Była godzina dziesiąta wieczorem. Postanowiliśmy ratować sytuację. - Czy możecie dać nam dwadzieścia samochodów? - zapytaliśmy. - Za pół godziny wszyscy uczniowie będą na sali!
„Sztab” myślał, że żartujemy, ale ponowiliśmy prośbę o samochody. Po paru minutach dzwonek alarmowy na „Darze” postawił załogę na nogi. Ogłoszono: - Za piętnaście minut wszyscy wolni od służby mają stanąć na zbiórce, ogoleni, w tropikalnych mundurach. Można po sobie nie sprzątać.
O pół do jedenastej „kadeci” wkroczyli w kolumnie czwórkowej na salę. Brawom nie było końca. Chłopcy wzbudzili podziw swą dyscypliną, szybkością wykonania rozkazów i wyglądem. Był to chyba najpopularniejszy wyczyn „nawigacyjny” w ich życiu.
Wszystkie dzienniki Mayagiiez codziennie wypełniały nasze fotografie. Oglądaliśmy siebie na wycieczkach; w miejscu, gdzie wylądował Kolumb; na trybunie, przyjmujących defiladę korporacji studenckich; w Rotary Club i w Lion Club; na plantacjach avocado; w rafinerii trzciny cukrowej. Byliśmy stale obdarowywani. Córka mera zaopatrzyła każdego z nas w dwanaście najlepszych gatunków likierów. Zaczęliśmy zatracać poczucie rzeczywistości. Nie wiedzieliśmy już, jak się za to wszystko odwdzięczyć. Zostaliśmy ogołoceni ze wszystkiego, co się nadawało na pamiątki. Co tylko było z Polski i mogło spełniać rolę „suwenirów” - znikło z kabin.
Ostatecznie kajutkompanii nadano, obywatelstwo honorowe miasta Mayaguez. Stolica wyspy - San Juan - kipiała zazdrością. W domu mera ze śmiechem opowiadano sobie, co na ten temat mówią w San Juan. Największa zagadką dla wszystkich było, dlaczego nie zawinęliśmy do San Juan, lecz do nie znanego nikomu Mayaguez?
Ale ostatecznie San Juan nie wytrzymało i zażądało przyjazdu komendanta „Daru Pomorza” do stolicy. Zjawił się pułkownik, by zabrać naszego „kapitana Blooda”. Do San Juan mieli jechać samochodem, wrócić natomiast samolotem, by komendant mógł jeszcze zdążyć na przyjęcie dla prasy, które organizowaliśmy na statku po zachodzie słońca.
Samolot należał do tych środków lokomocji, jakich nasz „kapitan Blood” starał się unikać. Kiedyś musiał lecieć z Gdyni do Warszawy z żoną i córeczką Krysią. Gdy dolatywali do Warszawy, Kot zobaczył przez okno samolotu, że cały płat skrzydła pękł i za chwilę się oderwie. Przejęty grozą skamieniał i czekał w milczeniu, kiedy runą na ziemię. Męczył się sam. Wolał, by żona i córeczka o niczym nie wiedziały. Milczał.
Kiedy wylądowali szczęśliwie na lotnisku, Kot poszedł obejrzeć pęknięte skrzydło i wówczas dopiero dowiedział się, co to są lotki. Przysiągł sobie jednak, że nigdy więcej samolotem nie poleci. Niestety, obecnie sytuacja wyglądała beznadziejnie i nikt nie miał wątpliwości, że Kot będzie musiał wracać samolotem.
Naturalnie musiał z Kotem jechać Diadia. Dla nas wszystkich ze Szkoły Morskiej Diadia uosabiał postać, która BYŁA, JEST I BĘDZIE. Diadia zrobił ongiś w swym życiu stuletni krok wstecz, przechodząc z okrętu podwodnego na stary żaglowiec. Diadia był tym, który na zakupionym w lecie 1920 roku statku szkolnym „Lwów” wysłał w eter pierwszy jego sygnał - PBAL. Diadia z powietrza łapał wiadomości o mających przyjść wiatrach i ich sile. Musiał znać wiele języków, by zrozumieć wszystkie nadawane ostrzeżenia. Diadia na statkach szkolnych pracował na muzealnych niekiedy aparatach, budząc podziw w portach zagranicznych ich doskonałym stanem używalności. Diadia miał wspaniałą pamięć - pamiętał wszystko i wszystkich. Gdy przyszliśmy po raz pierwszy na „Lwów”, Diadia był dla nas wilkiem morskim o atletycznej budowie. U Diadi musiało być wszystko zrobione na czas i dokładnie. Z przełożonego stał się naszym kolegą. Teraz, gdy wchodził do salonu, stawał służbiście na baczność i salutował, lecz gdy nikogo nie było w pobliżu, rozpoczynał swe „zapotrzebowanie” w formie zupełnie bezpośredniej: - Kot, gdzie są części do logu? Zamówiłeś? Gdzie są cewki, o które prosiłem? Zamówiłeś?
Diadia nie przewidywał uchybień od terminów.
Na samą wzmiankę o leceniu samolotem Kot od razu zawołał:
- Diadia, lecimy! I zabieramy „drugiego”!
„Drugi” - to jest mąż Lu-lu - z powodu swego egzotycznego małżeństwa uchodził w oczach Kota nieomal za tubylca Zachodnich Indii.
Po odjeździe Kota ze świtą do San Juan cały dzień zbiegł nam jak zwykle na zwiedzaniu wyspy. Byliśmy już z powrotem na statku, gdy samochód przywiózł z lotniska „kapitana Blooda” i jego adiutantów. Relację o wszystkim co było, zaczai oczywiście nasz „drugi”, który miał niepowszedni dar opowiadania, wzmocniony obrazową gestykulacją i niezrównaną mimiką. Stojąc w kajutkompanii odtwarzał wszystkie szczegóły triumfalnego wjazdu do San Juan. Opisywał wspaniały wygląd komendanta przyjmującego defiladę garnizonu San Juan: piechoty, czołgów, samolotów. Opowiadał, jak komendant ani drgnął i ze spiżową twarzą - „o, taką!" - groźnie lustrował każdy guzik mundurów maszerujących oddziałów. Palcami wyczarowywał na stole defilujące kompanie i toczące się czołgi. Przyciągał brodę do szyi, demonstrując marsowy wyraz twarzy komendanta lepiej, niż to robił on sam. Imitował lecące samoloty: rozpostarte na płask dłonie furczały „Whiiiii!". Przed naszymi oczami leciały eskadry, jedna za drugą. Na końcu defilowała kawaleria na wspaniałych koniach. Wreszcie galowe przyjęcie w pałacu gubernatora Puerto Rico. Generałowie, konsulowie... W głowach nam się mąciło, słuchając tego wszystkiego.
- Jutro przyślą dzienniki i fotografie. Zblednie nasze Mayagiiez, pęknie z zazdrości na widok przyjęcia, jakie zgotowało nam San Juan.
„Drugi" tak świetnie opowiadał, ,że nie dał przyjść do słowa Kotowi. Nawet Diadia siedział oczarowany i zasłuchany, przeżywając widocznie po raz drugi wielki dzień. Pod wrażeniem opowiadania Kot przekształcił się w naszych oczach w rzeczywistego kapitana Blooda. W momencie zaś, gdy „drugi" opowiadał, z jaką swobodą Kot rozmawiał z generałami, orzekliśmy, że będziemy nazywali go KONSTANTYM WIELKIM.