„Kochają swych sąsiadów, ich twarze są zawsze uśmiechnięte i są tak przyjaźni, że mogę przysiąc, że nie spotkałem lepszych ludzi na świecie”.
Znów w morzu. Szliśmy zdobywać Cartagenę. Jak ongiś kapitan Blood pilnie przyglądaliśmy się mapom, na których widniały zapamiętane z dzieciństwa nazwy miejscowości i wysp.
Widać już forty Cartageny. Ich nazwy - Chica Boca, Chica Grandę, Tierra Bomba - w połączeniu z widokiem starej fortecy wywołują zimny dreszcz na policzkach. Wdzieramy się w wąskie przejście Chica Boca, pomiędzy wyspą a lądem i za chwilę jesteśmy w sercu Cartageny, przycumowani do nabrzeża.
Następnego dnia wyruszyliśmy do fortu San Felipe i na doskonale zachowane obronne mury. Weszliśmy w podziemne korytarze, gdzie urządzono prawdziwe „aleje śmierci”. Są one tak wąskie, że można iść tylko pojedynczo, jeden za drugim. W setkach murowanych nisz czaili się ongiś zakuci w zbroję żołnierze, którzy z łatwością mogli pokonać pojedynczo nacierających nieprzyjaciół. W mroku chłodnych, milczących korytarzy wydawało się nam, że stulecia dzielą nas od blasku słońca i kipiącego na powierzchni życia.
Wieczorem w kajutkompanii Białej Fregaty dzieliliśmy się wrażeniami ze zwiedzania fortów Cartageny.. Nagle wszedł Diadia i zameldował komendantowi, że zbliża się niemiecki okręt szkolny - pancernik „Schlesien”. Wysłana z niego motorówka nie mogła znaleźć miejsca do lądowania. Widząc łódź, błąkającą się po porcie, Diadia nawiązał z nią kontakt za pomocą reflektora sygnałowego. Motorówka miała na pokładzie umierającego lekarza okrętowego, którego chciała jak najszybciej dostarczyć do szpitala. Na pancerniku mają jeszcze kilku chorych. Za wskazanie im miejsca lądowania byli bardzo wdzięczni.
Pod wrażeniem opowiadania Diadi żywo stanął nam w pamięci „Lwów” i przypomnieliśmy sobie „Guarneri”, która po przebyciu Atlantyku przyszła do Genui bez rei, szalup, bez słodkiej wody oraz prowiantu. I doszło nas echo słów - Znaczy, i Niemcy są ludzie”.
Po krótkiej wspólnej naradzie wyruszyli niezwłocznie na „Schlesien” Diadia oraz doktor, by zaofiarować chorym pierwszą pomoc. Następnego dnia oficer komplementacyjny z pancernika złożył nam wizytę, dziękując w imieniu dowódcy za przysłanie lekarza. W kilka godzin później inny oficer przybył z zaproszeniem na pogrzeb lekarza, który zmarł w szpitalu na skręt kiszek.
Pojechaliśmy na odległy cmentarz. W pogrzebie wzięła udział liczna kolonia niemiecka w Cartagenie. Młodzi kadeci ze szkoły artyleryjskiej na pancerniku z trudem znosili żar tropikalnego słońca. Kilku zasłabło stojąc w kompanii honorowej. Ostatnia salwa honorowa daleka była od niemieckiej precyzji.
W Mayagiiez nie mieliśmy ani jednej nocy przespanej z powodu... ciągłych balów. W Cartagenie również nie mieliśmy ani jednej nocy spokojnej, ale z powodu... moskitów. Jeden jedyny moskit w kabinie potrafił, po zgaszeniu w niej światła, zająć sobą tyle czasu, ile trzeba było dla jego upolowania. Jeśli to nie poszło szybko - to i całą noc. Ale gdy w ciągu dnia udało się przedostać do kabiny kilku moskitom, noc - jeśli chodzi o wypoczynek - była całkiem stracona.
