego osobiście przywiózł dla załogi „Daru” pełen samochód owoców z uniwersyteckich plantacji. Były to najwspanialsze okazy ananasów, pomarańcz, grejpfrutów, bananów, avocados („gruszek aligatora”), mango oraz innych gatunków rosnących na doświadczalnych plantacjach. Od tego dnia do końca naszego pobytu na wyspie, zawsze o tej samej godzinie, zjawiała się przy „Darze” limuzyna z dyrektorem i owocami.
O godzinie ósmej trzydzieści zabierały nas autokary na zwiedzanie wyspy. Przez lasy cedrowe, palmowe i bambusowe jeździliśmy po wspaniałych autostradach do najpiękniejszych miejscowości. Podejmowano nas co dzień innymi potrawami, ich nazw nie byliśmy w stanie spamiętać. Wiele z nich podobno jadali jeszcze Indianie, których zastał tu Kolumb. Raczono nas krewetkami, langustami, prosiakami w cieście bananowym i „czymś” zapiekanym w liściach, w gorącym popiele.
Przed zachodem słońca odwożono nas na „Dar”, ale o dziewiątej musieliśmy już być na balu lub na przyjęciu. „Kadeci z Polski” byli najbardziej egzotycznymi gośćmi jacy kiedykolwiek na wyspie przebywali, robili przy tym szybkie postępy w tańcach, wzbudzając zachwyt na zabawach urządzanych w coraz to innych salach.
Kajutkompania natomiast co wieczór musiała bywać na przyjęciach organizowanych kolejno przez wszystkie kluby, instytucje naukowe i stowarzyszenia. Odwiedziliśmy miedzy innymi klub milionerów, noszący nazwę „Klubu Lwów”. Mieścił się on w „chacie” zbudowanej na wzór budowli indiańskiego szczepu Borinąuenos, który żył tu w czasach Kolumba. „Chata” klubowa była wysoka i przewiewna, jej ściany oraz dach stanowiło poszycie z dużych liści palmowych. Podczas przyjęcia, przed rozpoczęciem posiłku, każdy członek klubu musiał stanąć na krześle i po wymienieniu przez przewodniczącego jego nazwiska zaryczeć jak znany bywalcom kin lew, zapowiadający filmy wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer.
Dom mera miasta Mayagiiez, seńora Marina, stał się dla kajutkompanii „Daru” prawie domem rodzinnym. Mer miasta był z zawodu aptekarzem, jego synowie zaś - inżynierami posiadającymi dyplomy wyższej uczelni w Stanach Zjednoczonych. Inżynierem była również córka mera. Ta dwudziestokilkuletnia dziewczyna, podobna do słynnej aktorki filmowej Joan Crawford, kierowała samodzielnie własną rafinerią rumu i likierów, a za najmilszą rozrywkę uważała szalony jazdę swymi sportowymi samochodami, które prowadziła i niewiarygodną wprawą i szybkością. Mieszkali wszyscy w olbrzymim parku, każde miało swą oddzielną „chatę indiańską”, luksusowo urządzoną. W parku pełno było sztucznych sadzawek, które leżały jak lustrzane tafle wśród tropikalnej zieleni, otoczone trzcinami i pełne najdziwaczniejszych kolorowych ryb. Wolne chwile lubiliśmy najbardziej spędzać w zaczarowanym parku seńora Marino. Zresztą, wzięci „do niewoli” przez Hiszpanów, niewiele mieliśmy czasu na własne sprawy. Zadowoleni byliśmy, jeśli udało nam się wyspać.
Znajdowaliśmy się wszyscy pod szczególnym urokiem dyrektora Uniwersytetu Rolniczego. Czarujący ten człowiek, zaopatrujący codziennie uczniów w owoce, posiadał najpiękniejszy chyba na świecie sztab naukowy. Wszystkie asystentki profesora miały ukończone studia w uniwersytetach Stanów Zjednoczonych, a każda z nich śmiało mogła stawać do konkursów piękności. Asystentki prowadziły poszczególne działy na uniwersytecie. Dla nas - wszystkie razem - stanowiły dziewiąty cud świata. Nic dziwnego, że pięknemu „sztabowi”, któremu nikt na wyspie nie mógł się oprzeć, byliśmy ślepo posłuszni. Kiedyś, przez nieporozumienie, zjawiliśmy się na kolejnym balu bez „kadetów”. Tak zrozumieliśmy zaproszenie. W olbrzymiej sali balowej konserwatorium zostaliśmy otoczeni przez setkę uczennic, ubranych w piękne krynoliny i nie ukrywających swojego rozgoryczenia. Garstka naszej kajutkompanii stanęła przed sądem wyraźnie zasmuconego „sztabu” piękności: - Gdzie są kadeci? Bądźcie uprzejmi i popatrzcie, coście zrobili! Popatrzcie na twarze dziewczynek!