Выбрать главу

Wieczorem, po przyjęciach, wróciliśmy w rozmowie do wydarzeń w San Juan. Zaczęliśmy wypytywać Dładię o jego wrażenia. Obraz odtworzony przez Diadię różnił się nieco od przedstawionego nam przez: „drugiego". Guber­nator przyjął ich we wspaniałej starej fortecy - Fortaleza. Z matki Polki, zachował bardzo żywe zainteresowanie jej ojczyzną i polskie zamiłowanie do koni. Po przyjęciu zawiózł ich wszystkich do swej wspaniałej stadniny. Kot, który był kawalerzystą i znając konie od dzieciństwa ob­darzony był darem oceniania ich charakteru oraz zdol­ności z wyglądu - zadziwił gubernatora. Kiedy Kot traf­nie ocenił zalety i wady wszystkich koni, zdumiony gu­bernator wykrzyknął:

- Panie, kim pan właściwie jest? Kapitanem żaglowca, czy hodowcą i właścicielem stajni wyścigowej?

Po  zwiedzeniu  stolicy  i  galowym  obiedzie  odjechali wszyscy na lotnisko, serdecznie żegnani przez zachwyco­nego Kotem gubernatora.

Na widok samolotu Kot trochę zbladł i wyszeptał:

- Diadia, to stary grat! Rozleci się w powietrzu!

Gdy już zniknęło za nimi San Juan, jeden z silników samolotu zaczął dziwnie terkotać. Siedzący przy pilocie mechanik podszedł do szafki umieszczonej w ogonie samolotu, wyjął z niej młot oraz drewniany kołek, otworzył drzwiczki samolotu, wychylił się na skrzydło i wbił drew­niany kołek pomiędzy podstawę silnika a skrzydło.

Na ten widok Kot zdrętwiał. Blady jak ściana szepnął do Diadi:

- Diadia, ta paczka w szafie, to dla żony, a ta na ka­napce... dla Krysi...

Po złożeniu tego ustnego testamentu zamknął oczy i czekał na to, co będzie. Zginąć mogli wszyscy, z wyjątkiem Diadi. Diadia był niezniszczalny.

* * *

Ostatni bal w Mayagiiez. Tym razem — na Białej Frega­cie. Byliśmy w niemałym kłopocie. Nie mogliśmy zaprosić wszystkich mieszkańców Mayagiiez, lecz tylko bardzo ograniczoną ich ilość. Nie mieliśmy nawet prawa wyboru, gdyż każdy w tym mieście stał się nam bliski, bez różnicy .wieku, płci i wykształcenia.

Nie pozostawało nam nic innego, jak postawić sprawę otwarcie: chcielibyśmy zaprosić wszystkich, więc niech Komitet wybierze tych, którym to sprawi największą przyjemność.

Chłopcy od paru tygodni szykowali statek do tego przyjęcia. „Dar" mienił się grą barw i świateł. Buchające czerwonych wywiewników snopy czerwonych świateł sprawiały wrażenie, że cała fregata pulsuje. Z daleka wyglądała jak okręt wypełniony żarem.

Bal od dziesiątej wieczór do szóstej rano minął jak mgnienie oka. Słońce pomagało nam żegnać najmilszych ludzi, jakich dotychczas udało nam się spotkać na „szla­ku kapitana Blooda”.

Po odejściu gości zapanowała nagle na fregacie wielka cisza. O kładzeniu się spać nie mogło być nawet mowy. Należało szybko przygotować statek do wyjścia w morze.

Staliśmy z Kotem na rufie, gdy nadszedł intendent „Daru Pomorza”, jedyna osoba wtajemniczona w naszą „podróż śladami kapitana Blooda”. Stanął przed Kotem w postawie służbowej, zasalutował i zameldował:

- Kapitanie Blood! Hiszpanie, odchodząc, zabrali wszystkie srebra okrętowe!