Jeden tylko człowiek na Białej Fregacie spał w nocy spokojnie. Był nim lekarz okrętowy, który - oprócz kajaka - przywiózł z sobą na „Dar” doświadczenie z Indii w postaci moskitiery.
Rwaliśmy z Cartageny przez Chica Boca szybciej niż kapitan Blood, kiedy płynął za Francuzami w pogoni za złotem. Z westchnieniem ulgi przyglądaliśmy się niknącej na horyzoncie ziemi, nazwanej przez nas „Tierra Mosquito”. Mosąuito wydawał się nam najsilniejszym ze stworzeń żyjących na ziemi.
Znów możemy oddać się naszej zabawie w kapitana Blooda. Trzymamy kurs na Port Royal, w którym rozegrała się jego ostatnia bitwa morska. Wchodzimy do zatoki. Tutaj wśród huku dział zmagały się ongiś „Arabella” i „Elżbieta” z francuskimi okrętami „Niezwyciężona”, „Meduza” oraz „Wieloryb”. Teraz stoją tu na redzie trzy krążowniki jego królewskiej mości króla Anglii: „Exeter”, „Ajax” i „Achilles”. Nieco dalej spostrzegamy znajomy nam już niemiecki pancernik szkolny „Schlesien”.
W Port Royal kapitana Blooda spotykały już tylko same zaszczyty.
W tej samej chwili, gdy rzucona kotwica Białej Fregaty dosięga dna, dobija do naszej burty motorówka pancernika „Schlesien” z oficerem komplementacyjnym na pokładzie. „Dar Pomorza” jest w swej najlepszej formie pod względem wyglądu i zgrania załogi. Wiemy, że najbardziej krytyczne oko nie potrafiłoby nam nić zarzucić. Pomimo to dziwimy się trochę niesłychanej kurtuazji niemieckiego okrętu. Ostatecznie nosimy przecież banderę marynarki handlowej.
Nasz „kapitan Blood” nie ustępuje wyglądem swemu imiennikowi z opowieści korsarskiej. Tamten ubierał się, co prawda, na czarno, ale nasz - w bieli obramowanej złotem - jest równie wytworny. Przyjmujemy oficera komplementacyjnego w salonie. Po przepisowych recytacjach nieodzowny kieliszek wina i rozmowa o przebiegu ostatniej podróży.
Jamajka, „Wyspa Źródeł”, jak ją nazywali ci, których zastał tutaj Kolumb, urzeka pięknością. Ostatnie sceny z naszej dziecinnej baśni korsarskiej rozgrywają się w tej baśniowej scenerii.
Znów mamy w salonie oficera z pancernika „Schlesien”. Przybył z zaproszeniem: mamy wziąć udział, w przyjęciu na pokładzie tego okrętu.
Wieczorem, o oznaczonej godzinie, motorówka nasza dobija do trapu przybranego flagami i iluminowanego pancernika. Dowódca okrętu wita nas z wylewną serdecznością, jak dawnych znajomych, i poświęca nam wiele czasu na rozmowę. Przyglądamy się oficerom Royal Navy z angielskich krążowników. Różnią się od oficerów niemieckich mniej sztywnym sposobem bycia, a ich dość długie, od dawna nie strzyżone włosy mają swoisty urok.
Szczerze czy nieszczerze, oficerowie niemieccy podejmują nas z akcentowaną wobec Anglików serdecznością i gościnnością. Przy opuszczaniu pokładu pancernika jesteśmy honorowani tak, jakby'każdy z nas był wysokiej szarży oficerem marynarki wojennej.
Ostatnia scena naszej podróży „śladami kapitana Blooda” odbywa się podobnie jak w tej korsarskiej opowieści - w pałacu gubernatora Jamajki. Bierzemy udział w bankiecie wydanym przez gubernatora na cześć pancernika „Schlesien”. Zaproszenie zawdzięczamy chyba ostentacyjnej uprzejmości, jaką nam okazywał dowódca niemieckiego okrętu.