Na razie Kot nie mógł zrozumieć, co Major chce przez to powiedzieć:

- Tadziu! Mów po ludzku. Jakie srebra?

Ale intendent nie zmieniając swej służbistej postawy powtarzał:

- Kapitanie Blood! Nie mamy już srebra! Zabrali Hiszpanie. Wszystko zabrali'!

Major był wyraźnie rozczulony. Wszyscy byliśmy tro­chę rozczuleni tego ranka na „wygasłej fregacie”.

- Kapitanie Blood! Nawet maszynki do wyciskania lodów zabrali - raportował żałośnie.

Kot wreszcie zrozumiał, o co chodzi. Mieliśmy na stat­ku skrzynię z „reprezentacyjną” zastawą stołową. Widel­ce, noże, łyżki i łyżeczki zaopatrzone były w monogramy szkoły oraz napis: DAR POMORZA. Goście nasi, chcąc mieć po nas „suweniry”, zgodnie ze zwyczajami tej pół­kuli, zabrali całą zastawę.

Podobnie jak i Biała Fregata zastawa była darem Spo­łeczeństwa. Odkupić jej nie byliśmy w stanie, nawet przy najlepszych chęciach wszystkich oficerów statku. Po krót­kiej naradzie postanowiliśmy zwrócić się do mera jako przewodniczącego Komitetu, który nas podejmował. Pojechaliśmy do niego i wytłumaczyliśmy, że wszystko, co tylko mieliśmy ruchomego w kabinach i co stanowiło na­szą własność - dawno już podarowaliśmy. Kabiny są puste. Srebra nie są nasze i nie jesteśmy w stanie ich odkupić.

Mer miał bardzo strapiony wyraz twarzy. Podszedł do gablotki stojącej w kącie gabinetu, wyjął z niej naszą ły­żeczkę do kawy i położył na biurku:

- Co do reszty, to zaraz ogłoszę przez radio, żeby wszyscy oddali srebra na najbliższy posterunek policji. Policja dostarczy zastawę na statek przed godziną dwuna­stą.

Wróciliśmy na „Dar”. Intendent ustawił koło trapu pu­ste skrzynie po zastawie i czekał z taką miną, jakby mu miasto miało złożyć okup.

W pół godziny po pierwszym ogłoszeniu w miejscowym programie radiowym apelu o zwrot zabranych „suwenirów” zobaczyliśmy jadącego na rowerze policjanta. Na widok ustawionych szkatuł uśmiechnął się i doręczył Ma­jorowi list oraz... widelec. Po chwili całe nabrzeże zaroiło się od policyjnych mundurów. Najwięcej radości sprawili nam dwaj policjanci, którzy przycwałowali na prześlicz­nych koniach, z łyżkami w ręku. Majorowi łzy radości zaiskrzyły się w oczach, gdy zobaczył sierżanta policji niosącego maszynki do wyciskania kulek lodowych.

Wraz z zastawą nadeszło wiele listów, w których wszyscy przepraszali nas za mimowolnie sprawiony kło­pot, wyrażając żal z tego powodu.

Przed dwunastą skończyła się defilada policji i Major zameldował kapitanowi, że - „Hiszpanie zwrócili sre­bra”.

Nabrzeże zaległy tłumy. Całe Mayagiiez żegnało nas, zasypując upominkami i kwiatami. Tuż przy burcie stał „najpiękniejszy sztab na świecie”, obok - sobowtór Joan Crawford wraz z ojcem i braćmi.

Znaliśmy wszystkich żegnających, wszyscy byli nam bardzo bliscy. Poczuliśmy się prawdziwymi obywatelami miasta Mayagiiez. Odpływaliśmy stąd z wielkim przechy­łem na lewą serdeczną burtę, przeładowaną życzliwością tych ludzi i wspomnieniami najmilszych dni spędzonych w tym raju ziemskim Kolumba, za którym mogliśmy z całą szczerością powtórzyć to, co napisał o jego mieszkańcach: